Po chorobie nie tylko wróciłeś na scenę, ale też działasz na polach, o które do niedawna nikt by Cię nie podejrzewał: wydałeś książkę, grasz w filmie, podkładasz głos w „Risen 2”, kultowej grze komputerowej. To głód życia pcha Cię do tak wielkiej aktywności?

Wielki głód. W jednym z utworów Behemotha śpiewam „May the passion of hunting become all-devouring”. Ubierając te słowa w metaforę, czuję się myśliwym, a życie to dla mnie teren wiecznych łowów. Mówiąc prościej, jestem głodny nowych doświadczeń. Kolekcjonuję je. Człowiek nie musi być skazany na robienie tego samego przez całe życie, nawet jeżeli tak jak ja niemalże rodzi się z gitarą. Pierwszy profesjonalny instrument kupiłem sobie za pieniądze, które dostałem z okazji pierwszej komunii świętej. Żartuję więc, że Kościół sam wykopał sobie dół. Gitara to narzędzie idealne, w moim przypadku jest to niemalże przedłużenie ręki, bo to muzyka jest fundamentem mojego jestestwa, choć jednocześnie nie chcę czuć się zakładnikiem własnej profesji. Jeśli któregoś dnia stwierdzę, że coś przestało mi w duszy grać – jak śpiewał artysta: „Lepiej odejść, gdy pieśń wciąż wybrzmiewa” – po prostu zejdę ze sceny. Dopóki jednak prowadzi mnie głód tworzenia i dzielenia się ze światem swoją wizją, będę z tego przywileju korzystał.

„Żyć to żyć jak najwięcej, dążyć do pomnożenia własnych przeżyć” – mawiał Twój ulubiony filozof Nietzsche. Tym się kierujesz?

Zdecydowanie. Kiedy ludzie dojrzewają i wpadają w rutynę życiową, narzekają na zbyt szybko upływający czas i na to, że się starzeją. Jedną z technik, które się stosuje, aby nie czuć, że to równia pochyła, prowadząca jedynie do nieuchronnej śmierci, jest wprowadzanie wielu zaczątków. Nazywam to zarzucaniem harpunów. Intuicja prowadzi mnie wielowektorowo. Sieję ziarna i patrzę, co z nich wyrośnie. Czasem wyrasta coś interesującego, czasem chwast, a czasem nic, bo ziemia nie jest odpowiednio żyzna. Zdarza mi się czuć, że robię coś cudownego, ale zdarzają się i niewypały. Są też rzeczy, o których myślę: „No dobra, sprawdziłem, doświadczyłem, posmakowałem, ale to chyba nie do końca moja droga”.

Jeden z tych harpunów okazał się celny. Twoją „Spowiedź heretyka. Sacrum Profanum” przeczytałam jednym tchem. To wynik Twoich przemyśleń w czasie choroby?

Być może to ekshibicjonizm? Nie wiem. Zadecydowała potrzeba podzielenia się ze światem doświadczeniem, które zdążyłem zebrać, oraz własnymi spostrzeżeniami. Wiedza, którą zdobywam, musi mieć jakieś ujście. Czuję się integralną częścią kosmosu, chłonę jego energię, absorbuję ją i podaję dalej. To proces alchemiczny.  Książka, podobnie jak film czy inne działania, jest manifestacją mojego ego. Kiedy czytam cudze biografie, zawsze zastanawiam się, jak ja bym opisał swój świat, żeby tekst był żywy, dynamiczny i ciekawy. Stąd też forma wywiadu rzeki, bo on nie jest ostateczny. Wywiad wydaje się czymś płynnym, zmiennym. Poza tym jest to forma stosunkowo lekka do strawienia. No i prawdziwa, bo kiedy padały pytania, nie mogłem się wymigać nawet od niewygodnych dla mnie tematów. „Spowiedź heretyka” nie jest przy tym próbą indoktrynacji, a ja nie staram się być podczas rozmów mądrzejszy, niż jestem. Mam nadzieję, że mimo iż często poruszam tematy poważne, czasami filozoficzne, eschatologiczne, to równoważy je czasem błaha i zabawna treść. Takie jest właśnie moje życie, a ono się ostatnio bardzo zmieniło...

Zostało przepołowione przez chorobę? Jest Nergal przed i Nergal po?

