Alicja Bachleda-Curuś, aktorka i piosenkarka, 12 maja 2017 roku kończy 34 lata. Do niedawna za najsłynniejszą rola Bachledy-Curuś w polskim kinie była rola Zosi w ekranizacji Pana Tadeusza. Słynny film w rezyserii Andrzeja Wajdy utorował Alicji drogę na szczyt. Opuściła Polskę, by grać w Hollywood. Ostatnio wystąpiła w filmie Patryka Vegi "Pitbull: Niebezpieczne Kobiety". I właśnie jej rola w "Pitbullu" jest dziś tą najpopularniejszą! Alicja jako "Drabina" ma rzesze fanów (zwłaszcza wśród panów). Bachleda-Curuś grała też w filmach "7 rzeczy, których nie wiecie o facetach", "Trade" oraz "Ondine". Na planie tego ostatniego Alicja poznała Colina Farrella. Bachleda-Curuś i Farrell zakochali się w sobie, a owocem ich miłości jest synek - Henry Tadeusz. Dziś chłopiec ma 8 lat, a Alicja, choć nie jest już z jego tatą, to utrzymuje z Collinem przyjacielskie stosunki. Natomiast ostatnio mówi się, że Bachleda-Curuś spotyka się z Marcinem Gortatem. Podobno związek Alicji z polskim koszykarzem NBA to coś poważnego i może zakończyć się nawet... przed ołtarzem. Jedak ani Bachleda-Curuś, ani Gortat nie potwierdzili jak dotąd tych informacji. Ciekawe, czy to właśnie Marcin Gortat podarował Alicji te piękneurodzinowe czerwone róże, którymi pochwaliła się na Instagramie...

Z okazji 34 urodzin Alicji Bachledy-Curuś przypominamy Wam archiwalną sesję zdjęciową oraz wywiad z gwiazdą, jakie ukazały się przed laty w "Gali". A Alicji życzymy absolutnie wszystkiego, co najlepsze! Sto lat!

- Niedawno jeden z tygodników opinii opublikował tekst, w którym całkiem poważnie rozważał, dlaczego Ty i Sebastian Karpiel-Bułecka powinniście wziąć ślub. Argumentowano w nim, że to będzie wielkie polskie wesele, nasz „royal wedding”, i że polska opinia publiczna potrzebuje takiego wydarzenia ku pokrzepieniu serc. Tym bardziej to absurdalne, że ani Ty, ani Sebastian Karpiel-Bułecka nie potwierdziliście nawet informacji, że się spotykacie, nie mówiąc już o dalszych krokach... Czy kiedy coś takiego czytasz, to Cię to irytuje, czy śmieszy?

Cieszę się, że ten artykuł powstał, bo abstrahując od dywagacji na temat mojego życia uczuciowego, pokazał też pewne mechanizmy powstawania newsa rodem z portalu plotkarskiego czy prasy brukowej. Obnaża wszystkie sformułowania typu: „dobry znajomy”, „przyjaciel pary” czy „jeden z członków rodziny”. Rzekomo zdradzają oni szczegóły mojego życia prywatnego mediom. Być może dzięki temu artykułowi część osób dowie się, że w takich tekstach nie ma prawdy, że nad „prawdziwą, sprawdzoną wiadomością” siedzi sztab ludzi, który ją wcześniej wymyśla po to, by przyciągnąć czytelnika. Niestety okazuje się, że ostatnio nawet pisma, których wcześniej nie posądzalibyśmy o metody znane z tabloidów, walczą o liczbę kliknięć w internecie.

- Nie przeraża Cię to, że jak piszą w tym tekście, paparazzi przez 7 dni, 24 godziny na dobę czekają pod Twoim rodzinnym domem w Krakowie, żeby zrobić Ci zdjęcie?

