Przedwojenna kamienica w centrum Warszawy, nieopodal Sejmu i wydawnictwa Czytelnik, gdzie spotykają się ludzie ze świata kultury, m.in. Tadeusz Konwicki, Janusz Głowacki, Krystyna Kofta, niegdyś bywał tu stale Gustaw Holoubek. Mieszkanie Agaty jest w oficynie, która oddziela je od miejskich hałasów.

GALA: Czujesz się zakotwiczona w życiu?

AGATA PASSENT: Żyję w poczuciu, że wszystko się zmienia. Jestem szczęśliwa, ale wiem, że nic nie trwa wiecznie. Dlatego pielęgnuję to, co mam, moją sytuację rodzinną. Nie chciałabym jej zepsuć. Lęk jest dobry, bo mobilizuje, żeby dbać o związek. To efekt dojrzałości. Przedtem, gdy tylko pokazywały się rysy, uciekałam. Ale jak się ma 26 lat, oczekujemy, że wszystko będzie świetnie. A kiedy coś idzie nie tak, zwijamy manatki i w nogi. Przynajmniej ja tak żyłam.

GALA: Wyciągnęłaś wnioski z poprzedniego związku?

AGATA PASSENT: Nawet z paru poprzednich związków. Pierwszy, wspaniały, miałam już w liceum, ale z niego uciekłam. Potem na studiach miałam narzeczonego, którego też skrzywdziłam. Tyle już napsułam, że teraz jak w sklepie z porcelaną drżę, żeby tego związku nie rozbić.

GALA: Dlaczego uciekałaś od mężczyzn?

AGATA PASSENT: Nie wiem, chyba muszę gonić króliczka. W poprzednich związkach było mi za dobrze. Na siłę dopatrywałam się czegoś negatywnego. Fakt, że noszono mnie na rękach, że było słodko, mnie demobilizował. A Wojtek, mój partner i ojciec naszego synka, jest artystą, indywidualistą. Dla niego ważna jest praca, jego życie, więc żeby móc konkurować z fotografią i sztuką, muszę zabiegać o względy. Nie jesteśmy parą, która siedzi sobie na głowie. Żyjemy razem, ale i oddzielnie. Mamy osobne pracownie i osobno spędzamy dużo czasu. Wojtkowi zdarza się wyjechać na miesiąc w podróż fotograficzną.

GALA: Za czym wtedy tęsknisz?

AGATA PASSENT: Za wspólnym czytaniem Kubie. Albo wspólnym odwożeniem synka do przedszkola, gdy później idziemy z Wojtkiem na szybką kawę na mieście. To sympatyczne: randka z własnym narzeczonym! I to w związku, który trwa już cztery lata. Lubię też wyskoczyć razem na lunch. I chwile, gdy Wojtek radzi się mnie w sprawach swoich projektów. Chętnie oglądam jego archiwum. Są tam zdjęcia, np. z Paryża lat 80., kiedy się jeszcze nie znaliśmy. Dzięki temu mogę wtargnąć w przeszłość. Lubię też wspólne podróże, kiedy mamy siebie na wyłączność. Nawet stanie w korku w zamkniętym samochodzie, kiedy możemy się nagadać, jest dobre.

GALA: Co was różni, a co łączy?

AGATA PASSENT: Jestem katastrofi tką. Cały czas się zamartwiam, wszystko analizuję. A Wojtek ma dużo luzu. Mówi: „To się ułoży”. To twórcze myślenie, bo nie wszystko trzeba planować. I kiedy teraz zastanawiamy się, jak ma wyglądać mieszkanie po remoncie, ja chciałabym zaprojektować każdą półeczkę, a Wojtek mówi: „Pomyślimy o tym później”.

GALA: Co oznacza dla ciebie dom?

AGATA PASSENT: Jest miejscem we mnie, więc jest ruchomy, ale i nieruchomy, gdyż w sensie przyziemnym to rodzaj przystani, gdzie się mogę zresetować po stresie czy męczącym dniu. Wcześniej domy mi się zmieniały. Jak nomada jestem wiecznie gotowa do zmiany miejsca. Nie czuję się aż tak przywiązana do Warszawy, że nie wyobrażam sobie życia poza nią. Ale nie mam też wymarzonego miejsca, w którym chciałabym się zakotwiczyć. Lubię jeździć do Niemiec, bo z wykształcenia jestem germanistką.

