Kiedy jeszcze mieszkała w Katowicach, mama nie chciała z nią chodzić na zakupy do supermarketu. Nie mogła znieść tego, jak na córkę patrzyli mężczyźni. Agnieszka mówi, że nigdy nie uważała siebie za piękność. Przeciwnie, miała kompleksy. Myślała, że jest za chuda, ma nieładne włosy, niezgrabne nogi. Na spotkanie przychodzi w czarnym garniturze, czarnym golfie, butach na płaskim obcasie. Sięga po kalendarz. Jest zapełniony do czerwca. Propozycja promocyjnego wyjazdu z gwiazdami do Włoch w drugiej połowie maja? Odpada, na uniwersytecie zaczyna się sesja. Dziś zdała egzamin ze statystyki. Na czwórkę. Jest z tego dumna, bo ścisłe przedmioty nigdy nie były jej mocną stroną. Jest na czwartym roku socjologii, ale po przeniesieniu się z Uniwersytetu Śląskiego do Warszawy wiele przedmiotów musi uzupełnić. A miłość? Kiedy pierwszy raz rozmawiam z Agnieszką, jest przekonana, że z byłym narzeczonym łączy ją już tylko przyjaźń. Ale dwa dni później nie jest tego taka pewna. Najbezpieczniej, uważa, byłoby nie pisać o wszystkim, co powiedziała o Marcinie. Nazajutrz Agnieszka spotyka się z ekspartnerem i wraca „pokojowa wersja rozstania”. „Bardzo zależy mi na tym, by było widać, że wszystko nie jest wyjaśnione i tak naprawdę nie wiem, co będzie” – pisze do mnie.

GALA: Nie jesteś już z Marcinem Mroczkiem? Chyba niełatwo jest przerwać czteroletni związek.

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Niełatwo jest o tym mówić. Do naszego związku podchodzę z sentymentem, bez żalów czy pretensji. Zawsze zależało mi, by po rozstaniu pozostać w przyjaźni. Nigdy nie wiadomo, co los nam przyniesie. Nad moim życiem osobistym zawisły chmury i nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Gdy w życiu zawodowym wszystko układa się jak w bajce, w życiu osobistym wiele się komplikuje.

GALA: Czy wiesz, jakie błędy popełniłaś?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Wiem już na pewno, że nie można ograniczać drugiej osoby, stawiać warunków. Ani też godzić się na wszystko. Kompromis jest konieczny, trzeba zmieniać się dla ukochanego, ale nie tylko na warunkach jednej strony. Każde z partnerów ma prawo do swojego świata. Wszystko zaczynam od nowa. Zawodowo także. Od 6 marca z Zygmuntem Chajzerem będę prowadzić show „Gwiezdny cyrk”. Cieszę się, mimo że czeka mnie wysiłek i stres. Dostałam szansę i ode mnie zależy, jak ją wykorzystam. Ale chrzest bojowy mam za sobą. Z okazji 15-lecia Polsatu prowadziłam z Krzysztofem Ibiszem galę, a później relację z nocy sylwestrowej.

GALA: Jak to zniosłaś?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Agata Młynarska i Krzysztof Ibisz ostrzegali mnie, że po koncertach na żywo ma się objawy jak przy grypie: łamanie w kościach, ból głowy, osłabienie. Kiedy skończył się program, byłam obolała. Nie zdawałam sobie sprawy, ile nerwów mnie to kosztuje. Dawniej stres odreagowywałam w towarzystwie. Teraz w samotności, chyba że uznam za towarzystwo mruczącego kota.

GALA: Ale za to jakiego! Tinek to piękny pers, prezent urodzinowy od Marcina.

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Parę lat temu umarła moja babcia, a w naszym domu zaczęły się pojawiać zwierzęta: pies ideał, potem kot. Mama uważa, że weszła w nie dusza babci. Tinek to rzeczywiście niezwykły kot, reaguje na wszystkie moje nastroje. Gdy jest mi źle, też jest smutny, wskakuje mi na kolana, wtula się w szyję, pomrukuje, a u rodziców cudownie dogaduje się z psem nienawidzącym kotów.