Nie, to nie tak. Są tacy, którzy się doszukują u mnie głębokiej metamorfozy. „Jak ty się zmieniłeś! Kiedyś byłeś inny” – słyszę wkoło. Ale to nieprawda. Zmieniła się intensywność przeżyć. Jeśli byłem głodny, to dziś jestem bardziej głodny. Po prostu. A zmiany? Zmienia mnie poranna kawa, a co dopiero śmiertelna choroba. Lubię myśleć o sobie, że staję się każdego dnia. Rodzę się na nowo i umieram, tak jak słońce wstaje i zachodzi.

„Uwielbiam poranki” – mówisz. A one kojarzą się z jasnością, słońcem, a nie z mrokiem i demonami, czyli powszechnym odbiorem Twojej osoby. Nergal pojaśniał?

Zawsze fascynowały mnie kontrapunkty w życiu i sztuce. Dwubiegunowość mojej natury jest dla mnie oczywista. A dziwią się najczęściej ci, którzy nie rozumieją mojej wizji albo mnie dobrze nie znają.

Bo z jednej strony pokazujesz się światu jako prowokator, który ma odwagę drzeć na scenie Biblię, a z drugiej przemiły juror „The Voice of Poland”. Twoje demony najwyraźniej łagodnieją.

Wierz mi, że nie siedzę i nie obmyślam strategii: komu by tu dopier... a komu odpuścić. Z racji mojego scenicznego entourage’u wielu ludziom się wydaje, że to, co prezentuję na scenie, przekłada się w skali jeden do jednego na moją codzienność. A tak nie jest. Występy Behemotha to oczywiście emanacja mojej natury, a nie teatrzyk dla nastoletnich fanów metalu. To jedna z masek, które uwielbiam nakładać i które celnie portretują ciemną stronę mojej osobowości. Ale nie jestem dokładnie taki na co dzień. Niedawno chciałem kupić mieszkanie. Właściciele okazali się znajomymi znajomych. Później przyjaciółka relacjonowała mi rozmowę z potencjalnymi sprzedawcami. Opowiadali: „Przyszedł TEN Nergal! Ale sprawiał zupełnie INNE wrażenie!”. A czego się spodziewali? Że rzucę im się do gardła?!

 

Jak to szatan. Zabawne, jak o nim piszesz: „przystojny dżentelmen w średnim wieku, o nienagannych manierach, świetnie ubrany, mówiący wieloma językami”. Chyba wielu takich znam.

Prawda?! Ja też spotkałem niejednego. Widzisz, robię swoje, uprawiam swoje pole i nie zajmuję się tym, jak ludzie mnie odbierają. Sąsiad przesłał mi maila: „Ale Pazura jechał po tobie w kabarecie w Sopocie!”. Tylko się uśmiecham. Tak długo, jak moje wystąpienia są komentowane na jakiejkolwiek płaszczyźnie – kabaretu, polityki czy po prostu na ulicy – punkt dla mnie.

Nieważne, jak mówią, byle mówili?

Ludzie kierują się kodami, które są jak drogowskazy. To często wyświechtane stereotypy, a jednak ułatwiają nam życie. Rozumiem ten mechanizm i nie obrażam się na innych, bo postępują według tego schematu. Jestem fanem kontrastów i lubię patrzeć, jak niektórzy tracą grunt, bo nie wiedzą, jak mnie podejść... Funkcjonuję w przestrzeni publicznej od dawna i zdarza mi się wcielać w różne role, np. w bycie jurorem w programie telewizyjnym. Pewnego dnia włączam telewizor, a na tle teledysku Behemotha Michał Piróg komentuje mój telewizyjny debiut: „Nie możesz na scenie drzeć Biblii, a potem w programie muzycznym zachowywać się jak zwykła cipa”. Czy to znaczy, że na każdą sytuację publiczną powinienem przenosić swój sceniczny wizerunek?! To miał na myśli? Idąc tym tokiem myślenia, powinienem odpowiedzieć: „Skoro jesteś tak surowym jurorem w swoim programie, bądź tak samo krytyczny i bezwzględny dla swojego kochanka w sypialni”. Kryzys kompetencji? Najwyraźniej. Szkoda, że osoby publiczne tak rzadko biorą odpowiedzialność za słowa, które bezmyślnie rzucają w eter. Czy muszę dodawać, że program „The Voice...” wygrała „cipa” i jej podopieczny? Jestem profesjonalistą.

