Alicja Bachleda-Curuś, aktorka i piosenkarka, 12 maja 2017 roku kończy 34 lata. Do niedawna za najsłynniejszą rola Bachledy-Curuś w polskim kinie była rola Zosi w ekranizacji Pana Tadeusza. Słynny film w rezyserii Andrzeja Wajdy utorował Alicji drogę na szczyt. Opuściła Polskę, by grać w Hollywood. Ostatnio wystąpiła w filmie Patryka Vegi "Pitbull: Niebezpieczne Kobiety". I właśnie jej rola w "Pitbullu" jest dziś tą najpopularniejszą! Alicja jako "Drabina" ma rzesze fanów (zwłaszcza wśród panów). Bachleda-Curuś grała też w filmach "7 rzeczy, których nie wiecie o facetach", "Trade" oraz "Ondine". Na planie tego ostatniego Alicja poznała Colina Farrella. Bachleda-Curuś i Farrell zakochali się w sobie, a owocem ich miłości jest synek - Henry Tadeusz. Dziś chłopiec ma 8 lat, a Alicja, choć nie jest już z jego tatą, to utrzymuje z Collinem przyjacielskie stosunki. Natomiast ostatnio mówi się, że Bachleda-Curuś spotyka się z Marcinem Gortatem. Podobno związek Alicji z polskim koszykarzem NBA to coś poważnego i może zakończyć się nawet... przed ołtarzem. Jedak ani Bachleda-Curuś, ani Gortat nie potwierdzili jak dotąd tych informacji. Ciekawe, czy to właśnie Marcin Gortat podarował Alicji te piękneurodzinowe czerwone róże, którymi pochwaliła się na Instagramie...

Z okazji 34 urodzin Alicji Bachledy-Curuś przypominamy Wam archiwalną sesję zdjęciową oraz wywiad z gwiazdą, jakie ukazały się przed laty w "Gali". A Alicji życzymy absolutnie wszystkiego, co najlepsze! Sto lat!

- Niedawno jeden z tygodników opinii opublikował tekst, w którym całkiem poważnie rozważał, dlaczego Ty i Sebastian Karpiel-Bułecka powinniście wziąć ślub. Argumentowano w nim, że to będzie wielkie polskie wesele, nasz „royal wedding”, i że polska opinia publiczna potrzebuje takiego wydarzenia ku pokrzepieniu serc. Tym bardziej to absurdalne, że ani Ty, ani Sebastian Karpiel-Bułecka nie potwierdziliście nawet informacji, że się spotykacie, nie mówiąc już o dalszych krokach... Czy kiedy coś takiego czytasz, to Cię to irytuje, czy śmieszy?

Cieszę się, że ten artykuł powstał, bo abstrahując od dywagacji na temat mojego życia uczuciowego, pokazał też pewne mechanizmy powstawania newsa rodem z portalu plotkarskiego czy prasy brukowej. Obnaża wszystkie sformułowania typu: „dobry znajomy”, „przyjaciel pary” czy „jeden z członków rodziny”. Rzekomo zdradzają oni szczegóły mojego życia prywatnego mediom. Być może dzięki temu artykułowi część osób dowie się, że w takich tekstach nie ma prawdy, że nad „prawdziwą, sprawdzoną wiadomością” siedzi sztab ludzi, który ją wcześniej wymyśla po to, by przyciągnąć czytelnika. Niestety okazuje się, że ostatnio nawet pisma, których wcześniej nie posądzalibyśmy o metody znane z tabloidów, walczą o liczbę kliknięć w internecie.

- Nie przeraża Cię to, że jak piszą w tym tekście, paparazzi przez 7 dni, 24 godziny na dobę czekają pod Twoim rodzinnym domem w Krakowie, żeby zrobić Ci zdjęcie?

Nie wiem, czy 24 godziny przez 7 dni w tygodniu. Chociaż pamiętam, że bywały okresy, kiedy rzeczywiście przez dwa tygodnie paparazzi siedzieli w samochodzie pod moim domem, wiedząc doskonale, że nie ma mnie w Krakowie. To było zadziwiające. Byłam wtedy w Polsce, ale w Gdyni – na Open’er Festival, zdjęcia z tych koncertów krążyły w internecie. I paparazzi je widzieli, a mimo to siedzieli w Krakowie. Po tygodniu mój ojciec, mocno tym poirytowany, bo to była duża ingerencja w prywatność, wyszedł do nich i zapytał: „Dlaczego nas niepokoicie?”. „No bo czekamy, aż przyjedzie” – odpowiedzieli. „Ale przecież jej nie ma!”. I poprosił, aby odjechali. „Poczekamy”. I czekali, robiąc zdjęcia mojej rodzinie.

- A jak to wpływa na Ciebie?

