GALA: Podoba się panu plakat do filmu „Popiełuszko”?

ADAM WORONOWICZ: Podoba. Ale nie miałem wpływu na jego formę. Co do swoich zdjęć, chętnie wybrałbym inne, skromniejsze. Natomiast jestem pewien, że ksiądz Jerzy uśmiałby się z tych porównań z Jamesem Bondem. Miał poczucie humoru.

GALA: Wie pan, że dzięki roli ks. Popiełuszki z dnia na dzień stanie się pan popularny?

ADAM WORONOWICZ: Może tak się zdarzyć. Wychodzę na miasto i widzę wiszące wokół plakaty ze mną… Trochę mnie to przerasta. Wcześniej byłem znany znacznie mniejszej publiczności.

GALA: Głównie teatralnej.

ADAM WORONOWICZ: Teatr zawsze był dla mnie najważniejszy. W filmie najwyraźniej nie było na mnie zapotrzebowania, tak mi się życie ułożyło. Wiem, że zdania o tym filmie będą różne. Jedni przyjdą do kina otwarci, a drudzy będą mieli gotową opinię już przed seansem. Takie mamy czasy. Ale obciachu chyba nie ma. Nie ukrywam, przerażała mnie ta rola, bo z jednej strony łatwo tu popaść w kicz i naiwność, a z drugiej, w nieznośny patos. Mam nadzieję, że udało mi się obu tych pułapek uniknąć. O ileż łatwiej jest zagrać postać złą.

GALA: Kto był pana rywalem do tej roli?

ADAM WORONOWICZ: Nie wiem, nie powiedziano mi tego. Startowało wiele osób. Wiedziałem, że jeśli dostanę tę rolę, muszę skorzystać z szansy, bo następna może się szybko nie pojawić. A dobijam już do grupy wiekowej, o której my, aktorzy, żartujemy: „młody, zdolny po szkole”, czyli po czterdziestce. Ten czas był mi potrzebny. Dojrzałem, okrzepłem. Śmielej przystąpiłem do tej roli.

GALA: Długo się pan przygotowywał. W macierzystym Teatrze Powszechnym nie było pana przez siedem miesięcy.

ADAM WORONOWICZ: Z przerwami dłużej, około półtora roku, od kiedy zacząłem o tym filmie myśleć. I dobrze mi to wycofanie zrobiło. Oglądałem filmy dokumentalne, przeglądałem archiwa, spotykałem się z ludźmi, którzy znali księdza Jerzego. Ocierałem się o miejsca, w których bywał. W Dębkach wciąż stoi dom pani Branickiej, do którego jeździł na wakacje, a jego pokój jest niezmieniony. Próbowałem się czymś zainspirować. Duże znaczenie miała dla mnie rola Jeremy’ego Ironsa w „Misji”. Zrozumiałem, że można zagrać pozytywną postać w sposób przekonujący, że pozytywny bohater nie musi być słaby.

GALA: Był pan u mamy księdza Popiełuszki, rozmawiał z rodzeństwem… Czego pan tam szukał?

ADAM WORONOWICZ: W ich twarzach, gestach szukałem jakiegoś śladu, być może wspólnych cech charakteru czy gestów. Czułem, że muszę przesiąknąć tą atmosferą, spróbować zbudować tę rolę od środka. To były niesamowite spotkania, ciepło je wspominam. Chociażby pobyt w Suchowoli, u siostry księdza Jerzego Teresy. Podziwiam otwartość tych ludzi. Przekonałem się, że fundament człowieczeństwa, wiary, wyniósł z domu. Pamiętam taki klimat z dzieciństwa, kiedy jeździłem na wakacje do babci w Czarnej Białostockiej. Babcia nie opowiadała mi o Bogu, tylko brała za rękę i szła ze mną na nabożeństwo. To było naturalne, proste jak chleb. I tak samo było u tych ludzi. Oni się z wiarą nie obnoszą. W telefonie komórkowym mam jeszcze zdjęcie zasuszonego przez panią Mariannę Popiełuszko bukietu prymicyjnego księdza Jerzego. Dostał go po odprawieniu pierwszej po święceniach mszy w rodzinnej parafii. Bukiet zrobiono z kwiatów, które rosły w ogrodzie jego mamy.

GALA: Spędził pan także tydzień w seminarium duchownym, do którego uczęszczał ksiądz Jerzy.

