GALA: Dlaczego nie lubi pani słowa „gwiazda”?

AGATA KULESZA: W zestawieniu ze mną nie funkcjonuje ono najlepiej. Gwiazdą jest dla mnie Janusz Gajos, Krystyna Janda, jeszcze kilka nazwisk mogłabym wymienić. Na pewno nie jestem nią ja i nie są też gwiazdami celebryci.

GALA: Pani rzadko gdzieś bywa. To świat pozorny, nie pani?

AGATA KULESZA: Dla mnie to sztuczny świat, taki byle jaki. Nudzi mnie. Wszyscy się umawiamy, że wystrojeni idziemy na jakąś imprezę. Są gwiazdy, gwiazdki, biznesmeni i tacy wszyscy czujemy się wybrani, ważni, bo jesteśmy na tym bankiecie i mamy w torbach zaproszenia. Tak sobie machamy, uśmiechamy się, witamy, a naprawdę ze sobą nie rozmawiamy. Zawsze, kiedy się daję zwieść próżności i gdzieś pójdę, to później bardzo żałuję, wręcz mam moralnego kaca. Może nie umiem funkcjonować na takich imprezach. To zdecydowanie nie moja bajka. Z wieloma osobami nie chcę się spotykać, nie mogę się też napić, bo nie będę nikomu pokazywać się na rauszu. Bardzo uważam, z kim biesiaduję. Nie wszystkich chcę dopuścić do siebie blisko, pokazać, jak się bawię, żartuję.

GALA: Dobrze, że popularność przyszła późno?

AGATA KULESZA: Nie wiem, czybym sobie poradziła, gdybym miała dwadzieścia kilka lat. Może bym się zachłysnęła, uwierzyła, że jestem kimś wyjątkowym. Podziwiam młodych ludzi, którzy potrafią sobie radzić z popularnością. Nie jest fajnie, kiedy nie można wyjść do sklepu, umówić się, z kim się chce, bo paparazzi siedzą przed domem i wszystko, co się robi, będzie później komentowane.

GALA: Przed pani domem też trochę siedzieli po wygranej w „Tańcu z gwiazdami”.

AGATA KULESZA: Ale szybko zrezygnowali, bo była straszna nuda. Mogli mi robić zdjęcia, jak odwożę córkę do szkoły, wracam do domu, a potem jadę do teatru. Pewnie liczyli, że ktoś ode mnie wyjdzie, a tu nic się nie działo. Wtedy zdałam sobie sprawę, jak łatwo manipulować mediami. Nagle człowiek może wymyślić i zrobić sobie dowolne przedstawienie.

GALA: Sprzedać światu wymyśloną historię, podkręcić popularność.

AGATA KULESZA: Wiele osób tak robi od lat. Albo epatują swoim nieszczęściem, albo szczęściem, kochankiem, tajemnicą, która dziwnym trafem przekrada się do mediów. Nie ma to nic wspólnego z ich prawdziwym życiem. Stanie się człowiekiem popularnym nie jest trudne. Myślę, że gdyby trzy osoby z PR popracowały na pierwszej lepszej osobie spotkanej na ulicy, byłyby w stanie bardzo szybko zrobić z niej rozpoznawalne nazwisko.

GALA: To, że bywa się na okładkach, jest oznaką sukcesu?

AGATA KULESZA: Są tacy, którzy na pewno tak to odbierają. Gromadzą te okładki, porównują się z koleżankami, która na ilu była. Ale co to jest za sukces bycie na okładce? To bardzo przyjemne, ale żebym liczyła okładki czy stawiała warunki, że albo okładka, albo nic? Nie mam w sobie takiej pazerności. Wie pani, chciałabym zagrać taką rolę, żeby wszyscy chcieli te okładki ze mną. Z tego powodu, że stworzyłam wybitną kreację albo dostałam Złotą Palmę w Cannes. Wtedy dałabym sobie prawo do bycia na okładce. Po wygranej w „Tańcu z gwiazdami” też dałam sobie takie prawo. Ludzie chcą się czegoś o mnie dowiedzieć. Pomyślałam, że nie będzie to nadużyciem. Ale za chwilę już będzie.

GALA: Zdobyła pani serca ludzi, przekazując srebrne porsche, główną nagrodę „Tańca z gwiazdami”, Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.

