Gala: Przez tyle lat pracowałaś na wizji, a od niedawna pełnisz funkcję dyrektora rozwoju telewizji TLC. Jak się czujesz w nowej roli?

Agata Młynarska: Znakomicie. Łączę teraz wszystko, co wiem o pracy w telewizji. Zdarzały się długie okresy, kiedy nie występowałam i nie prowadziłam programów, ale dużo pracowałam jako autorka scenariuszy i producentka, po drugiej stronie kamery. Tak było w Dwójce. Nina Terentiew, ówczesna szefowa tego programu, wymagała od wszystkich wszechstronności. Niemożliwe było, by Grażyna Torbicka, Agata Młynarska czy Katarzyna Dowbor nie umiały zebrać samodzielnie informacji do programu, napisać scenariusza, pojechać na plan, zrobić zdjęć i zmontować całości. Teraz to  doświadczenie bardzo procentuje.

Czyli nie byłaś nigdy wyłącznie  „prezenterką przy kwiatku”?

Nie. My byłyśmy przede wszystkim wszechstronnymi  dziennikarkami. W TLC weszłam w świat międzynarodowej korporacji telewizyjnej i jest to dla mnie zupełnie nowe  doświadczenie, ale jestem gotowa stawić mu czoła. Bo tak naprawdę niczym się to nie różni od tego, czym zajmuję się od blisko  30 lat. Zawsze starałam się poruszać emocje widzów, docierając do prawdy  w bohaterach. Telewizja stoi w tej chwili przed poważnym problemem: starzeje się jako narzędzie. Natomiast dziecko, które wydała na świat, czyli przekaz wideo, rozkwita i żyje samodzielnie. Podczas gdy „stara matka telewizja” czeka, by ktoś ją obejrzał o wybranej godzinie, w internecie wszystko jest dostępne  od ręki, na żądanie. Ludzie telewizji głowią się, co zrobić, by tę „starą matkę” widzowie wciąż chcieli odwiedzać?  To bardzo trudne.

Trzeba mieć świadomość zmieniających się czasów.

Tak. A przy tym tworzenie i wybieranie programów dla kobiecej publiczności to wyjątkowe wyzwanie, bo konkurencja jest ogromna.

Nie żal Ci rozstania z wizją?

Wiedziałam, że o to zapytasz. Nie myślę  o tym w kategoriach rozstania. W każdej chwili mogę wrócić. Jednak powiem szczerze, że po programie „Świat się kręci”, gdy nasycenie wizją osiągnęło u mnie najwyższy poziom, szukam czegoś równie atrakcyjnego  i wartościowego. Jednocześnie łapię oddech  i dystans, tak potrzebne w pracy na wizji. Czasami przerwa w występach dobrze robi.

Czy sukces jeszcze bardziej mobilizuje Cię do działania?

Ja przede wszystkim zawsze mam apetyt  na więcej i lepiej. Sukces to dla mnie wielka radość, ale też zawsze myślę o tym, co dalej.  Nina Terentiew powiedziała mi, że sukces  w telewizji ma znaczenie tylko w odniesieniu do twojej ostatniej pracy. Znacznie ważniejsze jest, co będzie jutro. Dlatego nieustannie coś wymyślam i proponuję. Raz się udaje,  a raz nie. Najważniejsze jednak, że się nie poddaję. To jest dla mnie sukces.

Telewizja zawsze była bardzo ważna  w Twoim życiu. Czy z jej powodu zaniedbywałaś swoich synów, rodzinę,  przyjaciół, siebie?

Rodzina i praca to zawsze jest konkurencja. Nie jest możliwe, by było inaczej. Jeżeli chcesz się oddać pracy, którą kochasz, i być w niej najlepsza, zapłacisz za to cenę. Wiedziałam, że jednej rzeczy nie wolno mi zaniedbać, jeśli chodzi o dzieci: muszę stać po ich stronie i być zawsze, kiedy mnie potrzebują. Choćby się waliło i paliło, wstawałam rano i wyprawiałam synów do szkoły. Chciałam ich posłuchać,         popatrzeć na nich, pobyć razem. Odwoziłam ich do szkoły, więc spędzaliśmy razem sporo czasu w samochodzie, mogliśmy pogadać. To był trudny czas, gdy dorastali. Wiadomo, jak to jest z nastolatkami.

Buntowali się?

