GALA: Meksyk to dla ciebie miejsce szczególne – tu się urodziłaś. Z jakimi uczuciami tu wracasz?

ALICJA BACHLEDA- CURUŚ: Rozmawiamy w Cancún, które jest miejscem turystycznym i z prawdziwym Meksykiem niewiele ma wspólnego. A ten jest niezwykły. Barwny, energetyczny. A ludzie wspaniali: ciepli i otwarci. Moje dzieciństwo było pełne meksykańskich akcentów – na komodzie w domu rodziców stały kolorowe figurki, na ścianach wisiały barwne obrazki, a tata uczył mnie meksykańskich piosenek i kolęd, które śpiewałam w czasie świąt Bożego Narodzenia. Pamiętam też zabawną płytę zespołu Los Pitufos, co po hiszpańsku oznacza „smerfy”, i kolędy śpiewane głosami smerfów. W odróżnieniu od polskich kolęd, które są piękne, ale przeważnie smutne, te meksykańskie są radosne. Teraz do Meksyku jeżdżę przeważnie w związku z pracą. Zdjęcia do „Trade” powstawaływ Mexico City, film pokazywano na festiwalu w Puerto Vallarta…

GALA: Gdzie dostałaś nagrodę dla najlepszej aktorki. A potem mieszkańcy twojego rodzinnego Tampico uczynili cię honorową obywatelką miasta. „To nasza Salma Hayek” – mówili…

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: To było cudowne! W Puerto Vallarta przyznałam, że urodziłam się w Meksyku i czuję więź z tym krajem. Myślę, że zachęciło to władze miasta Tampico do nawiązania ze mną kontaktu. A kiedy się do mnie zgłosili, zaproponowali mi nie tylko klucz do miasta, ale również postanowili uhonorować moje 25. urodziny! I tak po raz pierwszy po latach, w maju ubiegłego roku odbyłam z rodzicami romantyczną podróż śladami ich młodości. W Tampico spędzili parę lat życia. Odwiedziliśmy miejsce, gdzie mieszkali, a także szpital, w którym się urodziłam. Jest już zamknięty, ale wpuszczono nas do środka. Chodziliśmy pustymi korytarzami, które we wspomnieniach mamy tętniły życiem. Dziwne doznanie.

GALA: Masz też meksykańskie obywatelstwo. Co ono ci daje?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Dostałam je w chwili narodzin, a w wieku 18 lat musiałam zadecydować o jego przedłużeniu, co też zrobiłam. Daje mi ono wszelkie prawa: mogę tu kupić ziemię, studiować za darmo, a w czasie nauki dostawać dofinansowanie od państwa. Co roku, do chwili osiągnięcia pełnoletności, regularnie pytano moich rodziców o to, w jakich warunkach żyję. A ambasada meksykańska w Polsce śledzi moje poczynania i czasami przysyła mi e-mail z gratulacjami. To bardzo przyjemne! Kiedy dorastałam, towarzyszyło mi poczucie, że jest jakiś egzotyczny kraj, którego nie znam, ale który się o mnie troszczy. I że może kiedyś tam pojadę. Ale skłamałabym, mówiąc, że tu jest moje miejsce. To jednak inna rzeczywistość, inna kultura. Jeśli mówimy o przynależności do kraju, mam takie uczucia w stosunku do Polski. Ale przynależę również do miejsca, w którym teraz mieszkam, gdzie otaczają mnie ludzie, którzy są mi bliscy. I tam też się dobrze czuję.

GALA: Kiedy wyjeżdżałaś z domu, miałaś 19 lat. Zostawiałaś w Krakowie dobry dom, przyjaciół i indeks studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak dzisiaj, z perspektywy sześcioletniego pobytu za granicą, oceniasz swoją decyzję?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie oceniam. Kierowały mną ambicje i chęć sprawdzenia siebie. Czyste i mocne pobudki. Czułam, że trzeba opuścić stare kąty, żeby stać się kimś innym. Chciałam zobaczyć inny świat, kulturę. Pociągał mnie Nowy Jork, miasto wielkich możliwości, z jego bogactwem artystycznym, wielokulturowością. I ludzie pełni pasji oraz nadziei na przetrwanie. Wyjeżdżają tam ci, którzy wierzą, że mogą coś w życiu osiągnąć.

GALA: Ty wierzyłaś.

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Jak wielu młodych ludzi. Nowy Jork jest trudnym chrztem, ale daje dużą satysfakcję, jeśli człowiek zdoła utrzymać się na powierzchni. Rodzice nie mogli mi tam pomóc. Zresztą nie potrzebowałam oparcia. Wiedziałam, że muszę spróbować własnych sił.

