GALA: Jest pan kobieciarzem?

ANDRZEJ URBAŃSKI: W 100 procentach! Jestem wielkim admiratorem kobiet. Większość moich współpracowników to panie. Od lat tak jest.

GALA: Skąd taka słabość do kobiet?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Kobiety są lojalne. Jeżeli w coś wierzą, robią to z pasją, jaka nie zdarza się u mężczyzn. Zalety współdziałania z kobietami odkryłem w Bibliotece Narodowej, gdzie trafiłem po studiach. Tam na 800 osób było 700 kobiet.

GALA: Myśli pan, że jest pan pociągający?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Nigdy tak nie uważałem!

GALA: To co jest w panu atrakcyjnego?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Może to, że potrafię słuchać.

GALA: A może pociągające jest u pana to zadowolenie z siebie? Czy jest tak, jak mówi Wojciech Mann, że „jak nas jest więcej, to jesteśmy bardziej szczęśliwi”?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Z całym szacunkiem do Wojtka Manna, brakuje mi do niego ze 40 kilo. Ta teoria w ogóle mnie nie dotyczy.

GALA: Prezesowanie to dosyć stresujące zajęcie. Jak pan sobie radzi ze stresem?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Konwencjonalnie, aż do bólu.

GALA: Czyli jak większość Polaków?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Nie, ja na pierwszym miejscu stawiam kobiety, a dopiero potem to, co większość Polaków, czyli alkohol.

GALA: Kobieta pana odstresowuje?!

ANDRZEJ URBAŃSKI: Kompletnie wyzwala. Moja żona jest pod tym względem cudem. Największą radość mam wtedy, kiedy druga osoba ma z tego dużo przyjemności.

GALA: Wygląda na to, że seks nie jest dla pana żadnym tabu.

ANDRZEJ URBAŃSKI: Owszem. Ale dla wielu ludzi w Polsce to jest temat tabu. A to dlatego, że zajmują się nim obrzydliwi faceci, którzy seks traktują głównie jako czynność fizjologiczną lub matematyczną. Zapominają, że to jest coś tak nieprawdopodobnie pięknego i nakręcającego. To dlatego moimi ulubionymi pisarzami są Iberoamerykanie. Jednym z nich jest Mario Vargas Llosa, który w „Pantaleonie i wizytantkach” pisał o paniach lekkich obyczajów. Niech to pani przeczyta, to erupcja zmysłowości!

GALA: Skoro jesteśmy przy literaturze, to słyszałam, że pan pisze?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Napisałem już kilkanaście opowiadań, z których część była publikowana w podziemiu. Dotyczą głównie relacji uczuciowych. Opisałem stan wojenny od innej strony: jak się ludzie kochają, zdradzają, nienawidzą, podziwiają. Jak potrafią być wspaniali i okrutni. Leonard Cohen był dla mnie ważniejszy niż Kaczmarski: „Jesteś w tym niebieskim prochowcu, dziewczyno. I nigdy ci tego nie wybaczę, że odeszłaś. Chociaż to jest oczywiście moja wina, że musiałaś odejść, prawda?”. Ale większość tych opowieści to są piękne historie, tam nie było nic brudnego.

GALA: To powspominajmy trochę kombatanckie czasy. Niech pan powie, jak pachnie farba drukarska?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Każda farba pachniała inaczej. Inaczej ta z powielacza w latach 80., a inaczej ta z „Expressu Wieczornego”, gdy byłem naczelnym w latach 90. Pierwsza była robiona na bazie pasty bhp do mycia rąk. Zdaje mi się, że to mąż Heleny Łuczywo (wicenaczelna „Gazety Wyborczej” – przyp. red.) opracował ten przepis. Pachniała jak szare mydło. Smród utrzymywał się na papierze dość długo. Potem zdobyliśmy pierwszą maszynę drukarską, czeskiego Cyklosa, i trzeba było stosować normalną farbę drukarską. Drukarze pracowali w niskich piwnicznych pomieszczeniach, można się było w nich nieźle podtruć.

GALA: Były wsypy?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Było wiele, ale pamiętam jedną. Przed domem mojej mamy. To było już w 1988 roku. Dwóch ubeków wychyliło się zza rogu. Nie wiedziałem, czy uciekać, czy czekać na posłańca z bibułą Ostatecznie on podbiegł, wrzucił mi do auta torbę z ulotkami. Trzy polonezy ubeckie zgubiłem, uciekając maluchem do Ursusa. To było kino! Sensacyjne!

GALA: Lubi pan skoki adrenaliny?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Adrenalina to była po akcji.

GALA: Przesłuchania, kipisze, niszczenie ważnych informacji. Przerobił pan to?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Wiele razy. Miałem dobrą metodę – ważne informacje notowałem sobie na papierkach od validolu, bo były cieniutkie jak bibułka. Przechodziły przez przewód pokarmowy bez problemu.

GALA: Przewód pokarmowy pana prezesa na tym nie ucierpiał. A co ucierpiało?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Rodzina, oczywiście.