Tak, ale miałam poczucie, że w najważniejszych momentach zawsze jesteśmy razem. Synowie przede mną niczego nie ukrywali, nigdy nie ściemniali. Gdy była wywiadówka czy jakieś trudne rozmowy, mówili mi zawsze prawdę. Ja też rozmawiałam z nimi uczciwie. I umiałam przepraszać. Jeśli nawaliłam, mówiłam: „Słuchajcie, bardzo was za to przepraszam”, że obraziłam ich w rozmowie albo  fatalnie się zachowałam, albo się spóźniłam. Po latach powiedzieli mi, że to było dla nich bardzo ważne.

Co synowie mówili o Twojej pracy?

Nie była przedmiotem rozmów w domu. Staś długo jej nie akceptował. Potrafił czasami krytycznie się wypowiedzieć. Nigdy z tym  nie walczyłam. Wiedziałam, że kiedyś doceni to, co robię. I tak się stało.

A Tadeusz?

On był bardziej łaskawy. Może dlatego, że od samego początku mówił, że chce zostać operatorem filmowym, co mu się zresztą udało.

Masz wyrzuty sumienia jako matka?

Kiedyś miałam nieustające poczucie winy. Moja praca jest jak zaborczy, zazdrosny kochanek. Nie znosi konkurencji. Musiałam ciągle balansować pomiędzy interesem rodziny  i pracą. Jest to doświadczenie znane świetnie wielu kobietom. I nie ma wyjścia, trzeba sobie jakoś z nim radzić. Było wiele świąt, większość sylwestrów, kiedy nie było mnie w domu.

Ale wydaje mi się, że jeśli miałabym powtórzyć tę historię, mimo wszystko, postąpiłabym tak samo. Moje dzieci miały bezpieczny, kochający, kolorowy dom. Wprawdzie czasami nie było w nim mamy, ale zawsze była ciepła zupa i naleśniki. Na szczęście dzieciństwo trwa krótko, a dorosłość dłużej. Teraz synowie doceniają, że mam swoje życie prywatne i zawodowe. Praca była  i nadal jest dla mnie ważna. Byłabym nieszczęśliwa bez niej. Poza tym zawsze chciałam zarabiać pieniądze, by być niezależną i móc realizować marzenia.

Kryterium wyboru tej pracy raczej nie były pieniądze?

Jestem szczęściarą, bo praca zawsze  była dla mnie wielką przyjemnością.  I po latach uporałam się z poczuciem winy. Co do bilansu zysków i strat: wiem, że umknęło mi parę poranków, wyjść na spacer z chłopcami, ale za to przeżyliśmy wspólnie wiele niepowtarzalnych, niebanalnych chwil. Synowie nieraz towarzyszyli mi w pracy, przekonując się, że świat może być ciekawy, barwny, niestereotypowy. To są te plusy, które oni dostali. Zresztą sama również miałam zwariowany, choć jednocześnie bardzo  tradycyjny dom. Z zupą na stole, z zasadami,  z naszą opiekunką Helusią.

Nazwałaś kiedyś swój dom rodzinny „kompletnie dwubiegunowym”.

Tak! Taki był. Brakowało Ci w nim poczucia bezpieczeństwa?

Nie, poczucie bezpieczeństwa miałam, tylko nie bardzo wiedziałam, co wydarzy się jutro... 

Co masz na myśli?

To, że jutro było nieprzewidywalne. Na przykład rodzice gdzieś wyjadą i nie wiem, kiedy wrócą. A nie było wtedy przecież telefonów komórkowych. Na szczęście w domu była  Helusia, która pojawiła się u nas, gdy miałam dziewięć miesięcy, i została z nami na całe  życie. Była jak mama.

Punkt stały w życiu?

Ona i dziadkowie stwarzali nam poczucie bezpieczeństwa. Dzięki nim miałam pewność, że nasz dom jest nienaruszalny, choć dużo się w nim działo. Po premierze w teatrze przyjęcia u nas trwały do czwartej, piątej  nad ranem. Świat, który obserwowałam,  był fascynujący. I nikomu nawet do głowy  nie przyszło, by zwrócić uwagę, czy śpię.

A dzieci musiały rano wstać do szkoły...

Zawsze słyszałam, że więcej skorzystam,  będąc wśród przyjaciół rodziców i słuchając ich rozmów, niż siedząc w szkole. Próby  do wielu przedstawień często odbywały się  u nas w domu. Na przykład do musicalu „Cień”, który był wystawiany w Teatrze  Rozmaitości, w reżyserii Jerzego Dobrowolskiego do libretta napisanego przez tatę.  Codziennie więc spieszyłam się ze szkoły,  by zdążyć na końcówkę tej próby. Albo pamiętam, gdy miałam sześć, siedem lat  i mieszkaliśmy jeszcze na Powiślu: mama  razem ze swoją koleżanką aktorką przygotowywała duet taneczno-wokalny. Sadzały mnie przed sobą i prosiły o ocenę występu. Czułam się totalnie zaangażowana! To było dla mnie wielkie przeżycie!