ADAM WORONOWICZ: Na ten tydzień postanowiłem zapomnieć, że powstaje taki film i że jestem aktorem. Oto nagle znalazłem się na pierwszym roku i brałem udział w zajęciach. Miałem pokój gościnny, schodziłem rano na jutrznię, potem msza święta, śniadanie, zajęcia, obiad, znowu wykłady. Zwolniono mnie tylko ze sprzątania. Jest tam ciągle ksiądz prałat Kądziela, u którego ksiądz Jerzy się spowiadał. Czułem, że nie powinienem zadawać pytań. To był czas na przemyślenie wielu rzeczy. Wyłączyłem telefon komórkowy. Z żoną i córeczką pozwolono mi się kontaktować wieczorami.

GALA: Na pewno myślał pan również o swoim życiu. Coś się przewartościowało?

ADAM WORONOWICZ: Zadawałem sobie pytania, czym jest dla mnie wiara, patriotyzm, Polska, jakim jestem mężem, ojcem. Na ile jestem wolny wewnętrznie, szczery w swoich intencjach, a na ile zawód, który wykonuję, sprawił, że patrzę egocentrycznie na świat.

GALA: Zna pan przecież dobrze ten świat: oklaski, wywiady, bankiety po premierach. Wie pan, co znaczy aktorska próżność...

ADAM WORONOWICZ: Wiele o tym myślałem. Zrozumiałem, że są sprawy ważniejsze niż mój zawód. Jestem zaszczycony, że mogłem spotkać się z rodziną księdza Jerzego i jego znajomymi, bo czuję, że jest mnie teraz więcej, gdzieś w środku.

GALA: W filmie jest pan uderzająco podobny do księdza Jerzego. Co pan czuł, gdy zobaczył siebie po charakteryzacji?

 

ADAM WORONOWICZ: Były różne próby charakteryzacji. I co zabawne, im bardziej mnie charakteryzowano, tym mniej byłem podobny do księdza Jerzego. Ksiądz był niższy ode mnie i szczuplejszy, ale oczywiście jest podobieństwo. Szczególnie ujawniało się to w konfrontacji z ludźmi, którzy znali kiedyś księdza Popiełuszkę, a teraz przychodzili statystować. Na mój widok w szatach liturgicznych niektórzy niezwykle się wzruszali. Miałem przy tym wrażenie niesamowitej akceptacji z ich strony. W kościele Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy, gdzie ksiądz Jerzy odprawił swoją ostatnią mszę, podszedł do mnie starszy pan i wyznał, że był na tej mszy. Potem ze łzami w oczach powiedział: „Dziękuję”.

GALA: Pamięta pan chwile ze swojego dzieciństwa, gdy nyska przywiozła do prosektorium w Białymstoku zwłoki księdza Popiełuszki?

ADAM WORONOWICZ: Doskonale. Miałem 11 lat, graliśmy z chłopakami w piłkę na pobliskim boisku. Wiedzieliśmy, że stała się rzecz straszna. Pobiegliśmy do prosektorium, ale nie mogliśmy się dopchać, tylu było tam ludzi. Nawet przez myśl mi nie przeszło, jak blisko będę kiedyś obok księdza Jerzego…

GALA: Był pan blokersem?

ADAM WORONOWICZ: Tak, wychowałem się na Osiedlu Przydworcowym. Mieszkaliśmy z rodzicami i siostrą na ósmym piętrze. Plac przed budynkiem aż się roił od dzieciaków. Graliśmy w piłkę, piliśmy wodę z kranów na ogródkach działkowych, zrywaliśmy owoce z dzikich sadów. To były lata 80. W domach, do których chodziłem, był albo znaczek Solidarności, albo któryś z portretów: Lecha Wałęsy, Jana Pawła II, ks. Jerzego Popiełuszki. Ludzie śpiewali pieśni „Ojczyzno ma” lub „Żeby Polska była Polską”.

GALA: Tęskni pan za Białymstokiem?

ADAM WORONOWICZ: Był taki moment w czasie studiów. Tęskniłem za kolegami. To minęło, bo moim żywiołem jest chwila.

GALA: To jak się panu udało utrzymać małżeństwo przez tyle lat?