GALA: Przygodę z mediami zaczęłaś pięć lat temu od wygrania konkursu „Matka i córka”. Kto kogo wtedy namówił, żeby startować: ty mamę czy odwrotnie?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Mamy nie musiałam namawiać. Lubimy taką zdrową rywalizację. Rodzice startowali wcześniej m.in. w konkursie na parę roku „Tiny”. A siedem lat temu byłyśmy z mamą w Stanach Zjednoczonych, dokąd pojechałam w nagrodę za pracę charytatywną – byłam przez lata przewodniczącą szkoły, działałam w parlamencie europejskim dzieci i młodzieży, w szkolnym radiowęźle, sklepiku. Ten czas wiele mi dał, ukształtował mnie.

GALA: Kiedy weszłaś do świata show- -biznesu, miałaś 17 lat. Jak radziłaś sobie z mężczyznami szukającymi łatwych przygód, alkoholem, narkotykami?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Byłam w drugiej klasie liceum. Mama odwoziła mnie na dyskoteki i zabierała z nich o północy. Rodzice wyznaczyli jasne zasady. Trochę się wtedy buntowałam, ale teraz wiem, że mieli rację. Warszawa mnie nie przerażała. Narkotyki nigdy mnie nie pociągały, alkohol może nie istnieć. Udało mi się przejść ten początkowy okres bezboleśnie. Były osoby, które mi w tym pomogły, jak Bogna Sworowska (znana modelka, właścicielka agencji PR – przyp. red.). Powiedziała moim rodzicom: „Niech ona robi karierę, ale nie pozwólcie jej przerwać nauki”. Dzięki Bognie weszłam do warszawskich agencji modelek. Zaczęły się castingi, reklamy i programy telewizyjne. Przez pół roku pracowałam w Tele5. Potem zauważył mnie producent Artur Patkowski i zaprosił do współpracy przy programie „Się kręci”.

GALA: Czy warto było wchodzić w świat stresu, odtrąceń, paparazzich?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Warto. Zwiedzam świat, poznałam ciekawych ludzi. W telewizji podoba mi się to, że za każdym razem robię coś innego.

GALA: W sieci krążą kąśliwe uwagi, m.in. że nabrałaś „bankietowych manier”, uprawiasz „warszawkowy lans nuworyszek”, radzi ci się też lekturę Dostojewskiego.

 

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Zastanawiałam się, co robię źle, że ludzie mnie tak odbierają. A po pewnym czasie zorientowałam się, że każdy, kto staje się rozpoznawalny, jest w internecie negatywnie oceniany. Najbardziej przerażające na plotkarskich portalach są apele o przysłanie zdjęć znanych osób i donoszenie na nich. Padłam tego ofiarą. Ktoś sfotografował mnie telefonem komórkowym w restauracji i sprzedał jednemu z portali. Opis pod zdjęciem mnie nie zaskoczył: „Popielewicz ma romans”… Nigdy nie prowokowałam skandali, nie chodziłam w kusych spódniczkach, nie odsłaniałam zbyt dużo, nie zmieniałam partnera co tydzień. Naiwnie chciałam, żeby wszyscy mnie polubili i zaakceptowali, ale tak chyba nigdy nie będzie.

GALA: Z kim się przyjaźnisz?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Słowo „przyjaźń” rezerwuję dla osób, z którymi spotykam się od lat, a więc z Katowic. Warszawskie kontakty? Mogę mówić o bliskim koleżeństwie. Takie są moje relacje z Edytą Herbuś, Karoliną Malinowską, Kasią Cichopek i Kasią Sowińską. Prywatnie rzadko się spotykamy. Ale wierzę, że łączą nas szczere relacje. Nikt mnie dotąd nie skrzywdził, ale czuję, że ten moment za chwilę nadejdzie. Wszyscy mnie przed tym przestrzegają. Krzysztof Ibisz wciąż pyta, czy naprawdę chcę w to brnąć, czy wiem, jakie są konsekwencje tej pracy. Mam nadzieję, że za kilka lat będzie więcej zysków niż strat.