Chyba zdążyłeś się już przyzwyczaić do ataków?

Nie dyskutuję z tymi opiniami, staram się też nie analizować. Jedni mnie atakują, inni są obojętni, jeszcze kto inny mnie lubi, a może nawet ceni. OK. Ludzie często chcą widzieć tylko jedną stronę monety, a ona przecież ma awers i rewers. To ten nieodłączny dualizm, z którym akurat nigdy nie miałem problemów. Całkiem niedawno, podczas Sunrise Festival w Kołobrzegu, spędziłem miły wieczór w towarzystwie przyjaciół. Była m.in. Kinga Dubicka z DKMS-u (Fundacja DKMS Baza Dawców Komórek Macierzystych – przyp. red.) i Wojtek Mazolewski, kolega muzyk z Gdańska. Zapytał mnie, spod jakiego jestem znaku. Odpowiadam, że Bliźniąt. „Widzisz – powiedział – ja jestem Bykiem i kiedy tylko pojawia się we mnie jakaś sprzeczna myśl lub idea, natychmiast próbuję ją zwalczyć”. A ja w sposób zupełnie naturalny akceptuję sprzeczne myśli, bawię się nimi. Wiesz, to tak jak dzień nie może istnieć bez nocy. „Spowiedź heretyka” otwiera genialne motto z „Mistrza i Małgorzaty”, które idealnie obrazuje mój stosunek do świata: „Jeśli chcielibyście całkowicie pozbyć się zła, czyli wyeliminować wszystkie cienie, w tym przykładzie metaforę zła, ciemną stronę natury ludzkiej, musielibyście zburzyć domy i wyciąć drzewa, bo przecież wszystko, łącznie z ludźmi, rzuca cień”. Spodobało mi się to, bo jest prawdziwe i szczere. Tak, oswajam swoje demony i z nimi tańczę.

Podoba mi się Twoja szczerość i to, że nie boisz się pokazać w różnych sytuacjach.

No, było tego trochę...

Trzeba przyznać, chwytają za gardło. Porażająca jest zwłaszcza symbolika krwi. Kiedyś na scenie oblewaliście się zwierzęcą krwią, a potem nagle ta krew stała się dla Ciebie kwestią życia i śmierci. A później, już po terapii, śpiewałeś: „Świecę jak bogowie, nowe ciało, nowa krew”. Czysta metafizyka.

Jestem ostrożny w angażowaniu metafizyki w życie, bo to śliski i niebezpieczny temat. Ale masz rację. Jest mnóstwo symbolicznych sytuacji w życiu, które odbieram jako magiczne. Ten margines irracjonalizmu, na jaki sobie pozwalam, znajduje tam swoje ujście. To imponderabilia, rzeczy nienazwane, niedefiniowalne, a jednak obecne. One się dzieją w naszym życiu, pozwalają nam komunikować się z ludźmi, którzy odbierają na tych samych falach. W mojej lodówce cały czas obok moich przyszłych dzieci stoi szklany pojemniczek, w którym trzymam swoją krew. W okresie poprzeszczepowym byłem częstym gościem w Akademii Medycznej. Pewnego dnia poprosiłem panią pielęgniarkę o dodatkową fiolkę z krwią. Jestem w przededniu podróży do Rosji, gdzie w Moskwie spotkam się z autorem okładki dziesiątego albumu Behemotha. To malarz symbolista, ale też okultysta. Przekażę mu ją, a on zmiesza moją krew z farbą i wykorzysta, malując okładkę. To czysta alchemia, transformacja mojego DNA w sztukę.

Powiedziałeś, że w fiolce, obok pojemniczka z krwią, są Twoje przyszłe dzieci...

Przed chemioterapią każdy myślący facet powinien zabezpieczyć swoje nasienie. Nigdy nie wiesz, jak wielkich spustoszeń w twoim organizmie dokona chemia czy naświetlanie.

Inny poruszający moment, który opisujesz, wiąże się z drzemiącymi w nas demonami. „Diabeł to nasz trzeci, obok Kaina i Abla, brat” – powiada filozof prof. Zbigniew Mikołejko. Dlatego tak fascynujemy się złem i nie protestujemy, gdy je widzimy. Czy zdarzyło Ci się nie zareagować na zło, przejść obok obojętnie?