ADAM WORONOWICZ: W tym roku minie 10 lat od mojego ślubu z Agnieszką. Poznaliśmy się jeszcze w Białymstoku. Pamiętam, że nie tak dawno stałem na białostockim peronie z torbą w ręku i wyjeżdżałem na studia do Warszawy. Mówiłem mamie, że zaraz przyjadę. Nie zdawałem sobie sprawy, że w domu będę już tylko gościem. Wsiada się w pociąg i ląduje w innym świecie, którego się nie zna, nie rozumie. Nagle akademik, trzy osoby w pokoju. Było mi ciężko. Jak nam wszystkim na roku, niepochodzącym z Warszawy: Marcinowi Dorocińskiemu, Jankowi Wieczorkowskiemu.

GALA: A proboszcz z pana parafii żałował, że „materiał na księdza poszedł na zmarnowanie, w aktory”.

ADAM WORONOWICZ: Dzisiaj czuję, że jestem na swoim miejscu. Wielu moich kolegów poszło do seminarium. Są teraz dobrymi kapłanami. Kiedy jest się tak blisko kościoła, pytanie o pójście do seminarium nasuwa się samo. A na moim podwórku wszyscy byli ministrantami. Albo w kościele katolickim, albo w cerkwi św. Mikołaja. Mnie ustrzelił teatr.

GALA: Reżyser filmu Rafał Wieczyński opowiadał o niezwykłych zdarzeniach na planie. Nad grobem księdza Jerzego z nieznanych przyczyn odmówiła posłuszeństwa kamera. Jak pan zapamiętał te sytuacje?

ADAM WORONOWICZ: Co się wtedy stało z kamerą, nie wiadomo.

GALA: Najbardziej poruszający moment na planie?

ADAM WORONOWICZ: Jesteśmy w Bydgoszczy i szukamy szat podobnych do tych, w których ksiądz Jerzy odprawiał mszę. Przychodzi ksiądz prałat, prowadzi nas do kaplicy pamięci i podaje mi autentyczne szaty, w których odprawił swoją ostatnią mszę. Oddalam moment, kiedy mam je włożyć. Dla uspokojenia biorę kilka głębszych oddechów… Mówię ekipie, że mam na sobie prawdziwe szaty. Zapada milczenie...

GALA: Najtrudniejsze chwile?

ADAM WORONOWICZ: Sceny zatrzymania księdza Jerzego. Dużo mnie kosztowały. Wróciłem ze zdjęć o piątej rano i długo nie mogłem zasnąć. Byłem rozdygotany. Często na planie rozmawialiśmy, czasem nawet żartowaliśmy, ale przy tej scenie zapadła grobowa cisza. 40 osób zamilkło, nikt nie był w stanie nic powiedzieć. W tym filmie przełamywałem swoje obawy. Zawsze panicznie bałem się wody, późno nauczyłem się pływać. Rzeczą nie do wyobrażenia było otworzenie pod wodą oczu. Przestałem się bać. Skakałem do wody, szedłem na dno.

GALA: Skąd ta przemiana?

ADAM WORONOWICZ: Wiedziałem, że muszę to zrobić. Zależało mi na tym, żeby pokazać księdza Jerzego takim, jaki był – skromnym, zwyczajnym człowiekiem, ale z charyzmą. A najtrudniej jest złapać zwyczajność. Na spotkaniu w Ząbkach z ludźmi, których ksiądz Popiełuszko uczył religii, jakiś mężczyzna pokazał mi swój zeszyt. Było tam pytanie: „Kto to jest święty?”. I odpowiedź podana przez księdza: „Święty to jest ktoś zwyczajny (żyjący normalnie)”. To cały ksiądz Jerzy! Nie był typem showmana czy polityka. Był oddany ludziom i Kościołowi. Często w kazaniach mówił, że po obu stronach barykady stoją Polacy. Widział w tym dramat.

GALA: Piotr Adamczyk po papieskich rolach opowiadał, że w Krakowie jakaś kobieta na jego widok wyszeptała: „O, Ojciec Święty…”, a Jerzy Pilch żartował, że „po tej roli aktor ma już tylko jedno wyjście: umrzeć”. Co pana czeka?

ADAM WORONOWICZ: Zagrałem księdza, więc przede mną jeszcze role biskupa, kardynała, papieża. Jestem w stanie się zmierzyć z różnymi rolami. I one przychodzą. Czekałem na spotkanie z Agnieszką Holland i niedawno spędziłem dzień na planie „Janosika”. Gram też w debiutanckim filmie Borysa Lankosza. Grzegorz Jarzyna zaprosił mnie do Teatru Rozmaitości i swojego spektaklu „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej. Premiera w Berlinie. Nie jest źle.