GALA: Masz tu cudowny widok. Mieszkasz na szczycie przepięknej góry. To dlatego, że osiągnąłeś top?

ANDRZEJ PIASECZNY: Wyobraź sobie: mam dwadzieścia kilka lat i odnoszę sukces. Myślałem, że wszystko musi być duże i z rozmachem. Dom miał być taki, żeby można było po nim jeździć na rowerze. Zawsze mi się marzyło, żeby mój pokój miał przynajmniej 100 metrów kwadratowych, był z otwartą łazienką, dużym łóżkiem, wyjściem na taras. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, śmieję się z siebie. Ale kiedy, po kilku latach od powstania projektu, zacząłem się przymierzać do budowy, nagle mnie olśniło. Pomyślałem: po co mi taki duży dom? I projekt został przerobiony na znacznie mniejszy. Podzieliłem go na miejsce publiczne i prywatne. Żeby przejść do części prywatnej, trzeba przesunąć ścianę z lustrami.

GALA: Alicja po drugiej stronie lustra...

ANDRZEJ PIASECZNY: Wpuszczam cię teraz do swojej prywatności... To nie jest dom wystawowy, to jest miejsce, gdzie się mieszka. Ostatnia moja płyta „Spis rzeczy ulubionych”, tutaj została w całości napisana. Przy biurku. Zamiast krzesła miałem stary fotel fryzjerski.

GALA: W całym domu pachnie surowym drewnem.

ANDRZEJ PIASECZNY: Podobno bale, z których jest zrobiony dom, przestają pachnieć po dziesięciu latach. Tu się też pali w kominkach. Ten dom pracuje.

GALA: Co w twojej pracowni robią świece kościelne?

ANDRZEJ PIASECZNY: Są elementem wystroju. Chociaż prawdę mówiąc, myślę, że świece troszkę to miejsce uduchowiają. Już sam ich widok nieco zwalnia człowieka i wprowadza jakiś znak zapytania. Bardzo lubię światło świec. Mam na punkcie światła odjazd. Oświetlenie w tym domu jest zaprojektowane tak, żeby można było sobie tworzyć różne nastroje. Za oknem jest prawdziwe pole. Dalej jest las. To jest park krajobrazowy. I wielka, wielka cisza...

GALA: A dlaczego w salonie masz kawał nieotynkowanej ściany?

ANDRZEJ PIASECZNY: Czy to jest tak, że za każdą decyzją musi stać armia argumentów? Po prostu wydawało mi się, że tak będzie fajnie.

GALA: Wytłumacz, dlaczego obok wisi pusta złota rama?

ANDRZEJ PIASECZNY: A kto powiedział, że coś musi być w tej ramie? Obok jest cieknący komin. Trochę jestem jak ten dom.

GALA: Czyli jaki?

ANDRZEJ PIASECZNY: Pełen niedoskonałości. Idealny jest tylko wzór metra w Sèvres pod Paryżem.

GALA: Ale budując taki dom, tworzysz iluzję idealnego miejsca.

ANDRZEJ PIASECZNY: Zawsze sami decydujemy, kiedy jej ulec. Rzeczywiście, ktoś z gości wpadł tutaj i powiedział: „Ale tu się można schilloutować”. Moim zdaniem chillout kończy się gdzieś 50 kilometrów za Warszawą. Tutaj to już jest zwykły odpoczynek. Jest różnica, prawda?

GALA: Jak znalazłeś to miejsce?

ANDRZEJ PIASECZNY: Kiedyś wędrowaliśmy z moją ówczesną przyjaciółką po Górach Świętokrzyskich, które są przepiękne, chociaż górale z Tatr się z nas śmieją, że tu na najwyższym szczycie kapusta rośnie. Więc kilka lat temu wędrowaliśmy po tych górach, nagle wyszliśmy z lasu na polanę, z której rozpościerał się niewiarygodny widok. Stąd do zrealizowania tego planu było wyjątkowo blisko. Ona znalazła to miejsce. Stało się to trochę poza mną. Ale też myślę sobie, że miejsca, w których osiadamy, zawsze nas wzywają. To one nas wybierają, a nie my je.

GALA: Jest jakaś legenda związana z tym miejscem?

ANDRZEJ PIASECZNY: Nie. Uważam, że ludzie szczęśliwi nie mają potrzeby tworzenia mitów. Dwa kilometry stąd urodził się Żeromski, a wcześniej przejeżdżamy koło domu Sienkiewicza. Więc po co mi legendy?

