Podczas sesji zatańczyliście tango. Przyznajecie, że na co dzień to się nie zdarza: „Nie tańczymy, my się kłócimy”. Od lat wspólnie zarządzacie ośmioma restauracjami. Mimo awantur przetrwaliście. Jak?

Marcin: nasze kłótnie są bardzo kreatywne (śmiech). Pierwsze miały miejsce już w dzieciństwie. Pamiętam, jak na tylnym siedzeniu samochodu podczas podróży prowadziliśmy nieustanne spory. rodzice wykazywali cierpliwość, ale do czasu. Ojciec stawał w końcu na poboczu drogi, otwierał drzwi i nas wysadzał. Dopiero kiedy się uspokoiliśmy, ruszał dalej. nie jesteśmy rodziną, która jest skłócona, pełna żalu i wzajemnych pretensji.

Agnieszka: W stosunku do wszystkich rodzinnych spółek, które się rozpadły, stanowimy wielką wartość. Jestem z tego szalenie dumna. i z przyjemnością podkreślam przy wielu okazjach: „a nasza rodzina się dogaduje...”.

Czy kiedykolwiek pomyśleliście, że Wasze drogi powinny się rozejść?

Marcin: nie przechodziliśmy kryzysu. ale nasze drogi faktycznie mogły pójść w innych kierunkach. kiedy moja kochana siostra wymyśliła, że wyjedzie z Warszawy i zamieszka w Lanckoronie pod Krakowem. Była naprawdę bliska zrealizowania tego planu.

Agnieszka: Miałam wątpliwości i rozterki. Wynikały one   z tego, że musiałam się odnaleźć w firmie, którą stworzył mój brat. zaczynałam jako kelnerka, potem zostałam menedżerem, a w końcu partnerem biznesowym Marcina.

Który był Twoim starszym bratem i szefem. Było ciężko?

Agnieszka: To do siebie pasowało. Jako młodsza siostra, uczyłam się życia, zarabiałam własne pieniądze i wspierałam go. Marcin ma naturę lidera, przyjemnie się za nim podąża.

Konkurujecie ze sobą?

Marcin: zilustruję to przykładem. kiedy jednego z nas nie ma, bo jest na wakacjach, w delegacji albo ma kilka dni wolnego, wtedy drugie może się wykazać. Agnieszka wraca z podróży i zastaje: nowe meble, inne nakrycia stołu, odmalowaną salę czy wyremontowaną kuchnię. ciągnące się tygodniami zaległe sprawy są załatwione. „Widzisz, ja też potrafię”, chciałoby się powiedzieć.

Agnieszka: „Ja pracuję więcej!” albo „zobacz, kiedy ja jestem, to dopiero wtedy czuje się rękę szefa”, czy to chciałeś mi ostatnio udowodnić? (śmiech). element konkurencji w naszym biznesowym związku motywuje, dodaje mu adrenaliny, sprawia, że nie tracimy świeżości i kreatywności.

Marcin: Po 25 latach mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że każdy pozostał indywidualistą i jest w czymś lepszy. Agnieszka na pewno w kwestii reprezentacji naszej marki. To ona jest medialna, co bardzo mi odpowiada. Agnieszka pisze, opowiada o tym, co robimy, zachęca do kreatywnego pojmowania jedzenia i gotowania.

 

Podobnie myślicie. A smakuje Wam również to samo?

Agnieszka: O jedzeniu myślimy tak: ja „warzywa”, Marcin „mięsko”.

Marcin: I więcej solę. Cudownie uzupełnia nas twój mąż, który z kolei myśli: „słodkie”.

Agnieszka: Każdy na świecie ma kulinarne preferencje. Posiadamy z Marcinem intuicję. Wiemy, co będzie smakowało Polakom. Pamiętam, jak narodził się Mekong, nasza restauracja orientalna z kucharzami z Chin i Wietnamu, jedna z pierwszych tego typu w Warszawie. Staraliśmy się wtedy jak najuczciwiej i najpełniej – zgodnie z tym, jakie są w oryginale – przygotowywać tam potrawy. Ale jednocześnie wybieraliśmy takie dania, które mogą być lubiane w naszym kraju. Nie zmieniliśmy receptury pod upodobania. Ryzyko się opłaciło. Wtedy zaczęła się nasza przygoda z kuchnią etniczną, czego efektem jest włoska Chianti, w której jesteśmy, meksykańska El Popo oraz dwie greckie restauracje: Meltemi i Santorini.

Gotujecie dla siebie?

Agnieszka: Już dawno tego nie robiliśmy...

Marcin: Najczęściej przy okazji świąt.

Agnieszka: Wtedy dopiero jest okazja, żeby się popisać! Nasza kulinarna świadomość bardzo długo się kształtowała. Zaczęło się już dzieciństwie.

Od czego?

Agnieszka: Ciasta z rabarbarem. To pierwsza przygotowana przez mnie i Marcina potrawa. Marcin: Było biszkoptowe.

Sukces czy katastrofa?

Agnieszka: Nieoczekiwany sukces. Tym bardziej że zmieniliśmy przepis. Powstało z okazji Dnia Matki. Emocje, jakie nam wtedy towarzyszyły, są wciąż żywe.

Kręgliccy mają następców?

Agnieszka: Marcin ma trzy córki, a ja córkę i syna, które są jeszcze dziećmi. W tej chwili pracuje z nami Olga, najstarsza córka mojego brata. Działa w duecie z menedżerką restauracji El Popo. Olga od początku kształciła się w tym kierunku. Jest niezwykle samodzielna. Doskonale prowadzi tę restaurację, która ma już 20 lat! A takie miejsca zazwyczaj żyją sześć. Olga zmieniła jej oblicze i dała kolejne życie. Twoja druga córka Kaja idzie swoją drogą – indywidualizm ma po cioci Agnieszce (śmiech). Stworzyła „lodowy” biznes. Z przyjaciółką. A najmłodsza córka Marcina słynie w szkole z tego, że piecze pyszne serniki i bananowce.

Marcin: I jak przystało na dziecko ojca restauratora, długo jadła tylko bułki, kukurydzę i jajka (śmiech). Teraz otwiera się na nowe smaki. Ostatnio zaakceptowała rukolę. Uff .

Agnieszka: Moje dzieci są wyczulone bardziej niż inne na kulinarną stronę życia. Ale jak się wychowuje w takim domu, to wyjścia nie ma. Ulubionym przysmakiem mojego syna, gdy był czterolatkiem, był kawior. Nie powiem, że byłam zachwycona. Oboje są małymi smakoszami, ciekawymi nowych doznań. A jaka będzie przyszłość? Zobaczymy. Na pewno do niczego nie będę ich zmuszać.