GALA: Masz mieszkanie w Berlinie?

AGATA PASSENT: Tak, w bloku, w spokojnej dzielnicy po zachodniej stronie miasta. Jeżdżę tam głównie dla licznych galerii sztuki. Dobrze się tam czuję, bo Niemcy to uporządkowany kraj, a ja jestem niepewna siebie. Potrzebuję porządku i ludzi, na których mogę polegać. Do Berlina ciągnie mnie też duch osoby lubiącej dobrze zjeść. Przynajmniej dwa razy dziennie idę do jakiejś knajpeczki. W Warszawie restauracji jest mało i są drogie. Podoba mi się też życie w społeczeństwach mieszanych, przyzwyczaiłam się do tego w Stanach. A w Berlinie mieszka mnóstwo mniejszości narodowych. W Warszawie męczy mnie, gdy w metrze są sami biali katolicy.

GALA: Mówisz, że jesteś niepewna siebie. Z twoich felietonów można jednak zbudować inny obraz: osoby, która wie, jak żyć. W tekstach jesteś śmiała, otwarta, czasami autorytatywna.

AGATA PASSENT: Własną niepewność kompensuję w tekstach. Trochę się taka urodziłam, a trochę to wpływ polskich szkół, w których indywidualność była ostro dyscyplinowana. Szkołę pamiętam głównie jako traumę. Stresowałam się, że jestem słaba z niektórych przedmiotów. I te lęki były przez szkołę umacniane. Pewności siebie dodały mi dopiero studia na Harvardzie. Znalazłam grono profesorów, którzy byli zainteresowani tym, co młodzież ma do powiedzenia. Poza tym w mojej rodzinie dominuje pokora. Wiele od siebie wymagamy i nie uważamy się za gwiazdy. Zarówno moja mama, jak i Marta, druga mama, żona Daniela, a i on sam, zawsze dużo od siebie wymagali i byli niepewni swoich osiągnięć. Tata, choć jest jednym z najwybitniejszych polskich felietonistów, uważa dziennikarstwo za drugorzędne zajęcie. Ja też nie wiem, czy to, co robię, ma sens.

GALA: Zawsze możesz na nowo przełożyć „Fausta”.

 

AGATA PASSENT: Na studiach myślałam o pozostaniu w świecie akademickim, ale źle bym się czuła, pisząc dla stu osób na świecie na temat np. barokowej literatury niemieckiej. Codziennie interesuje mnie coś innego. A to walka ze światowym głodem, a to struktura urbanistyczna modernistycznego miasta, współczesna fotografia reportażowa. Dużo rzeczy, ale powierzchownie.

GALA: Który z domów, w jakich mieszkałaś, jest ci najbliższy?

AGATA PASSENT: Dom rodzinny na Żoliborzu, gdzie się wychowywałam od czwartego roku życia do połowy liceum. To typowy gierkowski segment na cichutkiej uliczce Jakiela. Moimi sąsiadkami były świetne dziewczyny: aktorka Magda Wójcik, Ania i Patrycja Jopkówny oraz Natalia Kukulska. Nadal tam mieszka mój ojciec i mieści się Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej. Tam zaczęłam chodzić do przedszkola. Kiedy rodzice prowadzili mnie pierwszego dnia, krzyczałam do przechodniów: „Pomocy! Ludzie, dokąd oni mnie prowadzą?!”. A potem uwielbiałam przedszkole. Podobnie jak mój syn.

GALA: Kuba nie ma jeszcze trzech lat i już posyłasz go do przedszkola?

AGATA PASSENT: Bo Kubuś to zwierzę towarzyskie, chciał do dzieci! Ma dwa i pół roku, więc na razie chodzi do prywatnego przedszkola. Dom na Żoliborzu kojarzy mi się z gorzkim smakiem niedojrzałego orzecha włoskiego, który rósł obok, oraz zbieraniem kasztanów. A teraz z synkiem robimy ludziki z kasztanów i zapałek. W domu nie mieliśmy telewizora, więc mogłam być na podwórku, blisko natury. Zimą budowaliśmy z sąsiadami igloo albo jeździliśmy na łyżwach. To był szczęśliwy czas, bo rodzina była jeszcze przed rozwodem. Potem mieszkaliśmy tam z tatą sami, a kiedy miałam siedem lat, stworzyliśmy drugą rodzinę z żoną taty i moim kochanym przyszywanym bratem Łukaszem, z którym chodziliśmy do jednej podstawówki. Teraz Łukasz jest psychologiem i świetnym facetem.