GALA: Stefan Żeromski narzekał, że tu jest „kleryków”.

ANDRZEJ PIASECZNY: A może to miejsce czeka na uwolnienie? Od „klerykowa”, od zaściankowości? To my narzucamy geograficznej rzeczywistości nasz mental. Może jestem tu, żeby odczarować to miejsce?

GALA: Nikt ze znajomych nie krytykował twojego pomysłu, żeby tu osiąść?

ANDRZEJ PIASECZNY: Moja mama, kiedy się dowiedziała, że chcę kupić to miejsce, krzyknęła: „Synu, ale obiecałeś mi, że kupisz dom nad morzem!”. Poza tym wszyscy moi znajomi zaakceptowali mój wybór.

GALA: A dlaczego nie dom w Hiszpanii?

ANDRZEJ PIASECZNY: Jestem człowiekiem, który potrafi dużą część roku spędzać w podróżach, ale nie potrafiłbym mieszkać w innym miejscu niż Polska. Jestem Słowianinem. Ludzie zbyt często szukają pozytywów za daleko od siebie.

GALA: Myślę, że wprowadzając się tutaj, przed czymś jednak uciekasz.

ANDRZEJ PIASECZNY: Jasne, że uciekam. Przed gwarem, przed natłokiem ludzkim. Tam, gdzie natłok, tam mała możliwość wyboru. Szukam przejrzystości. A tam, gdzie jest duszno i gwarno, nie ma żadnego wyboru. Gwar działa na mnie jak źle nastawiony aparat słuchowy.

GALA: Tu jest twoja samotnia?

ANDRZEJ PIASECZNY: Ależ tu jest bardzo często gwarno. Ale tylko wtedy, gdy zaproszę znajomych. To jest mój wybór, że robię własne kanapki, a nie ścigam się po nie z gośćmi na bankietach.

GALA: Jesteś uzależniony od gadżetów kuchennych?

ANDRZEJ PIASECZNY: Nie. Ale ostatnio przywiozłem całą walizkę przypraw hinduskich z Wielkiej Brytanii. I kupiłem urządzenie do obierania skórki pomarańczowej, żeby można było dodać do zupy. Takie rzeczy mnie cieszą, a nie najnowszy model kuchenki czy palnika.

GALA: Które miejsce w twoim domu jest najważniejsze?

 

ANDRZEJ PIASECZNY: Łazienka, bo zawsze czekam, żeby do niej wejść… I kuchnia, bo uwielbiam gotować. Mój ojciec robił genialny bigos i ja odziedziczyłem tę umiejętność w genach, kompletnie nie ucząc się go robić. Od Roberta Makłowicza przejąłem świetny patent na solankę rybną. Na kaca to działa świetnie. I to chyba jest rzecz, którą gotuję często.

GALA: A sprzątanie? Lubisz dbać o dom?

ANDRZEJ PIASECZNY: Uwielbiam porządek, ale nie znoszę sprzątać.

GALA: Widzę tu trochę dziwacznych drobiazgów.

ANDRZEJ PIASECZNY: Moje rupieciarstwo polega na tym, że to jest niekończąca się historia. Coś ci pokażę. To jest stara złamana łyżeczka cynowa. Znalazłem ją tu, w ziemi. Kiedy się zapomina o takich łyżeczkach, to jest się zwykłym głupcem. Można się oddawać najdroższym rzeczom i kąpać się w szampanie, tylko że to drobiazgi są najważniejsze.

GALA: Lubisz rzeczy z duszą. A fascynują cię rodzinne opowieści?

ANDRZEJ PIASECZNY: Oddaje się temu moja mama, ja jej kibicuję, bo takie historie rodzinne są genialne. Jeden z moich dziadków był zdunem na wsi pod Puławami, jego rodzony brat był rozpustnikiem i ułanem. Z kolei moja babcia ze strony mamy została przez pradziadka wykradziona nocą z domu państwa, u których służyła. Potem dziadek zapracował dobrze na rodzinę, bo był jednym z inżynierów u Hipolita Cegielskiego w Poznaniu. Pradziadkowie, kiedy wybuchła wojna, mieszkali w Legionowie pod Warszawą. O moim przywiązaniu do przeszłości może świadczyć to, że odkupiłem tę ziemię, gdzie mieszkali.

GALA: Ładnie tu, jednak wyobrażam sobie, że kiedy siąpi deszcz i hula wiatr, to depresja murowana.