Oczywiście to irytuje, ale przede wszystkim ze względu na moich rodziców. Bo jeśli chodzi o mnie, to odkąd w wieku 15 lat zagrałam Zosię w „Panu Tadeuszu”, powiedzmy, że miałam czas się z tym oswoić. Nie chcę powiedzieć, że się do tego przyzwyczaiłam, bo do tego nie da się przyzwyczaić. Już wtedy byli paparazzi, ale rynek mediów był o wiele mniej brutalny niż dziś. Kiedyś to wszystko odbywało się z większą kulturą, paparazzi pytali, czy mogą zrobić zdjęcia. Dziś nie ma absolutnie żadnej rozmowy. To jest prawo dżungli. Oni mają kredyt na ten aparat z superobiektywem i muszą zrobić zdjęcie, żeby go spłacić.

- Mówisz tak, jakbyś ich rozumiała...

Kiedyś udało mi się porozmawiać przez przypadek z paparazzim w Stanach. Udawałam, że nie wiem, kim on jest, i że nie mam negatywnego nastawienia do tego, czym się zajmuje. Opowiedział mi bardzo szczerze, że robi naprawdę duże inwestycje, żeby wykonać zdjęcia gwiazdom. Na przykład wydaje 10 tysięcy dolarów na wycieczkę na Bahamy, bo wie, że tam będzie Beyoncé z rodziną. I jak on jej nie „złapie”, to jest do tyłu o te 10 tysięcy dolarów. Nikt mu tego nie zwróci. Więc łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo jest zdeterminowany.

- Mówisz o tym spokojnie. A jak reagujesz, kiedy czytasz o sobie, że jesteś idealną kandydatką do polskiego „royal wedding”? Że jesteś „naszą Alicją”, którą media za wszelką cenę próbują wydać za mąż, bo dzięki temu, że połączą się dwa szanowane góralskie rody, to dla Polaków będzie święto? Tracisz cierpliwość w obliczu takich historii?

Raczej nie. Dla mnie te wszystkie teksty są jak farsa. Czytam to, jakby nie było o mnie. Mam wrażenie, że piszą o aktorce Alicji Bachledzie-Curuś, którą obsadzają w danej roli. Na szczęście rodzina i przyjaciele wiedzą, jak jest naprawdę. Więc i oni uczą się mieć do tego dystans. Trzeba było sobie wypracować ten mechanizm, żeby te niemające wiele wspólnego z rzeczywistością doniesienia nie dotykały mnie ani moich bliskich.

- To, co uderza w tekstach na Twój temat, to to, że Ty, aktorka, która zrobiła naprawdę dużą karierę, która ma na swoim koncie zawodowym istotne role w filmach niemieckich, amerykańskich, francuskich, funkcjonujesz przede wszystkim w kontekście mężczyzny, z którym się spotykasz. Nie widziałam, żeby „Polityka” pisała tekst socjologiczny na Twój temat w kontekście na przykład Twojej głównej roli w filmie „Trade” o handlu ludźmi, w którym zagrałaś uprowadzoną dziewczynę. A pisze o Twoim wielkim góralskim weselu. Nie wydaje Ci się to niesprawiedliwe?

Myślę, że pisma brukowe czy portale internetowe zawsze będą pisać w kontekście związku lub romansu, bo to, jak widać, ludzi interesuje. Będą krytykować, że miałam brzydką sukienkę albo że za dużo pokazałam na czerwonym dywanie lub za mało – to już według gustu. W portalach plotkarskich rzadko zdarza się przeczytać cokolwiek pozytywnego o kimkolwiek. Jest pogoń za skandalem i chwytliwym headline’em. To są newsy, które się sprzedają, więc będą powstawać. Trzeba przyjąć, że tak jest. Ale też nikt nas nie zmusza, żeby takie portale odwiedzać i to czytać.

- Łapiesz się czasem na takim myśleniu, że z facetem u boku jesteś jednak bardziej wartościowa? Czy my, kobiety, lepiej wtedy same siebie oceniamy?

To dość skomplikowane, bo rozgrywa się na kilku poziomach. Na poziomie społecznym jako singielka czuję się silna i niezależna. Ale na poziomie psychologicznym – chciałabym mieć pełną rodzinę. Więc chyba nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Ale uważam też, że my, kobiety, mimo całej emancypacji czy – jak kto woli – feminizmu mamy jeszcze romantyczne podejście do życia. Za bardzo jednak uzależniamy swoje szczęście albo spokój wewnętrzny od tego, czy spotkamy tego jedynego mężczyznę. A w ten sposób skazujemy się na porażkę.

- Ty nie sprawiasz wrażenia nieszczęśliwej.

