Los Angeles. Sobotni wieczór. Siedzimy we włoskiej restauracji La Plazza w centrum miasta i omawiamy szczegóły sesji dla "Gali". Alicja w wąskich ciemnych spodniach i wełnianym szalu wpadła na chwilę, żeby się z nami przywitać. Czekają na nią przyjaciele, z którymi właśnie wybiera się do eleganckiego klubu w hotelu Chateau Marmont. Na wywiad umawiamy się w hotelu Roosevelt przy Hollywood Boulevard. Tu w 1929 roku po raz pierwszy rozdano Oscary. Ale w mocno klimatyzowanym wnętrzu Alicji w japonkach i czarnej mini jest zimno. - Pojedźmy do mojej ulubionej Cravings na Sunset Strip - proponuje. Wsiadamy do jej lexusa. - Chciałam nim zrobić mamie niespodziankę - mówi Alicja. Dzwonię i mówię: "Kupiłam lexusa". A mama: "Jaka skrzynia biegów?". "Automatyczna". "Za nic w świecie bym do niego nie wsiadła". Zaniemówiłam. Ale niedawno rodzice odwiedzili ją w LA i mama chyba zmieniła zdanie na temat automatów... Lidia Bachleda dzwoni do Alicji kilka razy w ciągu dnia. Dba o sprawy córki w Polsce, troszczy się o nią w Stanach (m. in. przypomina o lekcjach emisji głosu). - Mamusiu, przepraszam, ale nie mogę teraz rozmawiać - tłumaczy tym razem Alicja. Mijamy modne kluby: rockowy Roxy, założony przez Johnny'ego Deppa Viper Room i grunge'owy House of Blues, gdzie można posłuchać na żywo Cyprus Hill. Ale Alicja od klubowych woli koncerty w filharmonii. Zwłaszcza gdy przyjeżdżają orkiestry z Europy. W Cravings jest cicho i przyjemnie. Siadamy przy oknie z widokiem na główny deptak Hollywood. Alicja pokazuje kawiarnię Petite Fleur naprzeciwko. - Na początku spędzałam tam każdą wolną chwilę, byle tylko nie siedzieć w domu sama - mówi. Ale to już przeszłość. Teraz wolny czas spędza z nowymi przyjaciółmi i Robertem, starszym od Alicji o 10 lat producentem muzycznym.

GALA: Czy warto było zamieniać życie w Polsce na hollywoodzki mit?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Zawsze marzyłam o tym, żeby tu zagrać. Chociaż kiedy pierwszy raz jako 16-latka przyjechałam do Los Angeles z rodziną, miasto mnie rozczarowało. Wyczekiwałam Alei Gwiazd. Myślałam: palmy, reflektory bijące z każdej strony, mnóstwo słynnych ludzi. A wokół było brudno, gwiazdy na chodniku pod jakimiś papierami, wśród kawałków kanapek i śmieci. Niewiele się od tamtej pory zmieniło. To miejsce nastawione na turystów, którzy chcą zrobić zdjęcie i kupić plastikowego Oscara. Ale to też miasto złudzeń. Może się wydawać, że panuje tu ogólne rozleniwienie. Bo wokół zieleń, góry, wiecznie pogodne niebo. Kiedy się tu przyjeżdża z konkretnymi planami i chce działać, to wrażenie ogólnego rozprężenia może doprowadzić do obłędu. Trzeba naprawdę ciężko pracować, żeby coś osiągnąć. W LA panuje atmosfera wyczekiwania na szansę. Narzucają ją desperaci, ci, którym się jeszcze nie udało.

GALA: Desperacja się udziela?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie można się jej poddać, to niebezpieczne. Staram się nie myśleć, że za wszelką cenę i jak najszybciej muszę coś osiągnąć. Po co się unieszczęśliwiać? Wielu moich znajomych wciąż wierzy, że zostaną odkryci. A to jak ruletka. Bo nigdy nie wiadomo, jak potoczy się los.

GALA: W twoim przypadku ruletka okazała się szczęśliwa.

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Dostałam szansę i wykorzystałam ją, jak potrafiłam najlepiej. Mówię o "Trade". Jestem tu dwa lata. Ale w tym czasie nakręciłam film w Rumunii, w Niemczech, byłam w Austrii. Jeżdżę też do Polski. Boję się poczucia pustki czy straconego czasu. A najbardziej tego, że może będąc w LA, tracę coś w Polsce. I nie mówię o sprawach zawodowych. Boję się, że mogę przegapić ważne momenty.

GALA: Jakie?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Związane z życiem rodziny, przyjaciółmi. Ale taką podjęłam decyzję. Pocieszam się tym, że mój brat mieszka w Warszawie trzy kilometry od taty, a widuje go tak samo często jak ja. Jako pilot rzadko bywa w domu.