ANDRZEJ PIASECZNY: Właśnie tutaj nauczyłem się szukać plusów każdej sytuacji. Pamiętam, jak zrobiliśmy z przyjaciółmi piknik rozpoczynający budowę domu. I nagle podczas zabawy okazało się, że architekt wziął z gminy nie te mapy, które było trzeba, i wszystko zostało zaprojektowane nie w tym miejscu, w którym powinno. Krew mnie zalała. Można było walczyć, przerysowywać te mapy, ale odpuściłem. Szklanka do połowy jest pusta albo pełna. Wybieram tę pełną.

GALA: Jednej rzeczy tu nie widzę: instrumentów muzycznych.

ANDRZEJ PIASECZNY: Mam pianino elektryczne w domu w Kielcach. A na ćwiczenia ze śpiewu chodzę do dziewczyny, która jest moją „trenerką”.

GALA: Ten dom to twoja duma.

ANDRZEJ PIASECZNY: I w dodatku nie jest obciążony kredytem. Na pierwszy dom, który sobie budowałem, faktycznie musiałem wziąć kredyt. Mnie wtedy gorzej szło i mocno odczułem niestabilność mojego zawodu. Przyrzekłem sobie wtedy, że już nigdy więcej nie wezmę kredytu. Raczej jestem z tych, co to najpierw upchają w skarpetę, a potem wydają te pieniądze. Wszystkim wydaje się, że postawienie takiego domu jak ten kosztowało horrendalne pieniądze. Gwarantuję, że kosztowało mniej więcej tyle co 50-metrowe mieszkanie w Warszawie. Sknerą nie jestem, ale blisko mi.

GALA: Jaka była cena psychiczna budowy takiego domu?

ANDRZEJ PIASECZNY: Żadna. Mam wrażenie, że to wszystko mnie ominęło przez ten spokój, który jest wokół. Budowa trwała około dwóch lat. Oczywiście nie wszystko szło gładko. Samych elektryków było tu kilku.

GALA: A ekologia? Brałeś pod uwagę nowe technologie, budując ten dom?

ANDRZEJ PIASECZNY: Jasne! Począwszy od tego, że sortuję odpady, ale mam też zamiar wprowadzić ogrzewanie domu energią słoneczną. Tam stoi 10 beczek na deszczówkę do podlewania ogrodu.

GALA: Twoja definicja domu.

ANDRZEJ PIASECZNY: Dom to miejsce, które nie obliguje do niczego. Miejsce, które żyje z tobą tak, jak ty żyjesz. Miejsce, w którym czasem komin przecieka, kominek dymi, dachówki czasem zwiewają. Widziałem kiedyś film o domu, który rósł, żył własnym życiem. Chcę, żeby mój tak się rozrastał. Patrzę i myślę sobie: tu by się przydała weranda, tam powinien być jeszcze jeden pokoik, żeby można było sobie maszyny do ćwiczeń postawić.

GALA: Co chciałbyś jeszcze zbudować?

ANDRZEJ PIASECZNY: Byłem kiedyś współudziałowcem klubu nocnego w Krakowie, ale ten biznes skończył się plajtą. Po tamtej historii zostało mi jednak marzenie, żeby mieć mały drink-bar. Nie zamierzam terroryzować sceny muzycznej sobą w każdym wieku.

GALA: Knajpka jako alternatywa dla kariery muzycznej?

ANDRZEJ PIASECZNY: Byłoby pięknie, gdybym za 20 lat nie musiał zarabiać na życie, tylko mieć skromną emeryturę i drink-bar.

GALA: Taras, drzewka, spacerki z psami. Nie za wcześnie na taką emeryturę?

ANDRZEJ PIASECZNY: Osiadłem tu, ale kotwica to takie urządzenie, które zawsze można podnieść. Wierzę, że najpiękniejsze jest to, kiedy godzimy się na siebie w każdej fazie naszego życia. Nie nazwałabym tego starością, lecz dojrzałością.

GALA: Na nowej płycie śpiewasz, że zdjęcia się starzeją, a my nie.

ANDRZEJ PIASECZNY: W kręgu najbliższych rzadko kiedy dostrzega się, że czas mija. Tylko zdjęcia żółkną. Kiedyś przeprowadzono badania, według których najpiękniejszy wiek, żeby wychowywać dzieci, jest po czterdziestce. Bo wtedy te dzieci rosną.