Jak bardzo dom, który stworzyłaś  dla synów, różnił się od tego,  w którym się wychowałaś?

Wspólne śniadania i niedzielne obiady były podstawą. Do tego przyzwyczaiła mnie mama. Codziennie wstawała rano, mimo że pracowała w teatrze i kończyła spektakl około 22. Czekałam, aż usłyszę odgłos zamykanych przez nią drzwi, i wtedy mogłam spokojnie  zasnąć. Celebrowałam też obiady w niedziele. Wiele rzeczy chciałam zrobić jednak inaczej, niż robiono je w moim domu.

Co na przykład?

Chciałam wrzucić na luz. Nie było dla mnie aż tak istotne, w jakim ubraniu chłopaki siadają do Wigilii. Wiedziałam, że walka o to, by nie zakładali dżinsów jak z teledysków hip-hopowych, będzie kruszeniem kopii. W domu moich rodziców to by nie przeszło. Dzieci musiały siedzieć przy świątecznym stole równo, pod kokardą i nikt z tym nie dyskutował.

Rozmawiało się u Was otwarcie o relacjach i emocjach?

Nie. Tata urodził się w czasie wojny, mama przed wojną. Pokolenia wojenno-powojenne miały ogromny problem z tym, jak mówić wprost o sprawach osobistych, intymnych.  Ja z moimi synami rozmawiałam o tym otwarcie. Pierwsze piwo Staś wypił ze mną  w domu. Sama mu je zaproponowałam.

Odebrałaś w ten sposób smak zakazanemu owocowi?

Zdetonowałam bombę. Położyłam też papierosy, mówiąc: „Chcesz? To pal, jesteś już  dorosły”. Tak się speszył! Nie miał ochoty. Zresztą chłopcy nie piją i nie palą. Ich pasją jest wspinaczka.

Ludzie postrzegają Cię jako osobę silną, skąd bierzesz tę siłę?

Ja w ogóle jestem panna z temperamentem  z domu. Moja prababcia i babcie były osobami bardzo dynamicznymi. Więc to jest na pewno jakaś rodzinna predyspozycja, kwestia charakteru. Wiele razy spotkałam się z tym,  że ludzie w pracy bardzo to krytykowali.

Ale co krytykowali?

Ten entuzjazm, nakręcenie. Mówili: „Ty się zawsze zapalasz!”. Słyszałam to wiele razy. Ale niespecjalnie się tym przejmowałam. Dzięki temu nigdy nie doświadczyłam zblazowania czy znudzenia pracą. Zawsze miałam poczucie, że praca to jest bezcenny dar. Chociaż czasami bywała niewdzięczna, nieefektowna, niespektakularna. Nie zawsze przecież stoi się w cekinowej kiecce i błyszczy. Chwile piękne trwają krótko.

Ale rekompensują chwile przykre  i trudne?

Tak, w telewizji  jest dużo mozolnej, mało efektownej roboty. Jak w domu: możesz mieć pięknie, ale musisz wysprzątać.

Jak to się dzieje, że w trudnych chwilach zawsze znajdujesz siłę, by się podnieść  i poszukać pozytywnych stron?

Mam wrodzony entuzjazm do życia.

Jest coś, co by Cię mogło złamać?

Na pewno. Jakaś straszna podłość może? Tak mi się wydaje.

Zdarzyło się już w życiu, że leżałam zwinięta w kulkę na tapczanie i płakałam, a moje dzieci stały nade mną i mówiły: „Mamo, ale przecież świat się nie kończy! Przecież  Woronicza i telewizja to nie jest jedyne miejsce na ziemi, w którym możesz pracować”.

No właśnie, ciekawe jest to, co mówisz, że płakałaś przez pracę. Nie z powodu mężczyzny czy problemów w życiu rodzinnym.

Oczywiście bardzo przeżywałam osobiste  porażki i swoje nie do końca udane życie osobiste. Ale najbardziej przejmowałam się tym, że jestem autorką bałaganu we własnej głowie. Zrozumiałam, że muszę zrobić porządek z tym, co się dzieje we mnie i wokół mnie. Poszłam więc na terapię. Zawdzięczam to mojej siostrze, która powiedziała, że już więcej nie będzie wysłuchiwać moich jęków przez telefon. To ona mnie zmobilizowała.

