ANDRZEJ GRABOWSKI Uwielbiam tylko małe kobiety

Udostępnij

Znaki szczególne: dystans, błyskotliwość, dobre maniery. Nie ogląda się za kobietami mierzącymi ponad 175 cm. Obecnie zajęty budową domu. Koniecznie z basenem, bo „gimnastyka przyda się każdemu”. Jest jednak pewien problem: do tego domu nic nie czuje. „Gali” mówi o tym, jak córki zareagowały na nową kobietę w jego życiu.

ANDRZEJ GRABOWSKI Uwielbiam tylko małe kobiety

GALA: Skąd pan wraca? Taki pan podekscytowany!

Andrzej GRABOWSKI: Proszę pani, dwa lata temu kupiłem grunta. Przypadkowo. Z powodu małej asertywności. Kiedyś palnąłem coś bez zobowiązań, a takich ogłoszeń wydaje się z siebie, jak pani wie, dziesiątki, że kupiłoby się samolot albo wyspę. Powiedziałem, że kupiłbym ziemię. Tak więc kupiłem dosyć dużo ziemi i zacząłem budować domek.

GALA: Mały domek?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Drewniany, gontem kryty. Są garaże, trzy łazienki, kominek, basen. Dom na wzór dworku klasycznego. I do tego domek gospodarczy.

GALA: I co pan czuje?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Nic, właśnie o to chodzi, że nic.

GALA: W którym domku pan zamieszka?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Na razie w gospodarczym przespałem jedną noc i zmarzłem. I nic takiego nie czuję.

GALA: Pudzian mieszka podobno w gospodarczym, bo w mniejszym czuje się mniej samotny.

ANDRZEJ GRABOWSKI: Gdy mój znajomy polityk był we Włoszech, kręciłem tam akurat film. Mieszkał w hotelu, gdzie przydzielono mu wprost królewskie apartamenty. Nigdy w życiu wcześniej w takim nie byłem. Po kolacji mówi do mnie: „Słuchaj, w moim mieście miałem M3. Jak mnie tutaj tak rzucą w te wszystkie apartamenty, to jeszcze pół biedy, jak jestem z żoną, ale jeśli jestem sam, to łażę po tych pokojach, aż wreszcie biorę sobie krzesło i idę do łazienki posiedzieć”.

GALA: Może od razu niech pan sobie przysposobi którąś łazienkę.

ANDRZEJ GRABOWSKI: Będę miał swój gabinet i pewnie w nim będę sobie siedział.

GALA: Po co więc reszta domu? Gdzie jest granica posiadania?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Nie wiem. To chyba granica ludzkiej głupoty. Co innego, jak to wszystko jest na etapie planów, a projektant roztacza wizję. Myślałem sobie mniej więcej tak: „Tak, a tutaj jeszcze to i tamto, a tam basen będę miał. Basen? Ładnie, ładnie, gimnastyka się przyda. A dlaczego nie trzecia łazienka?”. I tak coraz więcej, więcej, a potem nagle trzeba to zrealizować, mało tego, urządzić, mało tego – zamieszkać!

GALA: Mało tego, żyć.

ANDRZEJ GRABOWSKI: Mało tego, umrzeć. A potem już tylko wyprowadzenie zwłok nastąpi.

GALA: Przecież pan nie boi się śmierci?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Nie. Seneka mówił, że człowiek nie boi się śmierci, tylko myśli o śmierci. I to prawda. Epikurejczycy twierdzili, że śmierci nie ma się co bać, bo żywych nie dotyczy, a umarłym już nie przeszkadza. I to też jest prawda.

GALA: Najsmutniej jest tym, którzy zostają. Na moim pogrzebie mają więc słuchać Kazika Staszewskiego, a na pańskim?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Louisa Armstronga „What a Wonderful World”. Przyjemnie im będzie, nie? To ładna piosenka. Albo na złość dziadom można zrobić i puścić im klarneta. Niech ryczą i żałują: „Boże, a przecież mógł jeszcze pożyć. A jeszcze parę dni temu widziałem go w restauracji. Zupę jadł. Rosół zamówił, zdaje się, bo widziałem, jak mu makaron tak wisiał”...

GALA: To rosół był, bo z łyżki kapało ciurkiem...

ANDRZEJ GRABOWSKI: Jak wychodził z restauracji, to się potknął i powiedział: „przepraszam”. I ktoś mu powiedział: „nie szkodzi”.

GALA: Nie był zły. I patrz, już go nie ma.