Nie wiem, czy 24 godziny przez 7 dni w tygodniu. Chociaż pamiętam, że bywały okresy, kiedy rzeczywiście przez dwa tygodnie paparazzi siedzieli w samochodzie pod moim domem, wiedząc doskonale, że nie ma mnie w Krakowie. To było zadziwiające. Byłam wtedy w Polsce, ale w Gdyni – na Open’er Festival, zdjęcia z tych koncertów krążyły w internecie. I paparazzi je widzieli, a mimo to siedzieli w Krakowie. Po tygodniu mój ojciec, mocno tym poirytowany, bo to była duża ingerencja w prywatność, wyszedł do nich i zapytał: „Dlaczego nas niepokoicie?”. „No bo czekamy, aż przyjedzie” – odpowiedzieli. „Ale przecież jej nie ma!”. I poprosił, aby odjechali. „Poczekamy”. I czekali, robiąc zdjęcia mojej rodzinie.

- A jak to wpływa na Ciebie?

Oczywiście to irytuje, ale przede wszystkim ze względu na moich rodziców. Bo jeśli chodzi o mnie, to odkąd w wieku 15 lat zagrałam Zosię w „Panu Tadeuszu”, powiedzmy, że miałam czas się z tym oswoić. Nie chcę powiedzieć, że się do tego przyzwyczaiłam, bo do tego nie da się przyzwyczaić. Już wtedy byli paparazzi, ale rynek mediów był o wiele mniej brutalny niż dziś. Kiedyś to wszystko odbywało się z większą kulturą, paparazzi pytali, czy mogą zrobić zdjęcia. Dziś nie ma absolutnie żadnej rozmowy. To jest prawo dżungli. Oni mają kredyt na ten aparat z superobiektywem i muszą zrobić zdjęcie, żeby go spłacić.

- Mówisz tak, jakbyś ich rozumiała...

Kiedyś udało mi się porozmawiać przez przypadek z paparazzim w Stanach. Udawałam, że nie wiem, kim on jest, i że nie mam negatywnego nastawienia do tego, czym się zajmuje. Opowiedział mi bardzo szczerze, że robi naprawdę duże inwestycje, żeby wykonać zdjęcia gwiazdom. Na przykład wydaje 10 tysięcy dolarów na wycieczkę na Bahamy, bo wie, że tam będzie Beyoncé z rodziną. I jak on jej nie „złapie”, to jest do tyłu o te 10 tysięcy dolarów. Nikt mu tego nie zwróci. Więc łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo jest zdeterminowany.

- Mówisz o tym spokojnie. A jak reagujesz, kiedy czytasz o sobie, że jesteś idealną kandydatką do polskiego „royal wedding”? Że jesteś „naszą Alicją”, którą media za wszelką cenę próbują wydać za mąż, bo dzięki temu, że połączą się dwa szanowane góralskie rody, to dla Polaków będzie święto? Tracisz cierpliwość w obliczu takich historii?

Raczej nie. Dla mnie te wszystkie teksty są jak farsa. Czytam to, jakby nie było o mnie. Mam wrażenie, że piszą o aktorce Alicji Bachledzie-Curuś, którą obsadzają w danej roli. Na szczęście rodzina i przyjaciele wiedzą, jak jest naprawdę. Więc i oni uczą się mieć do tego dystans. Trzeba było sobie wypracować ten mechanizm, żeby te niemające wiele wspólnego z rzeczywistością doniesienia nie dotykały mnie ani moich bliskich.

- To, co uderza w tekstach na Twój temat, to to, że Ty, aktorka, która zrobiła naprawdę dużą karierę, która ma na swoim koncie zawodowym istotne role w filmach niemieckich, amerykańskich, francuskich, funkcjonujesz przede wszystkim w kontekście mężczyzny, z którym się spotykasz. Nie widziałam, żeby „Polityka” pisała tekst socjologiczny na Twój temat w kontekście na przykład Twojej głównej roli w filmie „Trade” o handlu ludźmi, w którym zagrałaś uprowadzoną dziewczynę. A pisze o Twoim wielkim góralskim weselu. Nie wydaje Ci się to niesprawiedliwe?

Myślę, że pisma brukowe czy portale internetowe zawsze będą pisać w kontekście związku lub romansu, bo to, jak widać, ludzi interesuje. Będą krytykować, że miałam brzydką sukienkę albo że za dużo pokazałam na czerwonym dywanie lub za mało – to już według gustu. W portalach plotkarskich rzadko zdarza się przeczytać cokolwiek pozytywnego o kimkolwiek. Jest pogoń za skandalem i chwytliwym headline’em. To są newsy, które się sprzedają, więc będą powstawać. Trzeba przyjąć, że tak jest. Ale też nikt nas nie zmusza, żeby takie portale odwiedzać i to czytać.