GALA: Chcesz założyć rodzinę po czterdziestce?

ANDRZEJ PIASECZNY: Ależ ja mam rodzinę. Mimo że nie mieszkamy już dzisiaj wszyscy razem. Los sprawił, że bardzo wcześnie wychowywałem dwóch ludzi, o których do dzisiaj mówię, że są moimi synami. Mam nadzieję, że oni przyniosą mi niedługo wnuki. Ale sam na ojcostwo się nie zdecyduję, bo wydaje mi się, że to potworna odpowiedzialność. Wiem jednak, że wychowywanie dzieci to nie tylko i wyłącznie zabawa, która zawsze daje dobre efekty. Myślę, że dzisiaj lepiej będzie, jak poczekam na wnuki moich przybranych synów.

GALA: Odważnie mówisz: nie chcę mieć rodziny i mam do tego prawo.

 

ANDRZEJ PIASECZNY: Powtarzam: mam rodzinę, tylko w innym wymiarze. Wiem, że nie ma nic piękniejszego niż grupa ludzi, którzy są na tyle ze sobą związani, że jest to czyste i prawdziwe. Poza tym nie jestem dzisiaj człowiekiem samotnym. Wydaje mi się, że człowiek nie jest stworzony do tego, żeby być samotnym.

GALA: Po co ci drugi człowiek?

ANDRZEJ PIASECZNY: Żeby móc rozmawiać o wszystkim i niczym, o rzeczach nieważnych. Żeby dzielić świat między siebie. Żeby współuczestniczyć w tym, co nie do zniesienia dla jednej osoby.

GALA: Dlaczego tej osoby tutaj nie ma?

ANDRZEJ PIASECZNY: Dlatego że nie czuję potrzeby, aby uczestniczyła w moim życiu publicznym. Dzisiejsze życie jest życiem w takim tempie, że dwoje dorosłych ludzi wiedzie je coraz częściej obok siebie, a nie ze sobą. Być może dlatego nie widzisz tu innych walizek. Ale wierz mi, że one się tu bardzo często pojawiają.

GALA: Na twojej płycie jest piosenka o półprawdach. Jak to jest, kiedy mówisz półprawdy?

ANDRZEJ PIASECZNY: Kiedy byłem jeszcze w szkole średniej, często wolałem nie mówić mamie, że idę do koleżanki, na którą ona się niespecjalnie zgadza, żeby mieć spokój. Mieliśmy go oboje. I mama, i ja.

GALA: Ciężko jest żyć w świecie półprawd?

ANDRZEJ PIASECZNY: Ale ja nie żyję w świecie półprawd. Czasem jedynie ich używam. To tak jak w samochodzie: etylina napędza, a tylko czasem jakaś domieszka dodaje mocy. Wszystko jest kwestią proporcji. Myślimy o półprawdach jako o oszustwie. Ale to może być też kolorytem. Poza tym można oszukać wszystkich, ale nie oszukasz siebie…

GALA: Nigdy się nie oszukujesz?

ANDRZEJ PIASECZNY: Nie wypada mi. Bo nawet jak się jest człowiekiem o wyjątkowej skłonności do bujania w chmurach, to nie należy nigdy tej drugiej nogi odrywać od ziemi.

GALA: Co robisz na przekór nowym czasom? Bo o tym jest twoja płyta.

ANDRZEJ PIASECZNY: Przede wszystkim nie staram się ścigać z nowinkami muzycznymi . To dlatego nagrałem tę płytę z Sewerynem Krajewskim. Ten rodzaj melancholii, który on ze sobą niesie, to jest coś bardzo mi bliskiego. Mam wrażenie, że cała ta płyta to jest uśmiech do mijającego czasu. Uśmiech zgody i zrozumienia, a nie gorzki uśmiech nad tym, czego nie mamy albo co przeszło. Tym bardziej gdy śpiewa to dwóch ludzi o tak dużym poziomie nostalgii wewnętrznej. Seweryn obiecał mi, że to będzie płyta mojego życia. Zamierzam za jakiś czas rozliczyć go z tej obietnicy.

GALA: Kiedy pojawiła się u ciebie ta nostalgia wewnętrzna?

ANDRZEJ PIASECZNY: Nie pamiętam, ale mama pamięta. Kiedy się urodziłem i dano mi klapsa, mama mnie wzięła na ręce, a ja nie płakałem. Otworzyłem oczy i patrzyłem na nią. Ten płacz schował się gdzieś we mnie.