AGATA KULESZA: Ci, którzy mnie znają, wiedzą, dlaczego to zrobiłam, i nie są zaskoczeni. Nie jestem Matką Teresą, nie rozdaję wszystkiego, ale miałam potrzebę podzielić się z innymi. Tak po prostu. Jak się dostaje prezent od losu, warto z nim zrobić coś dobrego. A może to była też moja walka z lanserskim światem, może ja nie chcę w takim świecie żyć? Ostatnio Ewa Gorzelak zaprosiła mnie do Centrum Zdrowia Dziecka na oddział onkologiczny. Wyszłam po trzech godzinach i pomyślałam, że to powinno być dla niektórych ludzi obowiązkowe. Gdyby przeszli przez te wszystkie sale, to nie pytaliby, dlaczego ktoś oddaje porsche albo przekazuje cokolwiek na cel charytatywny.

GALA: Pięć lat temu powiedziała pani: „Kompletnie nie interesują mnie tak zwane dobra materialne”. Nic się tu chyba nie zmieniło?

AGATA KULESZA: Na pewno nie marzę o willi z basenem. Nie interesuje mnie gromadzenie. Natomiast często przywiązuję się do pewnych rzeczy, które mają dla mnie wartość sentymentalną. Gdybym zgubiła ten pierścionek od męża, chybabym oszalała. Pewnie, że chciałabym mieć piękne mieszkanie. Ale nie mogę udawać, że mnie na nie stać. Nabrać nie wiadomo ile kredytów, zastanawiać się, od kogo pożyczyć, żeby spłacić ratę, i siwieć z każdym dniem coraz bardziej. Uważam, że mam bardzo dużo. Swoje mieszkanie, samochód, malutki domek nad Wisłą, mogę wyjechać na wakacje, jestem zdrowa.

GALA: A co by pani zrobiła, gdyby wygrała w totolotka 20 milionów?

AGATA KULESZA: A wie pani, że wielokrotnie się zastanawiałam, bo gram. Kupiłabym piękne mieszkanie blisko centrum. Mało zmieniłoby się w moim życiu. Czy coca- cola miałaby wtedy inny smak, miałabym inny humor? Może na krótko. O co chodzi z tymi pieniędzmi, z takim nienasyceniem? Nie rozumiem tego.

GALA: Gdzieś przeczytałam, że może kryzys pojawił się właśnie po to, żebyśmy się zatrzymali.

 

AGATA KULESZA: Też tak myślę. Może zrozumiemy, że doszliśmy do ściany, i zmienimy model życia. Wrócimy do prostych wartości, cieszyć nas będzie nie blichtr, ale zwyczajne, proste chwile. Nazywam je magią, cudem... Cud narodzin Marianki, spotkanie Marcina. Jest mi dobrze, kiedy słyszę burzę, deszcz wali w parapet, a ja siedzę bezpiecznie w domu. Falują zboża, jest ciepło, ale nie za gorąco, a ja mam taki luz.

GALA: Co dla pani jest w życiu ważne?

AGATA KULESZA: Bardzo dużo różnych rzeczy... Najbardziej cieszę się, że mając różne grzechy na sumieniu, jak wstaję rano, to jednak odważnie patrzę w lustro. Nie mam sobie do zarzucenia świństw, oszustw. Myślę, że uczciwość w życiu jest bardzo ważna. Czyste sumienie to wolność. Mam wielkie szczęście, że praca jest moją pasją. Zastanawiam się, może jeszcze byłabym dobrym lekarzem? Mam kolegę w Szczecinie, który jest chirurgiem onkologiem. Uwielbiam z nim rozmawiać, przerabiamy wszystko. Kiedy miałam cesarkę i leżałam już na stole operacyjnym, jeszcze pytałam: „Czy to prawda, że będzie pan przecinał sześć warstw?” (śmiech). Bardzo ważna jest dla mnie rodzina. Daje spokój, harmonię. Czasem mam tendencję do takiego nakręcania się, zapętlenia, że zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością. Mąż zawsze sprowadza mnie na ziemię. Kiedy zaczynam się czymś egzaltować, powie: „Stop, mówiłaś to już trzy razy”. Bardzo o mnie dba, żebym się nie zagubiła.

GALA: Mąż jeszcze bardziej niż pani nie lubi bywać.

AGATA KULESZA: Ostatnio byliśmy razem na jakimś bankiecie, chyba pierwszy raz (śmiech). Marcin mówi, że to dla niego bardzo fajne doświadczenie socjologiczne. Dla mnie też, zobaczyć go w imprezowym entourage’u. Marcin imponuje mi ogromną wiedzą, jest bardzo fajnym gościem. To jeden z najlepszych ludzi, jakich w życiu spotkałam.