Myślę, że nie raz. W tej chwili nie jestem w stanie przywołać konkretnej sytuacji, ale jestem pewien, że było ich co najmniej kilka...

Dla mnie taką sytuacją jest Wasza trasa koncertowa z grupą Khold, gdy Twoi pijani koledzy wykorzystywali równie, a może bardziej pijaną Hiszpankę. W moim odczuciu to był gwałt. I do tego dokumentowany filmem porno. Nie zareagowałeś, poszedłeś spać.

 

Mój punkt widzenia jest dokładnie odwrotny. W książce tłumaczę mój stosunek do tej sytuacji. Absolutnie nie uznałem tego za gwałt, tym bardziej że...

...że nie uznała tego owa nieprzytomna z upojenia Hiszpanka.

Chcesz powiedzieć, że moralność przeciętnego Polaka nie udźwignie faktu, że dorośli ludzie mogą uprawiać grupowy seks w upojeniu alkoholowym?

Nie interesuje mnie moralność przeciętnego Polaka, tylko Twoja. Kilku mężczyzn z jedną pijaną kobietą!?

Rock’n’roll to zabawa. Cóż, często niebezpieczna i na krawędzi ryzyka, ale wciąż zabawa. Każdy ma swoją etykę i oceni to sam. Najwyraźniej to, co tobie wydaje się czymś strasznym i niemoralnym, dla mnie jest emanacją dionizyjskiej postawy i ekstatycznym uniesieniem lub po prostu czystym hedonizmem z odrobiną perwersji. Nie zmienię swojego podejścia tylko dlatego, że kogoś może to zgorszyć albo oburzyć. Nikogo nie skrzywdziłem. Zresztą całą sytuację ująłem humorystycznie, bo tak ją dziś odbieram.

Lubisz czarny humor?

Uwielbiam. Imię Monty Pythona chyba kiedyś wytatuuję sobie na czole, bo to dla mnie rewolucja. My, Polacy, wypieramy tego typu humor. Tylko nieliczni kumają, o co chodzi. Z Damianem Ukeje, moim wychowankiem z „The Voice...”, założyliśmy muzyczny projekt. Facet jest w połowie czarny, więc na próbach żarty o podłożu rasistowskim są między nami na porządku dziennym. Kiedy wchodzi do studia, mówimy: „Witaj, najjaśniejszy panie”. Podobnie jest na planie „AmbaSSady”, filmu Julka Machulskiego, w którym mam zaszczyt występować. Pracuje tam niemiecki konsultant Fred, patrzy nam na ręce i usta i pilnuje, co można, a czego nie, żeby film był wiarygodny. Żarty o nazistach to norma. Kiedy odwiedzam swoich przyjaciół Żydów w Izraelu, Holokaust przestaje być tematem tabu, a staje się bohaterem dowcipów. Kiedy jestem w Stanach, często słyszę żarty o Polakach. Nie rzucam się na ludzi opowiadających je z pięściami, tylko śmieję się razem z nimi. Dystans i humor to dla mnie najważniejsze faktory w relacjach międzyludzkich.

Masz szczęście, że nie prowadzisz porannego programu w radiu, bo zostałbyś oskalpowany.

Moim kolegom z branży zdarzają się drobne wpadki, ale żeby od razu z tego powodu prowadzić debaty narodowe? Zabawa w ofiarę i kata, a potem publiczny lincz – to ulubiony sport Polaków. Zbyt dobrze znam ten nasz grajdołek, żeby się byle czym ekscytować. Powtarzam: wyluzujmy.

W książce opowiadasz też o rodzicach, którzy pozwolili Ci na własną rękę odkrywać świat, szukać swojej drogi, czasem pobłądzić. Mówisz o nich z szacunkiem i miłością. O mamie per Irena, ojca nigdy nie wymieniasz z imienia. To z mamą, dla której jesteś Adasiem, czujesz wyjątkową bliskość?