Spotkałam wiele kobiet, które bardzo nisko siebie oceniają i upatrują swojego szczęścia w tym drugim człowieku, który zapewni im ładny dom, drogi samochód, luksusowe wakacje czy sukienki i diamenty. Ja w sobie lubię to, że ciężko mi jest przyjmować cokolwiek, że tak naprawdę czuję się komfortowo tylko z tym, co sama sobie wypracowałam. Wydaje mi się, że kiedy znajdziemy w sobie spokój i pewność, że nasze decyzje są słuszne, to nasze życiowe sprawy łatwiej się układają i nie musimy wtedy budować poczucia własnej wartości na tym, jakiego mamy partnera. Takie podejście sprawia, że łatwiej nam uwierzyć, że to, co nas spotyka, jest dla nas dobre. Że tak po prostu miało być. Odkąd osiągnęłam taki wewnętrzny spokój i mam do siebie i do życia zaufanie, wszystko wydaje się o wiele prostsze. Jasne, moje romantyczne podejście do świata sprawia, że nadal wierzę w wielką miłość.

- Taką postawą udowadniasz, że kobiety są naprawdę silne. I jesteś doskonałym przykładem nowoczesnego feminizmu. I życiowej odwagi. Sama wychowujesz syna. Zdecydowałaś się robić karierę za granicą. Gdybyś została w Polsce, miałabyś bardzo wygodne życie, z Twoim dorobkiem, nazwiskiem, wsparciem materialnym zamożnej rodziny...

W mediach pokutuje nieporozumienie co do statusu finansowego mojej rodziny. Moi rodzice są pracownikami naukowymi, od niedawna na emeryturze. Na chleb nam nie brakowało, mieszkaliśmy w ładnym domu, ale nigdy się u nas nie przelewało. Faktycznie, moja dalsza rodzina dysponuje znacznie większymi środkami. Ale nas zupełnie mylnie utożsamia się z jakąś poważną fortuną.

- Przy okazji pada kolejny mit na Twój temat. Bo wszyscy sobie wyobrażamy, że miałaś łatwy start w dorosłość. Rola u Wajdy w „Panu Tadeuszu”, kiedy byłaś nastolatką, potem studia aktorskie w Nowym Jorku w komfortowych warunkach i wygodne życie córki milionerów bawiącej się za granicą w aktorstwo.

(śmiech) A tymczasem żyję na własny rachunek od 15. roku życia. Bardzo nie chciałam obciążać finansowo rodziny moją pasją. I zawsze sprawiało mi to olbrzymią frajdę, że mogę sama się utrzymać. Od najmłodszych lat czułam, że chciałabym być na swoim, niezależna od nikogo. To dość paradoksalne, bo choć mamy w rodzinie bardzo bliskie relacje, jesteśmy zżyci i wiem, że na rodziców i brata zawsze mogę liczyć, to odkąd pamiętam, chciałam być niezależna. Tak sobie teraz myślę, że może właśnie ta mocna rodzinna więź dała mi siłę, żeby wyjechać do Stanów i tam spróbować swoich sił.

 

- A skąd pomysł, żeby próbować aktorstwa w Stanach? Fanaberia? Przypadek? Nie wybrałaś łatwego rozwiązania. Zostawiłaś tu całkiem wygodne życie i niezłą karierę...

W pewnym momencie poczułam, że zrobiło mi się zbyt wygodnie... Pamiętam nawet dokładnie kiedy. Będąc w Niemczech, po premierze kolejnego filmu, podpisując kontrakt płytowy z niemieckim Universalem, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę moim największym marzeniem jest jednak Ameryka. Ona tkwiła we mnie jako dziecięce marzenie... Z moimi przyjaciółkami w podstawówce byłyśmy absolutnie zafascynowane amerykańskim kinem. Nasza fascynacja  była posunięta do tego stopnia, że gdy  ktoś na ulicy mówił z amerykańskim akcentem, od razu po plecach przechodziły nam ciarki. Oglądałyśmy po kilka razy filmy typu „Goonies”, w których byli ci cudowni amerykańscy chłopcy. Oni byli tacy piękni, mieli takie białe zęby. (śmiech) Byli naszymi książętami na białych koniach. Świat amerykańskiego filmu był naszym marzeniem. No i podążyłam za tym marzeniem.

- Aż do Nowego Jorku, do szkoły Lee Strasberga.