GALA: Podoba mi się, że oboje dajecie sobie prawo do osobności.

AGATA KULESZA: Marcin mnie tego nauczył. Śmiejemy się, że teraz trzeba się spotkać, a później będzie można odejść. W czasie wakacji Marcin przyjeżdża do leśniczówki i się nudzi. Ja leżę pod drzewem i czytam książki. Posiedzi kilka dni, a potem jedzie na swoją łódkę. Nikt nie ma do nikogo pretensji.

GALA: Lubi pani chwile samotności?

AGATA KULESZA: Nie chcę istnieć bez Marcina i Marianki, ale uwielbiam chwile rano, kiedy mąż wyjdzie, odwiozę córkę do szkoły i mam trzy godziny tylko dla siebie. Czasem w ogóle nie odbieram telefonu, czytam, nie patrzę, że mam bałagan w kuchni. Człowiek musi umieć być sam. Mam swoją przestrzeń i jestem z Marcinem, bo chcę z nim być, a nie dlatego, że jestem uzależniona od toksycznej miłości albo materialnie.

GALA: Nie wyobraża sobie pani życia bez swoich przyjaciółek?

AGATA KULESZA: Są piekielnie ważne. My właściwie ze sobą żyjemy. O 8.30 dzwonię do Magdy Warzechy albo Magda do mnie i rozmawiamy o wszystkim. O bardzo poważnych sprawach i bardzo błahych: że Magda właśnie skończyła ćwiczyć i umyła głowę, sroki znowu uwiły na drzewie gniazdo, jaki mamy humor. Bez Magdy i Agnieszki Suchory moje życie nie byłoby pełne. Kiedy gdzieś wyjeżdżają, tęsknię za nimi.

GALA: Pani przyjaźń z dzieciństwa z Kasią Nosowską przetrwała?

AGATA KULESZA: Mamy cały czas bardzo dobry kontakt. Nasi rodzice się znali, nie pamiętamy pierwszego spotkania, bo miałyśmy po trzy lata. W podstawówce chodziłyśmy do jednej klasy, mieszkałyśmy bardzo blisko siebie. Kaśka nie funkcjonuje cały czas w moim życiu, ale jest w mojej głowie. Zdzwaniamy się co jakiś czas i nie jest ważne, że przez dwa miesiące nie miałyśmy kontaktu. Zawsze mamy o czym rozmawiać. Wzruszam się, kiedy słyszę w radiu jej piosenki. To jest artystka, prawdziwa gwiazda. Kaśka nie musi nigdzie bywać. Właśnie, gwiazdy nie muszą bywać.

GALA: Córka ma dwanaście lat. Jaka jest?

AGATA KULESZA: Bardzo wrażliwa, do wszystkiego ma zdrowy dystans. Czasami jest taka śmieszna. Jak tańczyłam, mówiła mi: „Mamo, spotkaliśmy z tatą jakichś znajomych i ja tak strasznie chciałam im powiedzieć, że ty jesteś w »Tańcu z gwiazdami«, ale wiedziałam, że tata się wkurzy i się powstrzymałam”. Albo ostatnio: „Spotkałam dwie dziewczynki na podwórku i one nie wierzą, że ty jesteś moją mamą”.

GALA: Wiem, że bardzo lubi pani czytać Leszka Kołakowskiego. Jeżeli zapytam, czy jest pani szczęśliwa, pewnie odpowie pani cytatem z niego: „Szczęśliwe to może być dziecko do piątego roku życia w kochającej rodzinie. Albo Bóg. My możemy być co najwyżej zadowoleni”.

AGATA KULESZA: To jedno z najmądrzejszych, najpiękniejszych zdań, jakie znam. Mam je zawsze przy sobie. Proszę zobaczyć, noszę przy sobie wywiad z Leszkiem Kołakowskim „Sen, w którym żyjemy”. Bardzo utożsamiam się ze wszystkim, co mówi. Niech pani posłucha: „Jest dobrze pomyśleć sobie, że będzie się pamiętanym przez najbliższych, przyjaciół i rodzinę. I żadne inne pamiętanie nie jest ważne”. Czy ja zagram jakąś rolę czy nie, cóż to będzie miało za znaczenie?! Ważne, czy byłam dobrą matką, żoną i dobrym człowiekiem.