Biała gorączka. Tytuł okładkowej sesji do czerwcowego wydania brytyjskiego „Vogue’a” nie był przypadkowy. W redakcji już kilka miesięcy wcześniej opracowano cały scenariusz. Producenci zatrudnili Patricka Demarcheliera, jednego z najlepszych fotografów mody. Zarezerwowali też najlepszych stylistów. Wszystko dla Agyness Deyn, nowej gwiazdy wybiegów. To była druga sesja modelki dla „Vogue’a”. Pierwsza odbyła się dokładnie rok temu. „Chcieliśmy uczcić tę rocznicę w specjalny sposób. Stąd specjalne przygotowania” – tłumaczyła Miranda Almond, redaktor działu mody. Agyness wystąpiła w białych szortach i beżowej kamizelce. Stylistki dobrały jej też gigantyczne szpilki Givenchy Gladiator i wieniec z kolorowych kwiatów na szyję. Wyglądała olśniewająco.

BRZYDKIE KACZĄTKO

Jako nastolatka zwracała uwagę tylko wzrostem. „Miała powyżej 170 cm. I wyglądała jak skrzyżowanie stracha na wróble z punkiem” – śmieje się po latach jej szkolna koleżanka. Agyness, a właściwie Laura Hollins, dorastała w niewielkim Littleborough niedaleko Manchesteru. W szkole średniej All Saints RC w Rossendale jako główne przedmioty wybrała matematykę, biznes i teatr. Mimo że uchodziła za zbuntowaną, dobrze się uczyła. Nauczyciele wspominali, że Agyness nie była typowym klasowym outsiderem. „Zachowywała się raczej jak znudzona primadonna. Nie odpowiadała niepytana, ale kiedy przyszła jej kolej, zawsze była przygotowana”.

Agyness chciała za wszelką cenę wyrwać się z szarego angielskiego miasteczka. To właśnie na nudę i brak perspektyw skarżyła się najczęściej przyjaciółkom i znajomym. Po lekcjach biegła do baru z frytkami Village Chippy, gdzie pracowała na pół etatu. Po latach przyznała, że nigdy nie przypuszczała, że to miejsce otworzy jej drzwi do kariery. Najpierw wzięła udział w konkursie na twarz roku ’99. I jednogłośnie go wygrała. Później zaprzyjaźniła się z Henrym Hollandem, przyszłym projektantem mody, który często wpadał do Village Chippy. Namawiał Agyness do wyjazdu z „tej małej prowincjonalnej dziury”, jak nazywał Rossendale. Skutecznie.

W 2003 roku Agyness wprowadziła się do Henry’ego, który już od dwóch lat mieszkał w Londynie. Pracowała w nocnym klubie jako barmanka, a Henry próbował swoich sił jako dziennikarz mody. Wszystkie pieniądze wydawali na kolorowe magazyny. Kiedy było naprawdę krucho z finansami, szukali coraz tańszych mieszkań. Żyli z dniana dzień. Raz w suterenie, innym razem na strychu. Oboje byli marzycielami. Jej współlokator już wtedy tworzył swoje pierwsze kreacje. I wszystkie szył na wymiar Agyness. Często ich jedynym posiłkiem były tosty z fasolą z puszki. „Dzielił mnie tylko krok od depresji. Wciąż nie mogłam nauczyć się, jak zrobić dobry koktajl w barze. Bałam się, że w końcu mnie zwolnią” – wspominała.

SZCZĘŚCIE

Po kilku miesiącach jej życie wreszcie nabrało rozpędu. Wszystko za sprawą zbiegu okoliczności. Agyness jechała na rowerze po Kentish Town High Street, kiedy nagle ktoś zaczął za nią wołać. Przyspieszyła. Ale natręt nie dawał za wygraną. Dogonił ją na przejściu dla pieszych. I wręczył swoją wizytówkę. Był łowcą talentów.