GALA: Masz poczucie, że wyemigrowałaś, czy myślisz o tym, że w każdej chwili możesz wrócić?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Codziennie rozmawiam przez telefon z rodzicami, w Polsce do niedawna bywałam raz w miesiącu. Teraz trochę rzadziej. Nie mam poczucia, że wyemigrowałam. Ale chciałabym osiągnąć spokój. Wiedzieć, że jestem w tym miejscu, w którym powinnam. Nie wiem, czy aż tak mi zależy na sukcesie w USA. Teraz na równi z amerykańskim stawiam kino europejskie.

GALA: Dzięki niemu przecież weszłaś do Hollywood. Z reżyserem "Trade" Marco Kreuzpaintnerem wcześniej nakręciłaś w Niemczech film "Sommersturm". Inaczej może by mu tak nie zależało na tym, żeby z tobą pracować...

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: To prawda. To szło krok po kroku. Teraz mieszkam w Los Angeles i chciałabym coś tu jeszcze zrobić. Ale bez determinacji. Przyjechałam tu, żeby sprawdzić, czy można osiągnąć coś, co wydaje się aż tak trudne. Wejść do Hollywood bez znanego nazwiska, bez poparcia. W Polsce krąży mit, że mam silne plecy i finansowe wsparcie. To nieprawda. Odkąd pamiętam, starałam się być niezależna i odpowiedzialna za wszystkie moje wybory.

GALA: Utrzymujesz się sama?

 

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Oczywiście. Jestem samodzielna od 16. roku życia. Nie chciałam obciążać rodziców wydatkami. Gdybym ich poprosiła, na pewno by mi pomogli. Przeważnie proszę ich o przelanie pieniędzy z mojego konta w Polsce, gdzie trzymam oszczędności, na konto w Stanach. Zdarza się, że wyślą pieniądze, a potem orientuję się, że sami za coś zapłacili. Wtedy się złoszczę. Ale wiem, że oni czują się z tym lepiej. Jeśli skończyłyby mi się pieniądze, uznałabym, że czas wrócić do domu (śmiech).

GALA: Na co warto je wydać?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Na wszystko, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Na bilet lotniczy. A czasem na parę butów...

GALA: Bywasz rozrzutna? Coś ci się strasznie podoba i kupujesz, nie patrząc na cenę?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Tak. Czasem w ogóle nie myślę o cenie, bo akurat mam pieniądze na koncie. Czasem wiem, że nie mam, a wydaję... Nie traktuję zakupów jak codzienny sport. Na szczęście. Bo mieszkam w takim miejscu, że gdybym to lubiła, po tygodniu musiałabym wrócić na garnuszek do rodziców.

GALA: Zmieniłaś ostatnio mieszkanie. Na bardziej luksusowe?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie, na podobne. Tyle że z miejscem parkingowym, którego poprzednie nie miało. Gdy późnym wieczorem wracałam do domu, zaparkowanie graniczyło z cudem. Zdarzało się, że jeździłam przez trzy godziny po okolicy, a potem musiałam przez 20 minut wracać do domu na piechotę. To niezbyt bezpieczne... Moje nowe mieszkanie jest równie małe jak poprzednie: pokój, niewielka kuchnia, łazienka i dziupla, tzw. walking closet z kilkoma drążkami na wieszaki, co nazywam szafą. Cena wynajmu, jak na polskie warunki, wysoka.

GALA: Nie bałaś się, że sobie tutaj nie poradzisz?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie.

GALA: Tak mocno w siebie wierzysz?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: I tak, i nie. Wierzyłam, że to moja droga. Że tak właśnie powinnam postąpić, sprawdzić siebie, spróbować. Ale czasami trochę powątpiewam. W Actors Studio uczono nas, że pierwszą rzeczą, jaką trzeba tu spełnić, to uwierzyć w siebie, bo inaczej nikt w nas nie uwierzy. Idę na przesłuchanie niby taka bardzo pewna siebie, a tak naprawdę wewnątrz cała się trzęsę. Myślę: "Rany Boskie, co ja tu robię?!". Kiedy agencja wysyła mnie na casting - a robi to mniej więcej co trzy tygodnie - staję do pojedynku z konkurencją, np. jako jedna z pięciu dziewczyn. Nienawidzę tego.

GALA: Ale wygrywasz.

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie zawsze. Ostatnio walczyłam o dużą rolę. Do pokonania została tylko jedna konkurentka. Akurat dzień wcześniej przyjechałam na wakacje do Krakowa. Nagle telefon, że mam natychmiast lecieć do Bostonu. Casting o szóstej rano. Przed wejściem na przesłuchanie dostałam do podpisania kontrakt. A tam paragraf, że jeśli otrzymam rolę, przez sześć miesięcy mam być do dyspozycji producenta. "Będę musiała czasem na dwa-trzy dni wyjechać, bo zobowiązałam się do promocji filmu>>Trade