Każdy syn dla swojej mamy pozostanie na zawsze jej małym synkiem. Z jednej strony to szalenie irytujące, ale czy mamy się obrażać na matki za to, że bezwarunkowo kochają swoje dzieci? A to, że nie zwracam się do ojca per Zenuś, nie znaczy, że tata nie jest mi bliski. Przed chwilą wymieniliśmy z ojcem SMS-y. Za dwa dni gramy na dużym festiwalu w Wielkiej Brytanii, potem kolejną sztukę w Niemczech. Moje koncertowe spodnie są podarte, a ja nie mam czasu ich naprawić. Więc mój tata w tej chwili je reperuje. Zuch! Ludzie nie muszą prawić sobie czułych słówek, żeby pokazać, jak wiele dla siebie znaczą. W naszej rodzinie właśnie tak okazuje się miłość.

A jednak jest to dla Ciebie problem, skoro dostrzegasz, że nie umiesz im okazywać uczuć. W książce łatwiej się do tego przyznać?

Korzystam z tego, że prościej pewne rzeczy powiedzieć podczas wywiadu niż bliskim prosto w oczy. Każdy wynosi z domu własny bagaż doświadczeń. Sposobu, w jaki prowadzimy dialog z naszymi rodzicami, uczymy się w młodym wieku i nie wierzę, że można to później jakoś zmienić. Tak zostałem wychowany i takiego kodu używam. Mimo wszystko mam nadzieję, że ta książka skróci dystans między nami.

Piszesz, że kierujesz się intuicją, ale parę razy ta intuicja jednak Cię zawiodła. Myślę o Twoich związkach z kobietami.

Nie, ja bym tego tak nie ujął.

A jak? To są dla Ciebie lekcje, które dostajesz od życia?

Oczywiście. Zobacz, jak to jest pokazane w książce.

Bardzo ładnie mówisz o kobietach.

Ale nie dlatego, że się zastanawiałem, jak kogoś, nawet przez przypadek, nie zranić – tego w ogóle nie musiałem robić. Bo kiedy obrócę głowę i spojrzę na wszystko, co się wydarzyło, to nawet sytuacje, które kiedyś były brutalne, bolesne, pełne łez albo szarpania się, dzisiaj odbieram jako dobre. Precz z resentymentem! Taka już moja natura, że słowa „sentyment” brak w moim słowniku.

A przebaczenie?

„Wybaczam ci”?! Daj spokój, ostatni raz wypowiedziałem te słowa na katechezie w 1985 roku. Więcej grzechów nie pamiętam i niczego nie żałuję. (śmiech)

A jak ktoś, na kim Ci zależy, zrobi Ci świństwo, co wtedy?

Idę dalej.

Z tą osobą czy już bez niej?

To zależy, ale generalnie staram się nie rozpamiętywać. Nie lubię toksycznych relacji. Zrzucam więc z siebie zbędny balast i idę dalej zgodnie z myślą zaczerpniętą z filozofii Wschodu: „Bądź jak woda”. W jednym z filmów Bruce Lee tak ją tłumaczy jednemu z uczniów: „Woda zawsze dotrze do celu, można stawiać tamę, ale ona zawsze ominie przeszkodę i popłynie w swoim kierunku”. To inspirujące. Jeśli coś stoi ci na drodze, zniszcz to albo omiń.

Przyjaźnisz się z byłymi dziewczynami?

 

W większości tak. I bardzo cenię sobie te kontakty. Wczoraj rozmawiałem z jedną z nich. Widujemy się rzadko – ona ma swoje życie, ja swoje. Zadzwoniła do mnie, bo ma problem ze swoim chłopakiem: „Słuchaj, młody, muszę z tobą pogadać. Jesteś jedyną osobą, z którą mogę otwarcie porozmawiać o seksie”. A ja: „Oczywiście”. (śmiech) Z byłymi dziewczynami znamy się tak dobrze, że później ma to szansę przeistoczyć się w przyjaźń. A we mnie często budzi się tęsknota za siostrą, której nigdy nie miałem. Ale za starszą i trochę mądrzejszą ode mnie. Taką, która mogłaby mnie wysłuchać, coś poradzić. Lubię pielęgnować te relacje, czasem nawet przyjaźnie. Prawie ze wszystkimi byłymi dziewczynami mam kontakt. Kiedyś będzie komplet. To kwestia czasu.

I będziesz się przyjaźnił także z Dodą?

Mam nadzieję. Nie mam w sobie żalu ani złości, bo dlaczego miałbym mieć?!

Twoje związki z kobietami nie wytrzymywały próby czasu.