Już pierwsze sesje pozwoliły Agyness rzucić pracę w barze. Choć nie były to prestiżowe produkcje, twarz debiutantki stawała się coraz bardziej rozpoznawalna. Agyness potrafiła zadbać o siebie i szybko odnalazła się w kręgach londyńskiej bohemy artystycznej. Bycie modelką jeszcze nie zapewniało jej utrzymania, więc pracowała także jako didżejka w modnych klubach dzielnicy Lower East Side. To właśnie tam poznała gwiazdy: muzyka Pete’a Doherty’ego, który wtedy spotykał się z Kate Moss, aktorkę Siennę Miller czy projektankę Sadie Frost, byłą żonę Jude’a Law. Nowi znajomi zaczęli zabierać efektowną didżejkę na przyjęcia. „Agyness świetnie się ubierała i umiała się dobrze bawić. Była idealnym kompanem” – wspominają koleżanki z agencji Models 1. Przekonał się o tym też młody rockman Josh Hubbard z kapeli Paddingtons, którego poznała na przyjęciu po koncercie grupy w Paryżu. Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, myślał, że jest Francuzką. „Dopiero jak zaczęliśmy rozmawiać, dotarło do mnie, że przyjechała z Londynu. To miłe, kiedy za granicą spotykasz kogoś ze znajomym akcentem” – wspominał. „To była bardzo romantyczna chwila, mimo że nie robiliśmy nic nadzwyczajnego. Wydawało mi się, że też jest mną zainteresowana”. Tak jednak nie było. Przez długi czas próbował ją zdobyć. Bez rezultatu. Agyness tłumaczyła, że musi jeszcze zakończyć kilka „spraw”.

DO ZAKOCHANIA JEDEN KROK

W 2005 roku zdecydowała się na wyjazd do Nowego Jorku, mekki świata mody. Przez kilka pierwszych dni bezskutecznie próbowała dostać się na castingi. Miała pokaźne portfolio, jednak wciąż odbijała się od drzwi. Zdesperowana spróbowała bardziej radykalnych metod. Weszła do biura agencji DNA i zażądała rozmowy z kimś z szefostwa. Agyness podpatrzyła to w serialu „Gia” o pierwszej top modelce, którą zagrała Angelina Jolie. Louie Chaban, łowca twarzy, od pierwszej chwili wyczuł, że ma do czynienia z przyszłą gwiazdą. Ale jak sam wspomina, musiał zachować się profesjonalnie. „To nie bar, gdzie wszyscy mogą wejść i zamówić, co chcą” – powiedział natarczywej Angielce. Poradził jej, by pokazała się na kolejnych castingach organizowanych przez agencję. „To było jak w tanim filmie. Siedziała w recepcji i kiedy otworzyłem drzwi, już wiedziałem, że nie powinniśmy pozwolić jej wyjść bez podpisanego kontraktu” – mówił.

 

Niedługo potem Mario Testino, fotograf sław, zrobił jej pierwszą okładkową sesję do włoskiej edycji „Vogue’a”. Oczywiście za sprawą kontaktów agencji DNA. „Spełniła marzenie swojej matki. Kiedy Agyness oznajmiła jej, że zamierza zostać modelką, Lorraine powiedziała, że musi dostać się na okładkę włoskiego »Vogue’a«” – opowiada Henry Holland. Agyness była już wtedy z Joshem. Przekonała się do związku, kiedy po pierwszych nowojorskich niepowodzeniach rockman wsiadł do samolotu i przyleciał ją pocieszyć. „To była najsłodsza rzecz, jaką ktoś dla mnie zrobił. Zrozumiałam, że warto mieć kogoś takiego przy sobie” – mówiła zakochana.

Od tego momentu jej kariera potoczyła się błyskawicznie.

"NOWA" KATE

Media szybko zaczęły ją porównywać do ikony branży modowej, jej rodaczki Kate Moss. „Kate? Czy to ostatnia z wielkich modelek?” – Agyness pytała ironicznie. Na odpowiedź starszej koleżanki nie trzeba było długo czekać. „Młode dziewczynki niech zajmą się zdobywaniem doświadczenia. Powinny pamiętać, że czeka je bardzo dużo pracy, zanim dojdą na szczyt. Nie wszystkim ładnym buziom się to udaje” – radziła.

Kate miała też za złe, że Agyness kopiuje ją nie tylko na wybiegu, ale i w życiu. Przynajmniej tak przedstawiały to media. „Chłopak – rockman. Jest. Styl – punk. Jest. Małe i większe skandale – są. Ostry język – zawsze” – wyliczała podobieństwa bulwarówka „The Sun”. Deyn próbowała walczyć z porównaniami. „To jest moje prawdziwe życie. Punkowy styl został mi z czasów, kiedy byłam nastolatką. Z Joshem też znam się już jakiś czas. Nie zdążyłabym przeorganizować wszystkiego w tak krótkim czasie tylko po to, żeby się do kogoś upodobnić” – zapewnia. Bezskutecznie. Nadal musi walczyć z przydomkiem „Nowa Kate Moss”.