ANDRZEJ GRABOWSKI: Czy ja pani mówiłem tę anegdotę? Chyba tak. A jeśli nie, to opowiem. Bo jest piękna i niezmiernie prawdziwa, i, jak by to powiedział Jan Peszek, dojmująca. W latach 80. ktoś ukradł mi mleko spod drzwi, co się często zdarzało, sam też innym mleko kradłem. Kupić się wtedy nie dało. Przychodzę do teatru i mówię, że nie mam mleka dla malutkiej Zuzi. Stasiu Jędrzejewski, aktor z Teatru Słowackiego, mówi wtedy do mnie: „Idź do mnie, chłopie, to ja ci dam to mleko, bo mam”. Poszedłem. I tak siedzimy. On mówi nagle: „Wiesz, zdaję sobie sprawę, że nie jestem wielkim aktorem, ale w młodości to ja naprawdę grałem. Jak Bronisław Dąbrowski, wielki polski reżyser, przyszedł do Krakowa i robił »Trzy siostry«, to tuż przed premierą wydawało mi się, że po niej cały świat się zmieni. Dla mnie to był bóg, ten Dąbrowski. Jak Zosia Jaroszewska, wielka aktorka krakowska, moja bogini, tańcząc podpita na stole w nocnym lokalu Feniks, powiedziała do mnie: »Mów mi Zosiu«, myślałem, że zwariuję ze szczęścia. To byli bogowie. I wiesz, co?”. A ja, niezmiernie zaciekawiony, dopytuję Stasia: „I co? I co?”. „No i umarli”. Na tym skończył opowiadanie. Bardzo dużo przymiotników określało stan, w który popadłem. Bo to jest prawda. Gdy co roku na Wszystkich Świętych odwiedzam groby krewnych, idę też zawsze na grób Dąbrowskiego czy Jaroszewskiej. I zastaję tam świeczkę z szarfą z ZASP-u, drugą malowaną od Ani Dymnej. I ja dołączam swoją. I to właśnie byli ci bogowie. Kochani, uwielbiani. Teraz pali im się pięć świeczek.

GALA: Gdyby została panu ostatnia doba życia, to co by pan zrobił?

 

ANDRZEJ GRABOWSKI: To byłoby chyba coś okropnego, zdawać sobie sprawę, że każda minuta mnie do tego zbliża, mimo że każda minuta i tak mnie do tego zbliża. Jednak brak wiedzy na temat tego jest chyba największą pociechą. Nie wyobrażam sobie, że liczę minuty, bo prawdopodobnie liczyłbym te cholerne minuty. Może gdybym był zdołowany, to upiłbym się do nieprzytomności, żeby zapomnieć. Albo zażyłbym tabletki nasenne i umarł podczas snu. Tym sposobem nie wpadłbym na to, by popełnić samobójstwo. Myślałbym też o dzieciach i bliskich.

GALA: Oddałabym organy.

ANDRZEJ GRABOWSKI: Ja też, choć wiele z nich pewnie się już zużyło, wie pani? Wątrobę dałbym koledze, a lewe oko koleżance.

GALA: A prawe?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Wrogowi, bo niedowidzę.

GALA: Pan bardzo lubi życie czy tylko trochę?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Mam raczej naturę Greka Zorby, który potrafi tańczyć i śmiać się nawet po katastrofie. Tak, na pewno mam tego Greka Zorbę w sobie. Niedawno przypomniałem sobie dowcip sprzed lat i nabrał dla mnie głębszej wartości. Na plaży leży sobie Murzyn, podchodzi do niego biały i pyta: „Czemu leniu, Murzynie, leżysz na tej plaży i nic nie robisz? Tam są krzaki, urwałbyś sobie kijek, znalazłbyś szpilkę. Powiązałbyś to, robaka doczepił i złowiłbyś sobie rybę. Sprzedałbyś ją i kupił wędkę. Na nią złowiłbyś wiele ryb. Sprzedałbyś je i kupił wiele wędek. Złowiłbyś wiele ryb, sprzedałbyś je i kupiłbyś sobie łódkę i sieci. Zacząłbyś łowić mnóstwo ryb i kupiłbyś kuter. Zaangażowałbyś ludzi, zaczęlibyście łowić więcej ryb i założyłbyś całą flotę rybacką. I ludzie by na ciebie pracowali, a ty byś sobie leżał na plaży. Na co Murzyn mówi: „A co ja teraz robię?”.

GALA: Czuje się pan uwikłany w błędne koło?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Czasem wydaje mi się, że zapieprzamy w tym życiu po to, żeby osiągnąć moment, w którym już dawno byliśmy.

GALA: Co się najbardziej liczy?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Cóż więcej możemy osiągnąć oprócz szczęścia? A przecież ono nie zależy od tego, czy mamy flotę rybacką.

GALA: A od czego?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Gdybym potrafił pani odpowiedzieć na to pytanie, pewnie potrafiłbym być człowiekiem szczęśliwym. Nie mówię, że jestem nieszczęśliwy, ale ja również przeżywam wszystkie możliwe frustracje ludzkie.

GALA: A kiedy pan czuje takie wielkie, ogromne „ach”?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Życie, miłość, śmierć. Cóż jest banalniejszego i jednocześnie najważniejszego w życiu? Nic. Może jeszcze wiara. Ludzie są szczęśliwi, kiedy dotyka ich to tzw. uczucie wyższe, czyli ekstaza związana z wiarą. Byłem bardzo religijnym dzieckiem i ministrantem. Nadal jestem wierzący, ale nie aż tak, nad czym ubolewam, bo ta analiza i zastanawianie się nad wiarą i religią – jedną, drugą, trzecią, czwartą, sprawia, że człowiek dochodzi do wniosków, do których nie chciałby dojść.