GALA: Nie bałaś się?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie. Może w tej chwili bym się bała. Ale wtedy byłam pewna swojej decyzji, zdeterminowana. Oczywiście, były trudne momenty. Wielokrotnie przeżywałam chwile zwątpienia. Ale ciekawość świata i mnie samej była silniejsza. Wierzyłam, że to moja droga. Nie popełniłam żadnych błędów. W żadnej z sytuacji nie postąpiłabym inaczej. Tyle że teraz już by mi się nie chciało tak walczyć. Ale to nigdy nie była desperacja. Cieszę się, że nie poszłam na żadne kompromisy, nie zaprzepaściłam swoich ideałów. Nie dążyłam do sukcesu za wszelką cenę. Miałam szczęście do ludzi, którzy chcieli mi pomóc. A dzisiaj cieszę się, że mogłam się przyczynić do dobrych rzeczy, np. film „Trade” trochę zmienił w Nowym Jorku prawo dotyczące handlu ludźmi. To dowód na to, że warto wierzyć, marzyć i walczyć. Czasem się poświęcić, ale iść do przodu.

GALA: Najbardziej zaskakująca propozycja w twojej karierze?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Kiedy miałam 15 lat, zaproponowano mi wystąpienie w magazynie „Playboy”. Czy w Polsce jest to legalne? Uważam, że grubo nie w porządku jest proponować 15-letniej dziewczynce rozbieraną sesję… Oferowano mi nawet dość intratne honorarium. Trudno mi jest sobie wyobrazić, co miałoby mnie skłonić do takiej sesji. Kto wie, może za parę lat to się zmieni, ale na razie nie widzę siebie w takiej roli.

GALA: Mama nadal dzwoni codziennie?

 

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Już nie. Ale troszczy się, chce być obecna w moim życiu. Będąc w Nowym Jorku, troszkę się oddaliłam, przestałam się dzielić z rodzicami wszystkimi problemami. Przecięłam pępowinę.

GALA: Jesteś w świetnej agencji aktorskiej Creative Artists Agency, w której jest m.in. Robert De Niro, grasz w dobrych filmach. Nadal chodzisz na castingi?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Przeważnie na wyselekcjonowane spotkania z reżyserem. Zdarza się, że proszą mnie o przeczytanie sceny lub dwóch. Ale rozmowy są dość konkretne, to duży komfort. Mam jednak świadomość, że tu się szybko zapomina. Film, który był w kinach trzy–cztery lata temu, nic już nie znaczy. Więc nie jest tak, że mogę założyć nogę na nogę, siedzieć w fotelu i przebierać w propozycjach. Do konkursu trzeba stawać wielokrotnie.

GALA: Stanęłaś do kolejnego. Zagrałaś właśnie w „Ondine” kobietę złowioną w sieci. Film wyreżyserował Neil Jordan, a twoim partnerem jest słynny Colin Farrell.

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: To artystyczny projekt, piękna opowieść o miłości. Świat rozpięty pomiędzy rzeczywistością a bajką. Rzadkość, szczególnie za oceanem. Byłam zdumiona, że taki film może powstać i że są ludzie, którzy chcą się pod nim podpisać. Kreatywny reżyser, świetni aktorzy, bo nie tylko Colin Farrell, ale też Stephen Rea i paru znakomitych Irlandczyków. Zdjęcia kręciliśmy latem w Irlandii przy średniej temperaturze powietrza 10 stopni C. Praca była wyczerpująca fizycznie, ponieważ wiele czasu musiałam spędzić w wodzie.

GALA: Jak ci się pracowało z Colinem Farrellem?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: To znakomity aktor, a przy tym niesamowicie pracowity i pomocny. Wiele osiągnął i mógłby się zachowywać zgodnie z naszym stereotypowym wyobrażeniem gwiazdy, a jest skromny. Koncentruje się wyłącznie na pracy. Prywatnie jest przesympatyczny. Spędzaliśmy na planie dużo czasu, w przerwach rozmawialiśmy o życiu, biznesie, wielu sprawach. Ale czy coś ujawnię? Nie. Nie mogę… (śmiech)

GALA: Jakaś przygoda?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Było ich wiele, a wszystko z powodu ekstremalnych warunków, w jakich pracowałam. Neil Jordan to reżyser wręcz apodyktyczny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Zanim zaczęliśmy kręcić, poinformował mnie, że dla zahartowania się muszę codziennie rano pływać w oceanie, „ponieważ woda jest zimna”. „Twierdziłeś, że jak w Bałtyku, więc dam radę” – mówię. A on: „A ile ma woda w Bałtyku?”. „Gdy pływałam, miała 17–18 stopni”. Okazało się, że w Irlandii ma osiem. „Skoro twoim zdaniem można w niej pływać, róbmy to razem” – zaproponowałam. I pływaliśmy. Ale to Neil zawsze był tym, który wracał pierwszy i któremu było zimno. A mnie szło coraz lepiej. Jednak to nie jest przyjemne, gdy tuż po przebudzeniu zamiast gorącej kawy, prysznica i ciepłej bułeczki bierzesz lodowaty prysznic, a potem biegniesz do oceanu! A woda jest tak zimna, że aż boli. I pełno w niej wodorostów, meduz… Było ciężko, ale wspaniale, bo szło za tym coś ważnego. Zaciskałam zęby i starałam się grać. W ostatnim dniu zdjęć dostałam lekkiej hipotermii. Cała się trzęsłam, szczękały mi zęby, miałam gęsią skórkę i sine usta. Trzeba było mnie rozgrzewać.

GALA: Jak spędzałaś czas po zdjęciach?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Miałam domek na plaży. Godzinami siedziałam na jego werandzie, obserwując przypływy i odpływy. To był piękny czas obcowania z naturą. Ważny moment w moim życiu. Zrozumiałam parę decyzji, które wcześniej podjęłam. Podjęłam też kilka nowych, trochę wokół siebie zmieniłam.

GALA: Co takiego?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Skrystalizowałam drogę, którą chcę iść, kim chcę być. I teraz wróciłam do malowania, pisania wierszy. Kiedyś malowałam sporo, nawet rozważałam studia na ASP. Bywa, że widzę jakiś obraz w głowie i muszę go przenieść na papier. Czasami obraz mi się przyśni.

GALA: O czym jest twój ostatni wiersz?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: O miłości.

GALA: Zacytujesz fragment?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: O nie, jest zbyt prywatny. Nie mogę się nawet zdobyć na to, by go przeczytać na głos. Piszę do szuflady. Poza tym jest po angielsku, trudno byłoby mi go tak od ręki przetłumaczyć.

GALA: Słyszałam, że piszesz te wiersze dla Colina Farrella...

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Ach, dla Colina? (śmiech)

GALA: To interesujący mężczyzna... Chyba niełatwo się oprzeć jego urokowi?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Zdecydowanie niełatwo. Potwierdzam.

GALA: Od dłuższego czasu byłaś związana z pewnym producentem z branży muzycznej. To nadal wybranek twojego serca?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Już nie.

GALA: A więc to są te przewartościowania…

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Również (śmiech). Proszę, jak łączysz fakty… Kiedy ma się czas na przemyślenia, sprawy same się układają.

GALA: W Polsce pisze się, że jesteś związana z Colinem…

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie skomentuję tego, nie mówię o sferze prywatnej. Ale jest w moim życiu mężczyzna.

GALA: Jesteś szczęśliwa?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Jestem.

GALA: Co jeszcze zmieniłaś?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Uspokoiłam się, nabrałam dystansu do kariery, bo łatwo można dać się wmanewrować w wyścig. Nie mówię, że się dałam. Ale zrozumiałam, że nie warto.

GALA: Po swoim pierwszym pobycie w Cannes reżyserka Małgorzata Szumowska mówiła, że za nic nie chciałaby znaleźć się wśród tych, którzy osiągnęli sukces i panicznie boją się go utracić. A teraz, gdy sama znalazła się w tej grupie, przyznaje, że strach jest nieunikniony...

 

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Wśród aktorów jest to jeszcze bardziej wyraźne. Mówię to z obserwacji w Hollywood, nie osobistej, bo nie obracam się wśród tzw. elite.

GALA: To wynik okoliczności czy wybór?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Wybór. Presja powodowana jest pieniądzem, tym, czy ostatni film z danym aktorem zarobił, czy nie. I czy z innym aktorem zarobił więcej. Bo jeśli tak, tamten ma większą szansę na lepszą rolę. Dlatego to się nazywa show-biznes. Więc ten strach, presja to kwestia wyboru. Czy masz ważniejsze priorytety niż ten, by należeć do elite i zarabiać duże pieniądze. Czy piszą o tobie w prasie albo czy twoje nazwisko pojawia się jako pierwsze na Google. Znam wielu aktorów, którzy osiągnęli wielki sukces, a zachowali spokój ducha i dystans do tego, co robią. Pozwala na to przede wszystkim rodzina. I to jest wartość, a nie blichtr i tymczasowy sukces, jaki można odnieść w Hollywood. Bo on jest tylko chwilowy.

GALA: Jak oceniasz swoją sytuację w tym mieście? Stać cię na dobre życie?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Nie. Jestem w drodze. Cieszę się, że udało mi się zagrać w paru ciekawych filmach. Miałam propozycje wystąpienia w filmach komercyjnych, a co za tym idzie, wysokich gaży. Ale w karierze kieruję się czymś innym niż tym, czy film będzie popcornowym hitem. W Polsce może się wydawać, że stawki w Stanach są znacznie wyższe. To prawda, ale gdy jest się aktorem na topie. Moje zarobki są porównywalne do polskich, a może nawet mniejsze.

GALA: Czy amerykańska prasa, która pisała o tobie, dostrzega inne polskie aktorki? Wiele o swojej amerykańskiej karierze opowiada na przykład Izabella Miko.

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Przyznam, że ostatnio nie zdarzyło mi się czytać o polskich aktorach, ale nie jestem na bieżąco z prasą amerykańską. Pamiętam, że kilka lat temu zetknęłam się z nazwiskiem Dagmary Domińczyk, która grała wówczas w jednym z ciekawszych seriali. Czasem zwracają się do mnie młodzi ludzie, którzy marzą o karierze. Pytają, czy powinni wierzyć w siebie, czy warto. Oczywiście, warto! Bo jak sama w siebie nie uwierzysz, to kto w ciebie uwierzy?! Powtarzam to sobie, bo i mnie zdarza się w siebie wątpić.

GALA: A przecież ostatni rok był dla ciebie bardzo dobry. Prócz „Ondine” zagrałaś we „Friendship”, dostałaś też główną rolę słynnej malarki Artemisii von Rach w „The Absinthe Drinkers”, gdzie wystąpisz obok Tima Rotha…

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: To prawda. Artemisia to wspaniała postać. Zdjęcia są zaplanowane na listopad. A we „Friendship” (producentem jest Til Schweiger – przyp. red.), nostalgicznym komediodramacie niemiecko-amerykańskim w reżyserii Markusa Gollera, zagrałam Amerykankę, która spotyka dwóch młodych Niemców podróżujących przez Amerykę. Z jednym z tych aktorów grałam dziewięć lat temu w swoim pierwszym niemieckim filmie „Z miłością nie wygrasz”. Wtedy się przyjaźniliśmy. Ku mojej radości okazało się, że przyjaźń przetrwała.

GALA: Znalazłaś się też w rankingu Tccandler.com, jednego z amerykańskich portali internetowych, w gronie stu najpiękniejszych kobiet świata. I to z wysoką, 26. lokatą. Wyprzedziłaś wiele gwiazd, nawet Scarlett Johansson!

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Ach, wyprzedziłam! Tak strasznie się ścigałyśmy ze sobą i teraz ona na pewno z tego powodu jest wściekła (śmiech). To naciągany sukces. Podobnych rankingów są tysiące i jestem pewna, że w wielu w ogóle mnie nie ma. Ale miło, że ktoś mnie uznał za atrakcyjną osobę.

GALA: Co jeszcze się u ciebie zmieniło?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Mieszkanie. Przeniosłam się do West Hollywood. W zamian za luksusy, jak klimatyzacja, ochrona, kamera i pralka w mieszkaniu, mam dobry klimat i ładny widok. Mieszkanie jest małe, ale za to z pięknym ogrodem i fontanną. Zbudowano je w stylu starohollywoodzkim: wysokie półkoliste okna, parkiety, łazienka, jak z domku dla lalek. A w przyszłości mam nadzieję zapracować na mały domek w stylu hiszpańskim.

GALA: Czy znajdujesz jeszcze czas na studiowanie psychologii na uniwersytecie w Los Angeles?

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: W tej chwili nie, mam urlop dziekański. Na tej uczelni przerwa może trwać ponad rok. Ale wrócę tam na pewno.

GALA: Nie myślisz o powrocie do Polski? Miałabyś gwiazdorski status, okładki, bankiety…

ALICJA BACHLEDA-CURUŚ: Ale ile okładek można zrobić? Co daje chodzenie na bankiety? Dlatego właśnie mieszkam w Stanach (śmiech). Mówię to pół żartem, pół serio. To przyjemne życie, mimo wszystko dość komfortowe. Nie ma dla mnie znaczenia, gdzie będę mieszkać, bylebym mogła kontynuować swoją ścieżkę. A z Polski nie wyjechałam do końca. Wciąż wracam.