GALA: Może powinnaś pomyśleć o przeprowadzce ze Śródmieścia na Żoliborz?

AGATA PASSENT: O nie! Jestem typową city girl. Lubię, jak coś się dzieje i mogę wychodzić z mieszkania wprost na centrum.

GALA: Jak trudne było dla ciebie wyprowadzenie się matki?

AGATA PASSENT: Bardzo. Nie wierzę w bezproblemowe rozwody i kosmetyczne łatanie dziur, jakie potem pozostają. Kolorowe media zagalopowały się w pokazywaniu, jak to te patchworkowe rodziny są miłe i szczęśliwe. I jak to się fajnie załatwia. Może tak to wygląda w serialach, ale w psychice to powolny proces. Na początku było trudno, bo byłam zaborcza, jeśli chodzi o tatę, zresztą wciąż mam nieodciętą pępowinę.

GALA: Tym bardziej że mamę zabierali ci jej liczni przyjaciele...

AGATA PASSENT: Mama po rozwodzie wyprowadziła się na Saską Kępę do swojej mamy na Dąbrowiecką 25, gdzie kilka lat temu umocowaliśmy z fundacją i władzami dzielnicy pamiątkową tablicę. To dziwne, żeby dorosła kobieta, jedna z najwybitniejszych polskich poetek, mieszkała do końca swoich dni z mamą. Córki zazwyczaj uciekają od matek. Ale dom na Saskiej Kępie też miło wspominam. Kojarzy mi się z ceremoniałem niedzielnych obiadów, choć ani mama, ani babcia nie wchodziły do kuchni. Szykowała je gospodyni, śp. pani Helena, którą traktowałam jak drugą babcię. Dzięki niej rozwinęła się moja pasja kulinarna. Gotowała wspaniałe polskie jedzenie. Wszystko na maśle! Nie wybaczę sobie, że nie wyciągnęłam od Heli przepisów. Teraz nie umiem tych smaków odtworzyć.

GALA: Czasem rozmów nie można odkładać. Czy nie żałujesz jakiejś nieprzeprowadzonej rozmowy z mamą?

AGATA PASSENT: Nie. Zadałam wszystkie ważne pytania obojgu rodzicom. Mogłam ich pytać o wszystko. Rozmawiać o sprawach osobistych, takich jak pierwsze miłosne fascynacje. Ale też pójść do ojca z podręcznikiem szkolnym i pogadać o rewolucji francuskiej albo zapytać, czy sztuki Brechta mają dziś sens.

GALA: Mama była dla ciebie niedzielnym ojcem, a ojciec żydowską matką – tak mówisz o swoich rodzicach. Kto był ci bliższy?

AGATA PASSENT: Nie wiem. Na mnie zawsze największy wpływ miały instytucje. Niekoniecznie pozytywny. Na pewno uformowały mnie studia za granicą.

GALA: Co czułaś, kiedy po śmierci mamy po raz pierwszy weszłaś do jej mieszkania?

AGATA PASSENT: Nie odbieram śmierci jako końca. Relacja z osobą odchodzącą trwa dalej. Poprzez listy, fundację, teksty. Może dlatego, że mam twórczość mamy, jej głos. Mieszkanie to wyłącznie materialna rzecz. Ale zachowałam wszystko, co tam było. Najważniejsza jest twórczość mamy. W ramach fundacji przechowuję archiwum tekstów Agnieszki Osieckiej. Jest ogromne, bo mama była zbieraczem, kronikarzem swojej epoki. Są to setki fotografii, programów teatralnych, zapisków. Skanowanie tego, umieszczanie w internecie, aby ludzie mieli do tego dostęp, wymaga gigantycznego wysiłku. A wciąż brakuje na to środków. Takie archiwa są zdane na łaskę rodzin, choć to dziedzictwo narodowe. Gdyby nie firmy, które angażują się w sponsoring, to archiwum gniłoby w kartonach.