Początki były trudne. Warunki bytowe miałam dość kiepskie, nie było mnie stać na luksusy. Mimo że coś tam zarobiłam jako dziecko, to jednak na hotel nie mogłam sobie pozwolić. Gdybym pojechała teraz, jako 30-latka, to byłoby inaczej, natomiast wtedy... Ten przeskok w inną rzeczywistość był o tyle trudny, że jestem bardzo sentymentalną osobą, a pamiętam, że tamtego sylwestra, 2002 roku, spędziłam z przyjaciółmi w naszych górach. To był sylwester jak z pocztówki: śnieg, ciepła atmosfera, bliskie mi osoby... I po tym wszystkim, 3 stycznia, wylądowałam w Nowym Jorku, u obcych, ale życzliwych mi ludzi. Szybko okazało się jednak, że niestety w tym mieszkaniu nie mogę zostać, ponieważ właściciele obiecali już klucze komuś innemu. Musiałam więc sobie jakoś poradzić.

- Wyobrażam sobie, że leżysz pod kołdrą i drżysz z zimna pierwszej nocy w tym obcym mieszkaniu, i masz w głowie jedną myśl: „Robię to dlatego, bo...”. Co spowodowało, że jednak nie odpuściłaś, że zostałaś, skończyłaś szkołę, nie wróciłaś z płaczem do domu?

Nie miałam konkretnego wytłumaczenia. Na pewno nie byłam zdesperowana, żeby zrobić karierę w Hollywood. Raczej marzyłam, żeby być częścią czegoś istotnego, żeby połączyć dziecinne marzenia z rzeczywistością. To była też fascynacja czymś, co jest nieznane i być może większe ode mnie. Czułam wtedy fizyczną wręcz fascynację tym, co było nowe. Chciałam poznawać nowe sytuacje i to mnie bardzo ekscytowało. Przyznam, że wielokrotnie wracam do tych momentów i sama się zastanawiam, co mnie gnało? Co to było? To coś, co pozwalało mi zacisnąć zęby, kiedy nie miałam nawet do kogo zadzwonić. Bo kiedy przyleciałam do Nowego Jorku, nie miałam żadnych kontaktów, nie wiedziałam, co się zdarzy następnego dnia. Być może przetrwałam to, dlatego że jako dziecko przeczytałam gdzieś, że stajemy się kimś tylko w starciu z tym, co stawia nam opór. To jest prawda o mnie wtedy. Nie chciałam czuć, że osiadłam na mieliźnie. Ameryka to była przestrzeń, gdzie mogłam się rozwijać i dojrzewać przez to, że ścierałam się z czymś, co na pierwszy rzut oka było mi wrogie.

- Ty po prostu jesteś „fighterką”. Nie lubisz życiowej wygody, stania w miejscu?

Nie umiem dobrze tego wytłumaczyć, ale gnała mnie jakaś nieprawdopodobna siła. Ja ją wręcz fizycznie czułam.

Z każdą odpowiedzią coraz bardziej zaskakujesz. Nie jesteś tą Alicją, której obraz sobie zbudowaliśmy na podstawie artykułów czy wywiadów. Grzeczną prymuską, dziewczyną, której wszystko łatwo przyszło, bo jest ładna i wszędzie ma znajomości.

Jak już ustaliłyśmy, ten wizerunek kreują media. I słowo „kreują” jest tu kluczowe. (śmiech)

- A co Cię najwięcej kosztowało?

Myślę, że to, co jest dla mnie trudne, dzieje się w tej chwili. Jestem rozdarta między Polską a Stanami. Tam dziś jest moja rzeczywistość, a tutaj jednak są moja przeszłość i korzenie. Będąc tam, mam poczucie, że jednak przynależę do innego miejsca, chociaż moja codzienność tam mi odpowiada, czuję się w niej dobrze. Żyję więc w dwóch światach. Jeden to moje korzenie, a drugi to moje nowe życie. Wręczając niedawno nagrodę podczas gali Europejskich Nagród Filmowych za scenariusz, wpadłam na taką myśl, że scenariusz to właśnie takie nasze korzenie, bez których my, aktorzy, jesteśmy jak liście na wietrze. Nie bylibyśmy w stanie się rozwijać, gdyby nie zaczepienie w dobrych korzeniach. Więc mam świadomość, że te moje korzenie są jak dobry scenariusz, który daje mi możliwość stworzenia wiarygodnej roli. Bez nich nie byłabym w stanie funkcjonować w Los Angeles. Ale jeśli mnie pytasz, gdzie chcę osiąść na stałe, uczciwie odpowiadam: nie wiem. Moje korzenie są mocne i są tutaj. Mogę do nich wrócić. I na pewno kiedyś wrócę. Ale jeszcze nie teraz.

- Przeczytałam gdzieś, jak mówiłaś, że nie masz żadnych oczekiwań w stosunku do zawodu. Nie ma w Tobie zaciętości, desperacji, że musisz dostać jakąś rolę, że musisz zagrać w tym filmie.