- Łapiesz się czasem na takim myśleniu, że z facetem u boku jesteś jednak bardziej wartościowa? Czy my, kobiety, lepiej wtedy same siebie oceniamy?

To dość skomplikowane, bo rozgrywa się na kilku poziomach. Na poziomie społecznym jako singielka czuję się silna i niezależna. Ale na poziomie psychologicznym – chciałabym mieć pełną rodzinę. Więc chyba nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Ale uważam też, że my, kobiety, mimo całej emancypacji czy – jak kto woli – feminizmu mamy jeszcze romantyczne podejście do życia. Za bardzo jednak uzależniamy swoje szczęście albo spokój wewnętrzny od tego, czy spotkamy tego jedynego mężczyznę. A w ten sposób skazujemy się na porażkę.

- Ty nie sprawiasz wrażenia nieszczęśliwej.

Spotkałam wiele kobiet, które bardzo nisko siebie oceniają i upatrują swojego szczęścia w tym drugim człowieku, który zapewni im ładny dom, drogi samochód, luksusowe wakacje czy sukienki i diamenty. Ja w sobie lubię to, że ciężko mi jest przyjmować cokolwiek, że tak naprawdę czuję się komfortowo tylko z tym, co sama sobie wypracowałam. Wydaje mi się, że kiedy znajdziemy w sobie spokój i pewność, że nasze decyzje są słuszne, to nasze życiowe sprawy łatwiej się układają i nie musimy wtedy budować poczucia własnej wartości na tym, jakiego mamy partnera. Takie podejście sprawia, że łatwiej nam uwierzyć, że to, co nas spotyka, jest dla nas dobre. Że tak po prostu miało być. Odkąd osiągnęłam taki wewnętrzny spokój i mam do siebie i do życia zaufanie, wszystko wydaje się o wiele prostsze. Jasne, moje romantyczne podejście do świata sprawia, że nadal wierzę w wielką miłość.

- Taką postawą udowadniasz, że kobiety są naprawdę silne. I jesteś doskonałym przykładem nowoczesnego feminizmu. I życiowej odwagi. Sama wychowujesz syna. Zdecydowałaś się robić karierę za granicą. Gdybyś została w Polsce, miałabyś bardzo wygodne życie, z Twoim dorobkiem, nazwiskiem, wsparciem materialnym zamożnej rodziny...

W mediach pokutuje nieporozumienie co do statusu finansowego mojej rodziny. Moi rodzice są pracownikami naukowymi, od niedawna na emeryturze. Na chleb nam nie brakowało, mieszkaliśmy w ładnym domu, ale nigdy się u nas nie przelewało. Faktycznie, moja dalsza rodzina dysponuje znacznie większymi środkami. Ale nas zupełnie mylnie utożsamia się z jakąś poważną fortuną.

- Przy okazji pada kolejny mit na Twój temat. Bo wszyscy sobie wyobrażamy, że miałaś łatwy start w dorosłość. Rola u Wajdy w „Panu Tadeuszu”, kiedy byłaś nastolatką, potem studia aktorskie w Nowym Jorku w komfortowych warunkach i wygodne życie córki milionerów bawiącej się za granicą w aktorstwo.

(śmiech) A tymczasem żyję na własny rachunek od 15. roku życia. Bardzo nie chciałam obciążać finansowo rodziny moją pasją. I zawsze sprawiało mi to olbrzymią frajdę, że mogę sama się utrzymać. Od najmłodszych lat czułam, że chciałabym być na swoim, niezależna od nikogo. To dość paradoksalne, bo choć mamy w rodzinie bardzo bliskie relacje, jesteśmy zżyci i wiem, że na rodziców i brata zawsze mogę liczyć, to odkąd pamiętam, chciałam być niezależna. Tak sobie teraz myślę, że może właśnie ta mocna rodzinna więź dała mi siłę, żeby wyjechać do Stanów i tam spróbować swoich sił.