Różnie bywało. Czasem zostałem skrzywdzony, czasem sam skrzywdziłem, czasem robiłem różne rzeczy świadomie, a czasem nie. Zdarza się, że jesteśmy okrutni wobec ludzi, których kochamy, a zdarza się, że coś się po prostu zadzieje nie do końca tak, jak byśmy sobie tego życzyli.

Swój związek z Dodą nazwałeś w książce mezaliansem. Dlaczego?

Bo zatańczyły ze sobą kompletne przeciwieństwa. Moje środowisko się oburzyło: „Jak możesz?! To zupełnie nie twój świat!”. A ja pomyślałem: „A może to jest właśnie ciekawe?”.

I światy były jednak rozbieżne?

Tylko dlatego, że się nie pobraliśmy i nie spłodziliśmy trójki dzieci, mam uznawać półtoraroczny związek za błąd albo pomyłkę? Głupie myślenie. Mocno zakorzenione w naszej tradycji. Tej katolickiej. Każda sytuacja, którą przeżyłem, była i jest dla mnie wartością.

Dzięki Dodzie stałeś się popularny. A dzięki popularności możesz pomagać Fundacji DKMS. Zwracasz ludziom uwagę, jak taka pomoc jest ważna. Reklamujesz energetyczny drink Demon, ale część honorarium przeznaczasz na rzecz fundacji. Czapki z głów.

To kropla w morzu potrzeb. A akcja z drinkiem energetycznym przyniesie dużo większe korzyści niż zadeklarowana suma z mojego honorarium. Jestem o tym przekonany. To samo robimy z książką „Spowiedź heretyka”– część zysków zasili konto DKMS-u. Często żartuję, że z DKMS-em to jest małżeństwo na całe życie. Działanie na rzecz tej fundacji jest dla mnie naturalne. Część zysków będzie też przekazana Akademii Medycznej w Gdańsku. I fundacji, i akademii wiele zawdzięczam... Ostatnio doszły mnie słuchy, że temu oddziałowi hematologii, jedynemu w północnej Polsce, grozi zamknięcie, gdyż jest nierentowny. Czyli co? Nie przynosi zysków, więc nie będziemy leczyć?! Przecież to absurd. A pracują tam wspaniali fachowcy i ludzie, którzy poświęcają się, żeby pomagać innym.

A Ty jak się czujesz?

Od półtora roku świetnie. Ostatnio robiłem kontrolne badania poprzeszczepowe i wszystkie parametry są w normie. Oby jak najdłużej.

A co z Twoim kolejnym harpunem, czyli z filmem? To zabawne, że antychryst, na którego w Ameryce jakiś człowiek rzucił się z siekierą, gra nazistę Ribbentropa.

W komedii.

I jak Ci się gra? Rozsmakowałeś się w aktorstwie?

Jestem profesjonalistą. Nawet jeśli to przelotny flirt z dużym ekranem, to podchodzę do tego poważnie. Przykładam się. Zaraz po naszej rozmowie pójdę ćwiczyć rolę i uczyć się niemieckiego, bo zależy mi, żeby reżyser był zadowolony. Ale występuję na scenie od ponad dwudziestu lat, więc poniekąd od dawna bywam aktorem. Spójrz na spektakle Behemotha. Scena, stroje, maski, ognie. Skojarzenia z teatrem greckim są oczywiste. Na jednym z pierwszych spotkań z Julkiem Machulskim usłyszałem – co odebrałem jako wielki komplement – że moja obecność na ekranie jest absorbująca. Na planie jestem otoczony opieką i świetnie prowadzony, a kamera mnie nie stresuje. Pracuję z profesjonalnymi aktorami i wiesz co? Czasami jest mi głupio, bo wszedłem do filmu na skróty, a dostałem jedną z głównych ról. Ale jestem za wszystko bardzo wdzięczny. Uczę się. Cieszę się, że biorę udział w tym projekcie, i bardzo wierzę w jego sukces.

Podobno z reżyserem i jego żoną Ewą, która też pracuje przy tym filmie, spotkaliście się przypadkiem na ulicy i Ewa od razu dostrzegła Twoje podobieństwo do Ribbentropa.

Było trochę inaczej: nasza znajomość zaczęła się w 2011 roku od mojego wywiadu w „Newsweeku”. Swoje dwa grosze nieświadomie dołożył Marcin Meller, były naczelny „Playboya”, któremu kiedyś Hitler pomylił się z szatanem. Przeddzień wyborów, a tu debaty narodowe z Nergalem w roli głównej. O szczegółach opowiadam w książce. Ale tak, to właśnie wtedy Ewa z Julkiem wpadli na pomysł zaangażowania mnie do tej roli. Zapytali, czy nie chciałbym zagrać w filmie. Ja na to: „Dlaczego nie?!”. Zaobserwowałem ostatnio ciekawą prawidłowość: fajne rzeczy się po prostu dzieją. Przyciągam je do siebie. I nie towarzyszy temu jakaś napinka czy parcie.

Bo to już są te żniwa?

Nie chodzi o to. Są sytuacje, nad którymi trzeba dużo pracować, np. jeżeli chcesz być dobrym muzykiem, musisz poświęcić dużo czasu na pracę z instrumentem. Ale dziś wszystko przychodzi mi bez większego wysiłku. Oczywiście, wcześniej ciężko pracowałem i wciąż pracuję, jestem sternikiem na własnym okręcie, ale za niczym nie gonię. Nie ciśnieniuję się, choć z natury jestem niecierpliwy. Kiedyś, gdy na horyzoncie pojawiała się jakaś fajna sytuacja, bardzo się nakręcałem. Teraz, gdy coś się ma zdarzyć i nie dochodzi do skutku – nieważne, czy jest to intratna oferta zawodowa, kontrakt, czy randka – z uśmiechem idę w drugim kierunku. Co ma do mnie przyjść, to przyjdzie...

To się nazywa stoicyzm. Albo dojrzałość.

 

Zawsze mi się wydawało, że Nergal i stoicyzm się wykluczają. Myślę raczej, że katalizatorem tych sytuacji jest pewność siebie oraz silne poczucie własnej wartości. Chyba głównie dzięki temu pozbyłem się tego chorego napięcia. Jestem spokojniejszy wewnętrznie. Wiem, że to, co się ma wydarzyć, to się wydarzy. A jak nie, wydarzy się coś innego. Jeśli nie za miesiąc, to może za trzy lata. A może wcale. I to też nie będzie koniec świata. Przykład? Kiedyś jako zespół staraliśmy się wystąpić w Japonii. W końcu udało się! Mieliśmy najpierw koncert w Tokio, później zagraliśmy trasę w trzech miastach: Tokio, Nagoyi, Osace. Kolejnym wyzwaniem stał się największy festiwal rockowy w Japonii – Loud Park. I w tym roku przyszła oferta, ale w terminie wykluczającym nasz udział. Trzy lata temu stawałbym na głowie, szalał, próbował wszystko zmieniać i na siłę dopasowywać, a dziś? Skoro oferta przyszła, dlaczego nie miałaby pojawić się również później? Przecież nie wybieramy się z kolegami z zespołu na emeryturę. I co następuje? Po koncercie na Tuska Open Air Metal Festival w Finlandii podchodzą do mnie organizatorzy japońskiego festiwalu, a po kilku dniach dostaję od nich maila: „Chcemy, żeby Behemoth zagrał jako główna gwiazda sceny ekstremalnej. Zaklepmy termin na 2013 rok”. Nie podskoczyłem pod sufit, uśmiechnąłem się. Odpisałem: „Świetnie, zróbmy to”.

Kiedy Cię zobaczymy w telewizji?

Niczego nie planuję. Kończę zdjęcia do filmu, zamknąłem książkę – efekt sześciomiesięcznej pracy – i wszystkie siły twórcze przerzucam na zespół. Najbliższe miesiące poświęcam pracy nad kolejnym albumem Behemotha. W międzyczasie trasa po Rosji, Ameryce Południowej, koncert w Indiach i na Bahamach, a w przyszłym roku dzielimy scenę z Rammstein na warszawskim Bemowie. Dzieje się, a ja wciąż mam wrażenie, że to dopiero wątły początek...

A co z miłością? Odkładasz na potem?

A kto powiedział, że w moim życiu jej nie ma?

A jest?

Jest we mnie dużo miłości do samego siebie. Zanim obdarujemy kogoś tym wyjątkowym uczuciem, radzę zacząć od własnej osoby. Może to mało chrześcijańskie, ale na pewno zdrowe.

A do kobiet? Zwłaszcza tej jednej jedynej?

Jednej jedynej? Hmmm... A może być mama? (śmiech)