GALA: Do jakich pan doszedł?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Że to wszystko może być bujda wymyślona przez ludzi dla ludzi. Gdy słucham lub czytam wielkiego kosmologa, księdza Michała Hellera, który mówi, że potrafi pogodzić tę swoją wspaniałą wiedzę na temat kosmosu z wiarą – i to wiarą katolicką – jestem pełen podziwu. Jeżeli człowiek potrafi oddzielić zwątpienia od momentów czystej wiary, to nawet jestem pewien, że potrafi być szczęśliwy. Bo człowiek potrafi być szczęśliwy, kiedy naprawdę kocha. I czuje się kochany. No bo kochać i nie być kochanym to...

GALA: A pan?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Chyba tak. Jestem szczęśliwy. Tylko że ta natura ludzka jest okropna. Gdy kończyłem studia, w moim pierwszym mieszkaniu za szafę robiło pudło po telewizorze, a pożyczony od kolegi materac musiałem dopompowywać każdej nocy, bo powietrze z niego uciekało. Gdybym wtedy wyobraził sobie, że mam samochód i mieszkanie... „Boże, Boże, jaki ja jestem szczęśliwy” – tak chyba bym postękiwał. Tak więc szczęściem nie jest to, że mam mieszkanie na 27. piętrze i buduję dom. Szczęście jest w nas. Nigdzie indziej. Tak samo jak ciepło.

GALA: Pan jest ciepły?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Nie mam zielonego pojęcia. Moje wyobrażenia o sobie mogą być mylne. Wydaje mi się, że potrafię ocenić, że coś złego robiłem, że skrzywdziłem. Nawet nie myśląc, że krzywdzę. Zwykle to są sprawy związane z miłością. Z byciem ze sobą. Nie ma we mnie jednak premedytacji. Wobec tego uważam, że postępuję dobrze, ale ja nie mogę tego przecież obiektywnie ocenić. Jestem przekonany, że Hitler w swojej chorej etyce był pewien, że zbawia świat, że wreszcie będzie fantastycznie. Nie chcę go tłumaczyć, ale wiem, że oceniamy różne postawy bardzo subiektywnie. W ogóle jakie my mamy prawo oceniać innych? Od trzydziestu paru lat znam Bogusia Sobczuka (aktor skazany w ubiegłym roku na dwa lata więzienia; w tym roku wyrok uchylono i sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia – przyp. red.), oskarżonego, według mnie niesłusznie, o pedofilię. Potrafi słuchać i pięknie mówić. Odsunięty teraz od wszystkiego, żywi się latem owocami, a teraz tym, co latem uzbiera. Po rozmowie z nim czuję się, jakbym wyszedł od psychoterapeuty. Wie pani dlaczego? On nigdy nie ocenia.

GALA: Jak córki zareagowały na pańską przeprowadzkę z Krakowa do Warszawy i związek z inną kobietą?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Młodsza miała wtedy 12,5 roku i nie bardzo wiedziałem, jak z nią na te tematy rozmawiać. Ale Zuzia miała już wtedy ponad 20 lat. Powiedziała: „Nie rozmawiajmy o tym, ja nie chcę zastanawiać się teraz, kto ma rację. Nie chcę tego oceniać”.

GALA: A dla pana to był szok?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Dla osób w środku to nie dzieje się z dnia na dzień. Stało się, jak się stało. Nie mnie oceniać, czy to dobrze, czy nie. Taki jest następny etap mojego życia. Nie chcę o tym więcej opowiadać.

 

GALA: Jaka jest kobieca kobieta?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Ponieważ jestem dość dużym mężczyzną, szczególnie teraz, gdy się rozrosłem, całe życie lubiłem małe kobiety. Po prostu. Na małą zwrócę uwagę. Mówię tylko o kwestii podobania się. Nie o tym, że chciałbym być z taką kobietą, bo wtedy trzeba ją znać, zakochać się i przeżyć miłość. Wtedy traci znaczenie, czy ona jest gruba, ładna czy brzydka. Liczy się coś innego. Nie mówię, że nie zakochałbym się w dużej kobiecie, ale jeśli ma powyżej 175 cm, to się już dalej nie patrzę. Chyba że muszę.

GALA: A męski mężczyzna?

ANDRZEJ GRABOWSKI: Może nie wyglądam, ale cenię sobie takie ogólne pojęcie bycia dżentelmenem, że ktoś potrafi się zachować. Boję się takich, którzy są nieobliczalni. Wie pani, jaka jest różnica pomiędzy dobrze wychowanym człowiekiem a dżentelmenem? Dobrze wychowany człowiek, wchodząc do damskiej toalety przez pomyłkę i widząc kobietę w środku, mówi: „Przepraszam panią”. I wychodzi. A dżentelmen w tej samej sytuacji mówi: „Przepraszam pana”

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł