GALA: Proszę powiedzieć, jak się pan odnajduje w gabinecie rektorskim, niegdyś PWST, dziś Akademii Teatralnej w Warszawie. Rektorowały w nim same sławy. Łomnicki, Łapicki, Englert...

ANDRZEJ STRZELECKI: To świadomość lekko pesząca, onieśmielająca, ale „sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. To, że z trzech kandydatów kolegium elektorskie wybrało w demokratycznych wyborach właśnie mnie, było jednak niespodzianką.

GALA: Jest pan rektorem jakby z trochę innego rozdania niż wielcy poprzednicy.

ANDRZEJ STRZELECKI: Sam pochodzę z fantastycznego okresu uczelni. Nie było na świecie takiej szkoły, której najwyższa półka artystyczna kraju stanowiłaby jednocześnie kadrę pedagogiczną. Łapicki, Łomnicki, Śląska, Hanin, Mrozowska, Świderski, Bardini, Kreczmar. A potem studiowałem na reżyserii, gdzie wykładali Bohdan Korzeniewski, Erwin Axer, Zygmunt Hübner. Nieprawdopodobna kadra, która traktowała szkołę bardzo poważnie, godząc z nią swoje liczne obowiązki zawodowe. Moi nauczyciele działali w epoce przedkomputerowej, ale każdy z nich miał twardy dysk w głowie i pamięć nieprawdopodobną, bo co przeczytali, to im zostawało. Dziś świat jest inny, inny jest też teatr. Wierzę, że uda mi się być dobrym rektorem na te nowe czasy.

GALA: Nie przytłacza pana legenda poprzedników?

ANDRZEJ STRZELECKI: Przez 10 lat prowadziłem teatr, od 35 lat jestem częścią tego środowiska. Nie może mnie peszyć odpowiedzialność, jakiej się podjąłem. Natomiast ciekawi mnie to, co i jak będę umiał zrobić w tych medialnych czasach, tu i teraz.

GALA: Ale wie pan, że rektor to niebezpieczne stanowisko. Te śliczne studentki wypróbowujące moc swych wdzięków. Rektor Jan Englert mógłby coś na ten temat powiedzieć.

ANDRZEJ STRZELECKI: Porusza pani emocjonalno-uczuciowe aspekty funkcji rektora. To bardzo ważne, aby urzędowaniu towarzyszyło rzetelne zaangażowanie. Dyskusja z prawdziwymi uczuciami bywa zabiegiem jałowym. Oddałem szkole swoje serce już ponad 30 lat temu. Z moimi studentami płci obojga pozostaję nieodmiennie w świetnej komitywie. Piękno od zawsze towarzyszy sztuce. Niezwracanie nań uwagi byłoby bezzasadnym zubożeniem. Należy wszelako pamiętać, że dla wielu artystów piękno wewnętrzne człowieka i bogactwo natury ludzkiej są w ogóle powodem zajmowania się sztuką. Dla mnie też. Nie czuję więc żadnego zagrożenia, bo pod jego domniemaną presją żyję od wielu lat. A że są urodziwe studentki, to chyba dobrze...

GALA: Ma pan bardzo dużo pracy. Dopiero co widziałam kabaret Młynarskiego i spektakl „Pamiętajcie o Osieckiej” w pana reżyserii. Po co czynnemu artyście kolejny stołek?

ANDRZEJ STRZELECKI: W szkole powinni uczyć artyści czynni zawodowo. To ważne dla studentów, bardzo ważne dla Akademii, dla jej rangi, prestiżu. Jeśli chodzi o mnie – mój związek ze szkołą jest poważny, wieloletni i – jakkolwiek to zabrzmi – na szkole mi bardzo zależy.

GALA: Urodzony pedagog?

ANDRZEJ STRZELECKI: Lubię to. Naprawdę. W konfrontacji z młodymi ludźmi łatwiej mi się poruszać w świecie, który miejscami coraz mniej rozumiem. Ważniejsze jednak jest to, aby moje uczucie było choć w części odwzajemniane. To, że zostałem wybrany na rektora głosami głównie studentów, daje tę nadzieję

GALA: Zrezygnuje pan z grania w „Klanie” dr. Koziełły, tak wyraziście gnębionego przez małżonkę?

ANDRZEJ STRZELECKI: Nie mam powodu. Ludzie, którzy mnie wybierali, mieli świadomość mojej obecności w „Klanie”. Pani pytanie dotyczy tego, czy rektorowi wypada grać w serialu. Lista rzeczy, których nie wypada robić rektorowi, jest niezwykle długa. Nie znalazłem na niej stosownego zapisu. Proszę mi jednak wierzyć, że wiem, co wypada, a czego nie wypada robić.

GALA: Pana żona śmieje się z safandułowatego dr. Koziełły?

ANDRZEJ STRZELECKI: To sytuacja stricte zawodowa i Joasia to rozumie. Mam z tą rolą bardzo miłe skojarzenia. Posiadam bowiem w kraju całkiem spory elektorat kobiecy, który mi współczuje. I to się przekłada na to, jak jestem postrzegany.

GALA: Wypada wystąpić w reklamie?

ANDRZEJ STRZELECKI: Wspaniały szekspirowski aktor John Gielgud reklamował bank szwajcarski. Kto wie, jeśli zdarzyłoby się tak, że dzięki dobrej reklamie można by się stać mecenasem, np. zrobić coś dla szkoły, to nie widzę uchybienia. Więc nie odrzucam takiej możliwości, nawet jeśli to kontrowersyjne. Wie pani, przeciwnikami udziału osób publicznych w reklamie są na ogół ci, którzy nigdy nie dostali takiej propozycji i prawdopodobnie nie dostaną.

GALA: Gdzieś przeczytałam zdanie, które pan powiedział: „Jestem chłopcem ze Starówki”...

ANDRZEJ STRZELECKI: Bo to prawda. Całe dzieciństwo spędziłem na Starym Mieście. Tu spotykałem sąsiadów: Łomnickiego, Świderskiego, Rudzkiego, Gogolewskiego. Moi rodzice przyjaźnili się z Lengrenami, którzy jako jedni z pierwszych na Starym Mieście mieli telewizor. Z Kasią Lengren siedziałem w pierwszej klasie, w podstawówce na ulicy Zakroczymskiej, a przecież chłopiec z dziewczynką nie siadają w pierwszej ławce, ot tak, z własnej woli. W naszej klatce mieszkał aktor Makuś Łącz, ojciec Laury i piłkarz kadry narodowej. Także wdowa po Bronisławie Linkem, wspaniałym malarzu i grafiku, oraz – pode mną – scenograf Elwira Pijanowska. Na tym samym podwórku mieszkali Janusz Minkiewicz, Kuba Morgenstern, Kazimierz Brandys. Wychowałem się na Jeremim Przyborze, na którego co chwila trafiałem na Starym Mieście, co – kiedy osiągnąłem dojrzałość zawodową – często owocowało miłymi pogawędkami.

GALA: Niezłe towarzystwo zapewnili panu rodzice.

 

ANDRZEJ STRZELECKI: Jako chłopak ze Starówki zdawałem do szkoły teatralnej. Złośliwi mówią, że dlatego, bo to była najbliższa wyższa uczelnia od mojego domu. Przez podwórko szkoły muzycznej, myk, i już byłem w szkole. Dodatkowo zamotał mnie Wiktor Zborowski, z którym chodziłem do liceum Reja, gdzie mieliśmy mały kabarecik Proteza. Ciągnął mnie do Teatru Narodowego na „Kram z piosenkami”, żebym oglądał Jana Kobuszewskiego – jego wujka. Wtedy nie miałem żadnego aktora w rodzinie, więc mi strasznie imponował.

GALA: Dostał się pan za pierwszym razem?

ANDRZEJ STRZELECKI: Na aktorstwo za drugim, na reżyserię – za pierwszym, w tym samym roku, w którym ukończyłem wydział aktorski.

GALA: Rodzice nie ingerowali w pana wybory?

ANDRZEJ STRZELECKI: Uważali, że to moja samodzielna decyzja. Jakoś nie mieli wątpliwości, że poradzę sobie w życiu. Nie pamiętam, by kiedykolwiek starali się wpłynąć na moje wybory.

GALA: Rodzice „cywile”?

ANDRZEJ STRZELECKI: Absolutni, bo dziennikarze. Za to z dwóch sióstr ciotecznych jedna wyszła za Jasia Kociniaka, druga za Andrzeja Zaorskiego, więc z czasem i ja miałem w rodzinie aktorów.

GALA: Jest pan namiętnym golfistą. Rektor będzie miał mniej czasu na swoją pasję.

ANDRZEJ STRZELECKI: Od dawna widziałem, jak ważna jest logistyka, więc po prostu zamieszkałem w pobliżu pola golfowego w Rajszewie. I teraz mogę sobie wstać latem o 6 rano, po chwili być na polu golfowym, zagrać całą rundę, wykąpać się i o 8 ruszyć do pracy. A wieczorem, jak wracam, widzę kolegów, którzy zjeżdżają do domu z pola. Dzięki temu, że mieszkam tak blisko, przebieram się i jadę na pole. Zamieszkałem w Rajszewie, a w mieszkaniu na Starym Mieście mieszka moja córka.

GALA: Żona podziela pana pasję? Też wstaje o świcie?

ANDRZEJ STRZELECKI: Gramy razem. Podczas ostatniego dwutygodniowego pobytu w Stanach już o 7 rano byliśmy na polu, robiliśmy całe pole i o 9 rano wracaliśmy do domu, do dzieci. Gdyby żona nie chciała, to by nie wstawała. Ale chciała, i jest w tym coś fantastycznego.

GALA: Dlaczego akurat golf?

ANDRZEJ STRZELECKI: Uprawiam golf amatorski, rekreacyjny, na przyzwoitym poziomie, mam handicap jednocyfrowy, a takich ludzi jest w Polsce może setka. To gra, którą się uprawia dla przyjemności. Tak na świecie uważa 150 milionów ludzi. Golf ma coś takiego, że można go uprawiać do późnej starości, nie wypaczając sensu tej dyscypliny.

GALA: Jakim jest pan ojcem?

ANDRZEJ STRZELECKI: Już nie pamiętam, jakim byłem ojcem dla Joasi… Mnie się wydaje, że fajnym. Z kolei, odkąd siedem lat temu pojawił się na świecie Antoś, myślę, że byłem świetnym tatą. Zwykle jest tak, że spacery są problemem dla ojców, a ja brałem wózek z synkiem, torbę golfową na ramię i szedłem na pole. Bardzo chętnie, bardzo! Antoś codziennie na spacerze dwie godziny fantastycznie się dotleniał, a ja chodziłem od dołka do dołka.

GALA: Nie wiedziałam, że taki pan praktyczny. To się nazywa „dwa w jednym”.

ANDRZEJ STRZELECKI: Nawet mi ktoś wtedy zdjęcie zrobił i opublikował. Trudno mi więc siebie oceniać, ale jak wielu rodziców prawdopodobnie nie poświęcam tyle czasu, ile się powinno i by się chciało. Zazwyczaj z powodów zawodowych, a ja ponadto dlatego, bo jestem kibicem i nocami oglądam ligę angielską. Oni tam naprawdę dobrze grają.

GALA: A jakim będzie pan rektorem? Ostrym, zasadniczym?

ANDRZEJ STRZELECKI: Takim, jakim jestem człowiekiem. Podczas 10-letniej pracy w Teatrze Rampa jako dyrektor zdenerwowałem się raz. Z bezradności. Byliśmy ze „Złym zachowaniem” i z „Czerwonym stoliczkiem” w kilkudziesięciu krajach. Graliśmy dla frankojęzycznej publiczności, w samej Francji z 80 razy. I nagle natrafiłem na mur zwykłej ludzkiej niewdzięczności, czego w ogóle nie brałem pod uwagę. Kopnąłem w popielniczkę, która stała obok, jako upust energii, coś do zespołu powiedziałem, wyszedłem do gabinetu. Ponieważ ten rodzaj zachowania wystąpił po raz pierwszy po paru latach bycia razem, dało to zespołowi do myślenia. Wyjechaliśmy zgodnie z planem i... wszystko było dobrze.

GALA: Przymierzał już pan togę rektorską i biret przed lustrem? Twarzowe?

ANDRZEJ STRZELECKI: Na innych uczelniach przebieranie się to część ceremoniału. Dla aktora, który się co chwila za kogoś przebiera, to co innego. Rektorzy Łomnicki, Łapicki, Englert nie wkładali stroju, bo wyglądaliby jak w kostiumie ze sztuki, ale zdaje się, że jako gość, podczas otwarcia roku akademickiego na innych uczelniach będę musiał się przebrać. Jeszcze nie mierzyłem, ale wygląda na to, że je włożę. Pewnie każdy w tym wygląda głupawo, ale jest w tym coś fajnego. Konserwatywnego w dobrym tego słowa znaczeniu. A ja jestem trochę konserwatywny, bo miałem wspaniałych nauczycieli z innej epoki, z innego czasu. Kosiński, Axer, Bardini, Korzeniewski, Rudzki, Łomnicki, Hübner, Jarecki, Dobrowolski, Holoubek… Wiara w ślady ich obecności w moim organizmie daje mi nadzieję na to, że będę rektorem co najmniej przyzwoitym.