KONSEKWENTNY IMAGE

Znakiem rozpoznawczym Agyness są krótkie włosy, rzadkość u top modelek. Na swoich stronach w internetowych serwisach społecznościowych Facebook i MySpace pisze, że pierwszy raz obcięła się na chłopaka, mając 11 lat. Od tego czasu nie pozwala włosom odrosnąć. „Miałam na głowie chyba wszystkie możliwe kolory. Goliłam się na bardzo krótko, strzygłam na pazia, ale nigdy nie zdecydowałam się ich zapuścić. Podoba mi się mój styl. Bardzo chłopięcy, a jednocześnie przełamany kobiecymi, czasem nawet groteskowymi elementami, takimi jak balowe spódnice, falbany, wysokie obcasy”.

Modelka przyznała również, że nie boi się ciężkiej pracy. „Ludzie mają dziś olbrzymią liczbę bodźców. Przekazy satelitarne, internet wszędzie tam, gdzie chcesz. To wszystko nie sprzyja byciu na topie. Przecież w każdej chwili ktoś nowy może zająć twoje miejsce. Dlatego nie można liczyć tylko na szczęście czy talent. Nazwisko i markę można wyrobić sobie tylko poprzez walkę i pracę każdego dnia”. I rzeczywiście. Agyness nie pozwala o sobie zapomnieć. Występuje w kampaniach reklamowych największych firm: Anna Sui, Blugirl by Blumarine, Burberry, Cacharel, John Galliano, Gianfranco Ferré, Giorgio Armani, Mulberry, Paul Smithe, czy Vivienne Westwood. Jest też twarzą zapachów The Beat Burberry i Gold stworzonych przez Gilesa Deacona dla marki New Look. Ostatnio podpisała kontrakt z firmą Reebok. Adel Rootstein, światowej sławy producent manekinów, przyznał, że modelka jest jego nową muzą. „Uczynię ją nieśmiertelną. Będzie w każdym salonie mody, butiku czy galerii handlowej” – mówił, projektując figurę wzorowaną na Agyness. „Praktycznie nie ma miejsca w Londynie czy w Nowym Jorku, z którego nie zerkałaby na ciebie” – pisała fanka na forum internetowym. „Jest jej wręcz za dużo. To tak jak z piosenką, którą uwielbiasz. Kiedy słuchasz jej w kółko, nudzi ci się. Traci cały swój urok”.

PRZYJAŹŃ NA CAŁE ŻYCIE

Agyness nie zapomniała o Henrym Hollandzie, dawnym współlokatorze. Do dziś mają świetny kontakt. Henry razem z Joshem Hubbardem wspierali ją przed pierwszą sesją do włoskiego „Vogue’a”. Ona w rewanżu wspominała o utalentowanym przyjacielu przy każdej nadarzającej się okazji odpowiednim osobom. Po takiej „reklamie” T-shirtami ze śmiesznymi nadrukami, które tworzył Henry, zainteresowała się Fashion East, organizacja wspierająca młodych projektantów. Pomogła Henry’emu zorganizować pierwszy pokaz jego kolekcji jesień/zima podczas londyńskiego Tygodnia Mody w 2007 roku. A na wybiegu największą gwiazdą była oczywiście Agyness Deyn. Modelka została też twarzą powstałej niedawno firmy House of Holland. Kilka miesięcy temu ogłosili, że zamierzają wypuścić na rynek kolekcję biżuterii sygnowanej swoimi nazwiskami.
Według ekspertów brytyjskiego świata mody, kariera Agyness i Henry’ego to jeden z największych fenomenów w historii branży. Gotowy scenariusz na film.

POZYTYWNE MYŚLENIE

Modelka, pytana o kulisy sukcesu, niezmiennie odpowiada, że po prostu miała szczęście. „Czasem zastanawiam się, jak, do jasnej cholery, trafiłam aż tutaj. To chyba seria pozytywnych zbiegów okoliczności. Tak przypuszczam”. Pomogła jej też wiara w siebie, której nauczyła Agyness jej matka. Lorraine była zafascynowana numerologią i sztuką uzdrawiania duchowego Reiki. Troje swoich dzieci wychowała w poczuciu potęgi pozytywnego myślenia. „Pomyśl, co chcesz osiągnąć. Zaplanuj to w głowie, a na pewno się spełni. Dojdziesz do celu. Agyness ciągle to powtarzała” – opowiada Henry Holland. Śmiał się nawet, że przyjaciółce wszystko idzie aż za łatwo. „Matka mówi jej o włoskim »Vogue’u«, jest włoski »Vogue«. Kariera modelki? Przez dwa lata osiągnęła więcej niż większość jej koleżanek przez całe życie zawodowe. Nie mogę doczekać się, co jeszcze wymyśli”. Ostatnio Agyness przyznała, że chciałaby zagrać w filmie. Najlepiej w komedii kryminalnej w stylu „Przekrętu” Guya Ritchiego. Niemożliwe? To kwestia czasu.