Nie było we mnie nigdy desperacji, żeby koniecznie zrobić karierę. Chciałam po prostu grać w filmach, być aktorką. Więc determinacja tak, ale nie desperacja. Może ratuje mnie ta świadomość, że zawsze mogę wrócić do Polski, że mam dom, że są rodzice. Rodzice, którzy co prawda nie bardzo rozumieją moje wybory, którzy pozostają w takim półzdziwieniu, ale mimo to zawsze mnie wspierają.

- Wszystkim się wydaje, że to rodzice Cię do tej kariery popychali...

Absolutnie nie! Tata był przeciwny moim działaniom artystycznym. Chciał dla mnie jak najlepiej, ale w głębi serca nie bardzo podobał mu się mój pomysł z aktorstwem. On by chciał, żebym była w domu, blisko, chciałby oszczędzić mi stresów, problemów, życia z dala od rodziny, na innym kontynencie.

- Szczególnie trudne musi być dla rodziców to, że jesteś obiektem zainteresowania mediów. Że Twoje życie prywatne jest śledzone, dokumentowane i komentowane w mediach i internecie.

Dlatego tak ważne w naszej relacji jest zaufanie. Jeśli ja mówię, że jest dobrze, że mam wszystko pod kontrolą i sobie poradzę, to oni muszą mi zaufać. Tak było, odkąd skończyłam 19 lat i wyjechałam do Nowego Jorku. Nie byli już w stanie mi na co dzień pomagać.

- Czy to w Nowym Jorku był ten moment, kiedy zorientowałaś się, że jesteś zdana na siebie, że musisz błyskawicznie dojrzeć?

Chyba właśnie tak było. Chociaż nadal szukam wsparcia w rodzicach, zależy mi na ich opinii, na tym, żeby byli ze mnie dumni. I przyznam szczerze – sporo czasu zajęło mi nauczenie się, że: OK, jestem dorosła i już nie do końca muszę traktować ich zdanie jako to decydujące. Chociaż nadal się z nim liczę. Ale zdałam sobie sprawę, że za-dowalanie wszystkich, w tym rodziców, nie powinno być moim głównym życiowym celem. Bo czasem trzeba posłuchać samej siebie...

- Czujesz się wolna?

Wiesz, kiedy czuję się naprawdę wolna? Zdarza się to rzadko, ale parę razy poczułam taką niesamowitą wolność na planie filmowym, wchodząc w role. Czułam, że to jest OK, że ja jestem OK, że jestem w dobrym miejscu, w dobrym punkcie. Odczuwałam metafizyczność tej chwili. Tak było podczas kręcenia filmu „Trade” z Kelvinem Kline’em. To było niesamowite. Dostałam tę rolę na noc przed wejściem na plan...

- Bo miała ją zagrać Milla Jovovich.

Tak. Musiałam wszystko nadrobić i stworzyć tę postać w ciągu jednej nocy. I zeszłam z planu wewnętrznie spokojna, że zrobiłam wszystko, na co było mnie stać.

- A co czułaś, kiedy zadzwonił do Ciebie Wim Wenders i poprosił Cię, żebyś w Berlinie wręczyła nagrodę na gali Europejskich Nagród Filmowych?

To było miłe, ale zawodowo wewnętrzny spokój i pewność siebie zyskuję na planie. Taki telefon to po prostu... wisienka na torcie.

- Wręczałaś nagrodę za scenariusz, a sama przyznajesz, że żyjesz bez scenariusza...

Fakt, nie postępuję według żadnego scenariusza, natomiast mam podejrzenie, że taki scenariusz istnieje. I to podejrzenie daje mi siłę.

 

- Kto pisze ten scenariusz? Życie?

Nie wiem. Być może ja go piszę... Nie chcę za bardzo filozofować... Już jako dziecko mówiłam, że czuję, że mam przed sobą wyraźną drogę. Widzę ją i nią idę.

- I stąd Twoja siła?

Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało – tak. Ta pewność, ten spokój, pokora przychodzą wraz z różnymi doświadczeniami. Na pewno pojawiły się też razem z narodzinami Henia. To, że jestem odpowiedzialna za kogoś innego, jest fajne i ważne. Wraz z pojawieniem się dziecka zmartwienia ustąpiły radości. Za często martwiłam się w życiu na zapas. Już wiem, że tak nie wolno. Bawi mnie, że jesteśmy tacy mali w tym planowaniu wszystkiego wokół nas. (śmiech)

- Przekroczyłaś w tym roku trzydziestkę. To dobry moment na podsumowania. Jak Ci ten bilans wychodzi?

Dojrzewam. Myślę, że dojrzewam. (śmiech) Pamiętam, że kiedy miałam 19 lat, mój dobry przyjaciel powiedział, kwitując jakieś moje zachowanie: „No wiesz, ty jesteś jeszcze taka niedojrzała”. Strasznie mnie to zabolało! Do tej pory mu to wypominam! Bo ja, odkąd pamiętam, czułam się dojrzała. A czy byłam? To już zupełnie inna sprawa. (śmiech) Przez całe życie miałam w głowie myśl, że rodzice mi ufają i nie mogę ich zawieść. A z drugiej strony robiłam rzeczy, które mogłyby ich niepokoić – mówię o wyjeździe do Stanów czy moich prywatnych życiowych wyborach. Były dla nich zaskoczeniem, ale przyjmowali je bardzo dobrze. Myślę, że wynikało to właśnie z tego, że mieli do mnie zaufanie, ale wiąże się też z tym, że odczuwałam wagę tej odpowiedzialności, którą mi powierzyli.

- A mnie się wydaje, że dojrzałaś właśnie teraz. Masz za sobą zakręty w życiu prywatnym, w których uczestniczyło pół świata. I te Twoje zdawkowe komentarze na ten temat: „To jest moja odpowiedzialność, moje warunki, ja tego chciałam, płacę cenę i przyjmuję tego konsekwencje”. Nigdy nie dałaś się sprowokować do wynurzeń na ten temat, do publicznego roztrząsania prywatnych spraw. To jest dojrzałość.

Tak. Myślę, że w tej kwestii stanęłam na wysokości zadania.

- Mówisz: „Rozpadł mi się związek, ale dojrzałość polega na tym, że dogadujemy się z ojcem mojego dziecka, dla jego dobra”. Poza tym to, co mówisz, że nauczyłaś się przyjmować życie takim, jakie jest, to też dowód dojrzałości.

Ostatnie lata obfitowały w różne ważne, czasami trudne doświadczenia. Więc myślę, że umiejętność zaakceptowania tego, co nas spotyka, jest rzeczywiście dużym wyzwaniem. Sprawy rodzinne, choroba taty sprawiły, że doceniam życie, otworzyłam się bardziej na innych. Zdałam sobie sprawę, że kiedyś potrafiłam rozmawiać z ludźmi i w ogóle na nich nie patrzeć. Pewnie była to jakaś forma obrony. Doświadczyłam bolesnych rzeczy, ale umiałam wyciągnąć z nich pozytywne wnioski.

- Z drugiej strony niełatwo znaleźć rzecz trudniejszą dla młodej dziewczyny niż zawiedziona miłość.

Ja nigdy nie powiedziałam, że przeżyłam zawiedzioną miłość! Wszystko, co było mi dane, przeżycie tej niezwykłej miłości – bo to była niezwykła miłość – absolutnie jest darem. Zawsze wiedziałam, że nie mam prawa przywłaszczać sobie ani nikogo, ani niczego. Ale nadal jestem przekonana, że jeśli spotka nas prawdziwa miłość, to ma szansę istnieć do końca. I nawet kiedy się z kimś rozstajemy, to – jeżeli to była prawdziwa miłość – ona w nas pozostaje. Niosę ze sobą każdą z osób, które kiedyś kochałam. Wraz z przyjściem nowego uczucia odnajduję wszystkie inne miłości, które są we mnie. Czasem nawet mam ochotę zadzwonić do tych osób z mojej przeszłości i powiedzieć im, jak bardzo były dla mnie  ważne. 

- Niezwykłe jest to, że pokazujesz w naszej rozmowie całkiem inną twarz. Nie myślałam, że potrafisz być taka wylewna.

A jaką mnie sobie wyobrażałaś?

- Jako królową śniegu – dziewczynę, która nie okazuje emocji, nawet jeśli je ma. (śmiech) Która siedzi za szklaną ścianą i nie dopuszcza do siebie zbyt blisko. Dla której ważne są formy, konwenanse. Teraz odkrywam w Tobie kobietę z pasją, pełną uczuć...

No i znowu wracamy do mojego wizerunku... (śmiech)

- A jak to jest z Twoją karierą? W ogóle się nie chwalisz w Polsce swoimi dokonaniami. Do kin niebawem trafi film „The American Side”, w którym zagrałaś główną rolę kobiecą obok takich gwiazd, jak Matthew Broderick. Wręczasz nagrodę na najważniejszym europejskim festiwalu filmowym i nikt o tym nie wie, dopóki w agencjach nie pojawią się zdjęcia.

Robię to świadomie. Nie mówię o rzeczach, które się jeszcze nie wydarzyły. Nie lubię uprzedzać faktów, bo różnie się życie układa. Po prostu nie jest to dla mnie istotne, żeby wszyscy wiedzieli, co w danej chwili robię. Nie chcę, żeby zabrzmiało to arogancko, ale robię to przede wszystkim dla siebie... Jeżeli film potem wychodzi i odnosi sukces, to jest fajnie.

- Jak udaje Ci się dostawać główne role w amerykańskich filmach? Po prostu castingi?

Nie lubię castingów. Jestem „antycastingowa”. Dla mnie w tym zjawisku, jakim jest casting, jest tyle schematu i fałszu... Niewiele ma to wspólnego z aktorstwem. Dużo zależy od tego, czy cię polubią, czy pomyślą sobie, że jesteś fajna. A ja tego nie znoszę. Kiedyś szło się na casting bez makijażu, w jakimś szarym T-shircie i wszyscy koncentrowali się na tym, jak grasz. Dziś zazwyczaj oczekują, że przyjdziesz już w kostiumie granej postaci. I wiele znanych aktorek do tego się stosuje. Mnie to irytuje, źle się z tym czuję i odejmuje mi to wiele energii.

- Ale czy to nie jest normalne, że aktorka chce się zaprezentować reżyserowi castingu jak najlepiej, upodabnia się do postaci, żeby pokazać mu, że nią jest?

Być może to jest mój problem i muszę nad tym popracować. Ale myślę, że ten mój dystans do pewnych zjawisk i sytuacji częściej pomaga mi w Ameryce, niż szkodzi.

- Na czym on polega?

Nie chodzę na przyjęcia, nie nawiązuję kontaktów z producentami, nie narzucam się...

- Ale dlaczego?! Przecież tak się robi w Hollywood!

Nie potrafię. Pamiętam ostatnie „zawodowe” party. Pomyślałam sobie: „Alicjo, jesteś tutaj, więc może zobacz, jak to działa. To nic złego”. Często słyszę, że przecież to faktycznie tak tam funkcjonuje: jeżeli ktoś cię zna, to może nie na główną rolę, ale na drugoplanową masz spore szanse. Bo jesteś fajna, sympatyczna, bo się lubimy. I... nie dałam rady. Nie umiem się wdzięczyć. Więc gram pewnie mniej, niżbym mogła.

- Możesz sobie pozwolić na taki luksus?

Zawsze będę mogła sobie na to pozwolić. Bo nie potrzebuję materialnych luksusów. Naprawdę wystarczy mi bardzo niewiele do szczęścia. Umiem skromnie żyć. A niezależność jest dla mnie najważniejsza.

- Jednak na pewno zdarzyły Ci się sytuacje, kiedy filmowcy, producenci nadużywali swojej pozycji...

Zmieniam się wtedy w osobę nieprzyjemną, ostrą. Wychodzę. I myślę, że taką energią właśnie emanuję na przyjęciach w Los Angeles. (śmiech) Do pewnego momentu jest fajnie, ale jeśli ktoś przekracza granicę, to bardzo szybko widać po mnie, że mi to nie odpowiada. Wysyłam jasne sygnały. I mam taką wewnętrzną potrzebę, żeby zwracać uwagę ludziom, kiedy dzieje się jakaś niesprawiedliwość. W Hollywood to nie jest zbyt popularne, (śmiech) bo tam nie powinno się kłócić z nikim. Ostatnio wysoko postawiony producent filmowy, przedstawiony mi przez moich znajomych Polaków, obraził bardzo Polskę. Wynikało to z niewiedzy i ignorancji, ale było bardzo niesmaczne. I w chwili, kiedy powiedział do mojego kolegi Włocha, że całe szczęście, że on nie jest z Polski, a ja stałam tuż koło niego, ostro zareagowałam, mówiąc: „Cześć, jestem Alicja z Polski”. Mimo że skoczyło mi ciśnienie, spokojnie zaczęłam obalać jego teorie, udowadniając, że jest ignorantem. A na koniec stwierdziłam, że nie chcę przebywać w jego towarzystwie. On się strasznie zacietrzewił, a moi znajomi byli totalnie przerażeni moją postawą. Bo to taki wielki producent, a ja popsułam taką znajomość! Myślę, że on też był w szoku. Krążył koło mnie przez cale przyjęcie i... jednak na koniec mnie przeprosił.

 

- Jesteś piękną kobietą, wydaje mi się, że dojrzewałaś również pod pożądliwymi spojrzeniami mężczyzn. To dość specyficzna sytuacja. Czy erotyka to sfera, której się trochę bałaś?