Ile lat temu to było?

Zaczęłam w 2005 roku.

Jak długo chodziłaś na terapię?

Twardo, bez znieczulenia zasuwałam przez siedem lat. A ósmy rok chodziłam z doskoku, żeby mieć kontrolę nad sytuacjami trudnymi. I z przyjemnością jeszcze bym pochodziła, tylko moja terapeutka w pewnym momencie powiedziała, że nadchodzi czas, by zacząć żyć samej, na własną rękę. Kiedy zaczynałam, rozsypana na części, wiedziałam, że jestem  w zerowym punkcie. Mimo że tyle osiągnęłam, miałam poczucie, że kręcę się w miejscu, nie mogę pójść dalej, rozwijać się. Życie było cierpieniem, a nie radością.

Było aż tak źle? Pierwszy związek chyba nie miał prawa się udać, byliście tacy młodzi.

Miłość szkolna… Ale ojciec moich synów,  choć wspaniały człowiek, okazał się mężczyzną nie dla mnie. Pozostała przyjaźń i serdeczne relacje rodzinne. Skarb bezcenny.

Wracając do porażek. Ty chyba jednak byłaś bardziej skupiona na pracy  niż na związkach?

Na pracy i dzieciach. A to już kobiecie zabiera wystarczająco dużo czasu. Oprócz tego sama nie wiedziałam, czego chcę i co jest dla mnie dobre. Nie miałam też możliwości skonfrontowania się z własnymi uczuciami, bo cały czas zasuwałam, wirowałam jak w wirówce.

Nie znałaś siebie i dlatego dokonywałaś niewłaściwych wyborów?

Nie znałam swoich potrzeb. W wielu sytuacjach fantazjowałam i znieczulałam się bujaniem w obłokach. Tak często mają dzieci, które cierpią na deficyt uwagi. Poszukują  akceptacji za wszelką cenę. A to ma konsekwencje w błędnych wyborach. Dlatego warto wykonać pracę nad sobą, która pozwoli  zmierzyć się ze wszystkimi lękami i niepewnościami mającymi korzenie jeszcze w dzieciństwie.

Na przykład pogodziłam się z tym że mogę nigdy nie usłyszeć, że jestem najpiękniejszą i najukochańszą córeczką tatusia.  Bo tata już tak ma. Nie jest skory do wylewnych i czułych słów, co wcale nie oznacza,  że mnie nie kocha. Wręcz przeciwnie. Muszę ci powiedzieć, że kiedy leżał już bardzo chory, zapytałam go wprost : „Tato, czy ty mnie  kochasz?”. „Ależ oczywiście, córeczko! Kocham cię!”.

Czasem warto o pewne rzeczy pytać  i prosić.

Tylko nie zawsze potrafimy to zrobić. Terapia nauczyła mnie mówienia wprost. Bez owijania w bawełnę, manipulacji, podtekstów.  A co najważniejsze, dzięki terapii zaczynasz rozumieć, co jest dla ciebie dobre. Jeśli okazuje się, że człowiek, z którym żyjesz, jest dla ciebie źródłem cierpienia, masz siłę, żeby się rozstać. Stajesz się dla siebie ważną osobą,  o którą zaczynasz dbać. O zdrowie, urodę, szczęście. Człowiek staje się o wiele mądrzejszy, lepszy, bardziej wartościowy po takim przepracowaniu. Uspokaja się, a przede wszystkim dociera do niego, że może odnosić prawdziwe sukcesy, które wynikają z jego możliwości. I dotyczy to zarówno sfery prywatnej, jak i zawodowej. Odkąd zaczęłam chodzić na terapię, zdałam sobie sprawę, że mój sukces zależy wyłącznie ode mnie.

Masz świadomość, że wyglądasz teraz  lepiej niż kiedyś? Zaczęłaś o siebie  bardziej dbać czy to miłość tak Cię uskrzydla?