GALA: A nie uważasz, że już coś straciłaś? Myślę o miłości. I plotkach wokół twojego związku z Marcinem.

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Na pewno. Brak prywatności jest przykry. Ale zyskałam co innego. Kiedy zaczęłam odnosić sukcesy, dokonała się naturalna selekcja moich znajomych. Zobaczyłam, kto mi szczerze kibicuje.

GALA: Rodzice trzymali cię krótko. A jednak pozwolili ci zamieszkać z Marcinem.

AGNIESZKA POPIELEWICZ: To trwało tylko pół roku i było spowodowane okolicznościami. To był okres przejściowy przed znalezieniem mieszkania po przeprowadzce do Warszawy.

GALA: Okres przejściowy, a nie miłość?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Miłość też była. Młodzi ludzie powinni przed ślubem ze sobą pomieszkać, żeby się lepiej poznać. Ale nie warto się spieszyć. Cudownie jest pobyć samemu, móc o sobie decydować, mieć swoją szafę, lodówkę. Bo ta dorosłość, bycie z kimś przez 24 godziny na dobę, powinno przyjść w odpowiednim momencie. Każdy młody człowiek potrzebuje wolności i swobody, nawet będąc w związku. Teraz sama mogę decydować, kto jest w moim świecie. Podczas sesji egzaminacyjnej przeprowadza się do mnie Ola. Na zmianę uczymy się i śmiejemy. A gdy o północy czujemy się zmęczone, otwieramy wino i rozmawiamy albo przeglądamy gazety.

GALA: Czego nauczyłaś się, mieszkając z narzeczonym?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Pokojowego współistnienia. Jako jedynaczka nie musiałam się z nikim dzielić swoim terytorium. Rodzice uczyli mnie, że trzeba zawsze myśleć o drugiej osobie. Ale praktyka to co innego.

GALA: Jak wygląda dobry związek?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Kiedy ludzie się kochają, wszystko się samo układa. Partnerzy powinni być wobec siebie szczerzy. Ważne jest też, żeby mieć wspólne pasje i nawzajem się nie ograniczać. Ale jeśli po trzech–czterech latach nie zapadnie decyzja o wspólnej przyszłości, to bliżej jest kres związku niż jego rozwój. Później scenariusz jest prosty: poznajemy kogoś, po kilku miesiącach – ślub. Tak było w przypadku mojej mamy, która kiedyś była zaręczona z Francuzem. Tuż przed stanem wojennym przyjechała do Polski. Poszła na giełdę narciarską i tam poznała mojego ojca. Wybuchł stan wojenny, nie mogła więc wrócić do Francji. W czerwcu wyszła za tatę.

GALA: Najbardziej romantyczna historia, jaka cię spotkała?

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Na moje 21. urodziny Marcin przygotował niespodzianki. Przez kilka godzin biegałam po centrum handlowym, gdzie w różnych punktach czekały na mnie kartki z zagadkami. Były tam nawet równania matematyczne! Żeby dotrzeć do kolejnej zagadki, musiałam rozwiązać poprzednią. I tak dotarłam do skrytki na bagaże, w której był prezent i zaproszenie na obiad. Te chwile wspominam z sentymentem.

GALA: Niech Marcin Mroczek żałuje, że taka dziewczyna uciekła mu sprzed nosa…

AGNIESZKA POPIELEWICZ: Nikt nikomu nie uciekł... Jeśli ludziom się nie układa, wina zawsze leży pośrodku. Też mam swoje za uszami. Jestem trudną partnerką, miewam zmienne nastroje. Przez dobrych kilka lat będę pewnie prowadziła intensywne życie, mój partner musi wykazać się niezwykłą cierpliwością i wyrozumiałością, a jednocześnie być przy tym prawdziwym mężczyzną. Chciałabym się spełnić zawodowo i prywatnie – jako matka, żona. Ale nie czuję się jeszcze na to gotowa. Chcę skończyć studia i wykorzystać, co daje mi los.