Nie mam swojej definicji erotyki, ale wydaje mi się, że jest silnie związana ze sferą uczuciową. Natomiast jeśli chodzi o te pożądliwe spojrzenia, to jestem przecież aktorką. Byłoby mi pewnie trudno, gdybym chciała wykonywać ten zawód, nie biorąc pod uwagę tego, że narzędziem mojej pracy jest ciało. Na tym polega profesjonalizm. Oczywiście w kontekście rodziny i mojej tendencji do przejmowania się tym, co kto pomyśli – to na pewno nie ułatwia. Z drugiej strony mam do mojego zawodu duży szacunek. Więc jeżeli już się w coś angażuję, to oddaję się temu w stu procentach. I nie chodzi o jakiś ekshibicjonizm, ale o to, że wchodzę na plan i po prostu gram. Najlepiej jak umiem. To otwarcie się, zgubienie siebie w roli to bardzo fajne uczucie. I nie jest ono związane tylko z fizyczną nagością. Otworzenie się psychiczne do roli też jest czymś fantastycznym.

- Nie znosisz castingów, więc jak zdobywasz role?

Jeżeli jesteś w dobrej agencji, to wystarcza. Plus to, co do tej pory zrobiłaś. Opinie ludzi, z którymi się pracuje, rozchodzą się błyskawicznie. To pomaga. Agenci przysyłają mi scenariusze. Staram się być asertywna.

- Mówimy o asertywności. A są osoby, którym nie potrafisz odmówić? Oczywiście mam na myśli Henia. Rozpieszczasz go? Czy dokładnie wiesz, jak chcesz wychować syna i jesteś konsekwentna?

Hmmm... Z wiedzą to niewiele ma wspólnego. (śmiech) Miałam ten przywilej, ten dar, że w sekundzie, kiedy go zobaczyłam, absolutnie się w nim zakochałam. I nie miałam innego wyjścia jak tylko kochać go bezwarunkowo. I wtedy chyba po prostu raczej czuje się, niż wie, co robić.

- I to działa?

Henio jest absolutnie cudownym i kochanym dzieckiem, nigdy nie dawał mi powodu, żebym straciła cierpliwość. Jest bardzo spokojnym chłopcem i mam wrażenie, że mam z nim po prostu kontakt. On mnie rozumie, ja rozumiem jego. Mam nadzieję, że to się nie zmieni. Jest tak uroczy i ma tak dużo miłości do wszystkich. On jest absolutnym darem. Przy nim po prostu jestem jego mamą.

- Henio Cię zaskakuje?

Codziennie. (śmiech) Zada-je bardzo poważne pytania. Już wiem, że będę miała z nim ciekawie. (śmiech)

- Wielu rodziców wpada w pułapkę z poczucia winy, że nie mają czasu dla dziecka  - rekompensują mu to przedmiotami.

Ja akurat jestem pewna, że tak nie wychowam Henia. To wynika z mojej głębokiej pewności, że system wartości, który wyznaję, jest dobry. Teraz powiem to, co czuję, co jest ostatnio niepopularne: ja wierzę. Mam silną wiarę w Boga. Bóg ma wiele manifestacji. Czasami przychodzi do nas jako trudne doświadczenie. I to uczy mnie pokory, która sprawia, że o wiele łatwiej mi się żyje. Ta pokora wobec życia wyzwala. Mogę powiedzieć, że ewidentnie doświadczyłam bardzo dużo dobroci i pozytywnej energii. Byłabym niewdzięczna, gdybym tego nie zauważyła.

- Masz za co Bogu dziękować?

Za wszystko. Za to, że jest tak, jak jest, że mam taką rodzinę, a nie inną, że jesteśmy zdrowi, że tak blisko mnie zdarzył się cud.

- Mówisz o chorobie i wyzdrowieniu taty?

Tak.

- Co jest dziś dla Ciebie najważniejsze?

Miłość jest najważniejsza. Jak patrzę na moją rodzinę, która jest głęboko wierząca i podąża za wskazówkami wiary i religii, to widzę w tym szczęście. Moi rodzice są bardzo szczęśliwi, że się spotkali. Marzy mi się taki związek, taka relacja, która jest ponad nasze ludzkie wady.

- Dlaczego miłość się kończy?

Nie wiem, czy się kończy... raczej zmienia formę. Związek może się skończyć. Tak bywa. Żeby się udało, w danym momencie ta dwójka ludzi musi być absolutnie na tej samej płaszczyźnie i mieć przestrzeń do budowania przyszłości. Z wielu powodów takiej przestrzeni może zabraknąć – ktoś nie jest jeszcze na to gotowy, ktoś może ma inne priorytety albo nie jest na odpowiednim etapie życia.

- Stchórzyłaś kiedyś przed uczuciem?

Nigdy. Wręcz przeciwnie, uczucie jest dla mnie na tyle ważne, że uważam, że nie można go lekceważyć. Czasem można przekonać się, że to nie jest to, ale trzeba spróbować. To jest dla mnie wielkie odkrycie. Rzeczy najtrudniejsze do osiągnięcia są tak naprawdę najprostsze. Tylko trzeba się na nie otworzyć.

Z Alicją Bachledą-Curuś rozmawiała Agnieszka Jastrzębska