Miłość na pewno ma znaczenie. Ale najważniejsze jest poczucie własnej wartości. Ono uskrzydla. Kiedy poszłam na terapię, zaczęłam odkrywać  siebie jako kogoś wartościowego i atrakcyjnego. Nigdy wcześniej tak siebie nie postrzegałam. Pamiętam też moje doświadczenie z pracy we Włoszech. Tam  mężczyźni pięknie komplementują kobiety. Odbywa się istny festiwal adoracji. To bardzo dobrze wpływa na poczucie akceptacji.  Do każdej mojej „włoskiej pracy” szykowałam się jak na bal. Mentalnie również. To było oczyszczające. Kiedy wróciłam do Polski,  mój stylista poradził mi, bym na ramówkę Polsatu założyła sukienkę mini z dekoltem. Powiedział: „Jesteś taką laską, spróbuj! Co  ci szkodzi? Weź przykład ze swoich włoskich koleżanek”. Odstawiłam się więc w tę miniówę, pamiętam to jak dziś! Miałam 45 lat. Efekt był oszałamiający. Dojrzałe kobiety mają przecież  prawo super wyglądać i być seksowne. To my decydujemy o tym, jak chcemy żyć. Choć wciąż niektórym się zdaje, że może być inaczej.

Otwarcie mówisz, że urodzie trzeba pomagać i nie ma w tym nic złego.

Bo nie ma.  A ukrywanie i udawanie, że to dieta cud, jest śmieszne. Regularnie korzystam  z różnych zabiegów, m.in. mezoterapii. Trenuję też jogę, uprawiam nordic walking. Zaczęłam dbać o siebie, kiedy chłopcy wylatywali z domu. Nagle zostałam sama i wiedzia- łam, że muszę jakoś wypełnić tę pustkę.  W takich sytuacjach najlepiej zająć się sobą.

Dzięki temu jesteś najseksowniejszą babcią w mieście. (śmiech)

Każdej kobiecie życzę, żeby jej własne towarzystwo było dla niej atrakcyjne. I żeby się  sobie podobała. Ja musiałam to wypracować, choć nadal mam takie momenty, gdy nie lubię siebie.

Za co siebie nie lubisz?

Za narzekanie, które mi się zdarza, a jest czymś okropnym.

Ale teraz, kiedy masz już za sobą terapię  i wspaniałego męża u boku, chyba na nic nie narzekasz?

A wiesz, że narzekam! Na głupoty, na pogodę.

Na męża nie narzekasz?

Nie!

Jak się poznaliście?

Prowadziłam koncert galowy z okazji 20-lecia Polsatu i dziewczynom, które przygotowywały mnie do wyjścia na scenę, powiedziałam, że dziś poznam swojego przyszłego męża.

To brzmi jak tania bajka. (śmiech)

Tak było. Koncert się skończył, a ja rozglądałam się wśród gości, ponieważ byłam przekonana, że naprawdę go spotkam. Podczas krojenia urodzinowego tortu, w towarzystwie prezesa Zygmunta Solorza i mnóstwa fotoreporterów dostrzegłam idącego w moją stronę mężczyznę. Podeszłam do niego i powiedziałam: „To pan!”.  A on na to: „Tak, przyszedłem po panią”. I zaczęliśmy rozmawiać, wymieniliśmy się telefonami, następnego dnia zjedliśmy wspólnie kolację, a potem Przemek się oświadczył!

Czy małżeństwo Cię zmieniło?

Od początku miałam przekonanie, że trafiłam do właściwego portu. Zamieszkaliśmy razem, w naturalny sposób zaczęliśmy być po prostu rodziną, jakbyśmy nią byli od zawsze.

Jaką jesteś partnerką?

Dojrzałą i dorosłą. Nareszcie. I nie lubię się kłócić. Konflikt nie jest dla mnie sposobem  na funkcjonowanie. Szkoda mi czasu na fochy. Mam tak fajnego, mądrego męża, że żal by mi było każdego dnia na zmarnowany nastrój.

A co jest w nim takiego fajnego?

Wszystko. Dojrzałość. Poczucie humoru.  Inteligencja. Ogromna serdeczność i gest.

Rozpieszcza Cię?

Nieustająco. Ale przede wszystkim jest lojalny. Mówi: „Wszyscy, którzy są dobrzy dla ciebie, mają u mnie chody. Wszystkich, którzy są dla ciebie niedobrzy, skreślam”. To jest wspaniałe! I powiem ci szczerze, że dla osób, które całe życie starają się udowodnić, że są coś warte, otrzymanie takiego wsparcia sprawia, że rośniesz.

Jak celebrujecie codzienność?

Musiałam dokonać pewnych cięć zawodowych i na prośbę Przemka wielu rzeczy nie robię. Przemek zawsze mówi: „Każdej chwili żal”. Ostatnio jedną z pięknych, typowych  jesiennych sobót czy niedziel zamiast w pracy spędziłam z nim na spacerze w Królikarni. Parę imprez w życiu poprowadziłam, ale  w Królikarni nie siedziałam z mężem nigdy.

Nowa jakość?

Tak. I warto było to wszystko przeżyć, by móc tego doświadczyć.