GALA: Po śmierci Agnieszki Osieckiej udzieliłaś dramatycznego wywiadu, w którym opowiadałaś o trudnym dzieciństwie, o tym, jak byłaś przez mamę porzucana, jak cię zawodziła. A teraz  przez swoją działalność w fundacji wznosisz pomnik na nowo. Wybaczyłaś matce?

 

AGATA PASSENT: Nie miałam jej nic do wybaczania. Choroba alkoholowa należy do najcięższych i nie można o nią nikogo obwiniać. Wielu ludzi się z niej nie podnosi. Przez dziesięć lat, jakie minęły od śmierci mamy, dużo się zmieniło. Dzisiaj znane osoby zgłaszające się na odwyk są postrzegane jako bohaterowie. I raczej ukrywanie, że ktoś pije i ma z tym problem, jest odbierane negatywnie. Współczuję dzieciom, które wychowują się z alkoholicznymi rodzicami. Zawsze biorę udział w programach o alkoholizmie. I uważam na siebie, ponieważ jest to choroba dziedziczna.

GALA: Macierzyństwo cię dopełniło?

AGATA PASSENT: Nie czułam się wybrakowana. Nie byłam nigdy dziewczynką, która bawi się w dom czy huśta laleczkę. Dla mnie najważniejsze było granie w tenisa i oglądanie meczów piłki nożnej. W macierzyństwie cenię to, że mogę obserwować rozwój człowieka od pierwszych chwil. Dopóki nie miałam synka, nie zwracałam uwagi na dzieci ani na ich język, jak tworzą wyrazy. Oczywiście, lubię momenty czułości, kiedy syn mówi, że nas kocha i się do mnie przytula. To poezja.

GALA: A jak ważne są dla ciebie żydowskie korzenie?

AGATA PASSENT: W Polsce Żydów prawie nie ma. Ci nieliczni gromadzą się wokół synagogi, a ja jestem niewierząca. Na razie. Bo nie zamykam się na wiarę. Interesuję się historią Żydów w Warszawie i tym, co się dzieje w Muzeum Historii Żydów Polskich. Ale nie znoszę martyrologii, podkreślania, przez ile przeszliśmy. Wiele narodów przeszło straszne rzeczy. I jak wiele osób lubię czytać Philipa Rotha i oglądać filmy Woody’ego Allena. Ta kultura jest oparta na wiecznych wątpliwościach i interpretowaniu Tory oraz Talmudu. W mojej rodzinie w takim wymiarze jest kultywowana. Uwielbiamy czytanie. A książki chętnie wypożyczam z biblioteki, bo jestem skąpa.

GALA: Skąd wynika twoje skąpstwo?

AGATA PASSENT: Chyba ze stresu. Wciąż odkładam na czarną godzinę (śmiech). Jestem ciułaczką. Staram się mieć tylko rzeczy niezbędne. To dotyczy także książek i ubrań. Zachowałam swoją szafę z dzieciństwa i mam w niej tyle ubrań, ile się w niej mieści. Lubię też chodzić w rzeczach używanych. Nie czuję się wtedy bezdusznym konsumentem, który ciągle kupuje wytwory cywilizacji i wyrzuca je na śmietnik. Nienawidzę wytwarzać dużo śmieci. I zawodowo, i prywatnie.

GALA: Trójkąt uważasz nadal za idealny układ rodzinny? A może czworokąt?

AGATA PASSENT: O nie! Celebruję to, że mam jedynaka. Nie chciałabym trójki dzieci, choć uwielbiam wielodzietne rodziny. Jako osoba pisząca i jednocześnie Wodnik, indywidualistka i egoistka, potrzebuję swojej strefy. Nie lubię się dzielić. Psychicznie i materialnie. Już trójkąt ma tę wadę, że para ma mniej czasu dla siebie.

GALA: Czy ta para myśli o ślubie?

AGATA PASSENT: Na razie nie. Oboje jesteśmy rozwodnikami. Nie chcemy zapeszać. W ogóle nie wiem, czy się pobierzemy. Zwlekanie też ma swoje dobre strony. Może jak Kubuś będzie starszy i będziemy mieli dla siebie więcej czasu...