GALA: Jak się zakładało pismo podziemne? Skąd kasa, papier, kontakty?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Początki były takie jak u Wajdy w „Ziemi obiecanej”. Przychodzi trzech facetów i mówią: „Nie mamy nic. To załóżmy pismo podziemne”. Piotrek Stasiński, obecnie wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, u mnie na werandzie wymyślił nazwę „Wola”. Byłem wtedy szefem „Solidarności” w Bibliotece Narodowej. Tam byli wspaniali ludzie, np. dwie panie z Armii Krajowej, które uczyły nas konspiracji. Albo Ula Masłowska, dziewczyna od walterowców Jacka Kuronia. Ona była moją prawą ręką, zakładała całą sieć łączników i skrzynek kontaktowych. Nieprawdopodobna dziewczyna. Albo Ola Zawłocka czy Dorota Macieja, studentki polonistyki. Maciek Zalewski miał kontakt na jednego robotnika. Przez tego robotnika zbudowaliśmy największą sieć podziemnych struktur w warszawskich zakładach pracy.

GALA: Był strach podchodzący do gardła?

 

ANDRZEJ URBAŃSKI: Moja pierwsza żona z tego powodu wyjechała z kraju. Po prostu nie mogła znieść tego wiecznego lęku. Spakowała się po tym, jak taksówkarz tą stroną, gdzie siedziałem, wjechał w ciężarówkę. Gdyby nie refleks, nie byłoby mnie już na tym świecie. A następnego dnia mój ubek, major Baczyński – zawsze mnie to rozśmieszało, bo myśmy wiązankę kwiatów zostawili po ślubie pod pomnikiem Baczyńskiego – przyszedł do niej i powiedział: „Tym razem, droga pani, nam się nie udało, ale następnym, jak mu pani nie wybije tej opozycji z głowy, postaramy się lepiej”. Był strach o kilkuletnią córkę. Dziecko na to wszystko patrzyło. Oni przychodzili o szóstej rano i wyrzucali ją z łóżka, bo było przeszukanie.

GALA: Wybrał pan konspirę zamiast żony?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Tak naprawdę wybrałem córkę, bo to z nią zostałem. Moja kilkuletnia wtedy córka Joasia weszła płynnie w konspirę. Sama wymyśliła grę, że nie będziemy używali słowa „Solidarność”, tylko „fasola”. Wiedziała, gdzie mam najtajniejszą skrytkę, i nigdy to się nie wydało. To był dla mnie najwspanialszy okres, w którym moim przyjacielem była córka. I nie była tylko córką, ale kimś, kto ze mną brał w tym wszystkim udział. Myśmy mieli opracowany system: widzę, że podjeżdża ubecja, ja za telefon, a dziecko do sąsiada. Przyjeżdża babcia i zabiera córkę.

GALA: Rozpad małżeństwa to cena za konspirę? Żona panu powiedziała: „Albo ja, albo Polska”?

ANDRZEJ URBAŃSKI: To było dużo bardziej skomplikowane. W każdym razie zamiast wieczorów rodzinnych wybrałem jaczejkę robotniczo- inteligencką, która przyjeżdżała do nas do domu na przedmieściu i knuła, popijając produkowany przez mojego ojca bimber, najsłynniejszy w podziemiu warszawskim. Było to zabawne – rozpalone głowy podejmują ważne decyzje, a ja mówię: „Sorry, idę uśpić dziecko”.

GALA: Jak córka ocenia teraz tę konspirę?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Joasia to nadal mój najlepszy kumpel, przyjaciel.

GALA: Ale nie chciała wrócić do Polski, została w Kanadzie.

ANDRZEJ URBAŃSKI: Na szczęście Polska jest wolnym krajem i córka nie musiała podejmować decyzji politycznych. Najpierw skończyła stosunki międzynarodowe, potem prawo. Została prokuratorem w Vancouverze i to od spraw najtrudniejszych, bo od zabójstw i narkotyków. W jakimś sensie można powiedzieć, że prowadziła walkę o coś ważnego. Regularnie się spotykamy. Joasia przyjaźni się z córką Anią i synem Mateuszem z mojego drugiego małżeństwa. Jesteśmy razem.

GALA: Słuchacie tej samej muzyki? Czy zatrzymał się pan na piosenkach kombatanckich z lat 70. i 80.?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Muzyka to moja pasja. Wtedy słuchało się oczywiście Kaczmarskiego, Wysockiego, Biczewskiej. Ale też Pink Floydów, Janis Joplin, Leonarda Cohena. To była niepolityczna część naszego życia. Leonard Cohen był dla mnie piewcą wolności osobistej. Opisywał relacje między kobietą a mężczyzną. A ponieważ Polska to był kraj, gdzie erotyka splatała się z polityką, odbieraliśmy go też politycznie. Proszę sobie wyobrazić, że mój kumpel, dziś poważany pan profesor w Stanach Zjednoczonych, zapytał mnie wtedy, czy on może się przespać z córką jednego z ważnych generałów. Odpowiedziałem mu: „Stary, jak to jest fajna dziewczyna, to jasne!”. Wszystko, nawet seks, miało swój kontekst polityczny.

GALA: Jak karnawał, to karnawał...

ANDRZEJ URBAŃSKI: O tym się nie mówi, nie pisze, ale to było szybkie życie na krawędzi. Poznawałeś kobietę i było trochę jak w Powstaniu Warszawskim: nigdy nie wiadomo,czy następnego dnia cię nie zaaresztują. Więc albo, kochanie, dzisiaj pójdziemy do łóżka, albo wcale.

GALA: Fajne było życie opozycjonisty. To dodawało uroku, nieprawdaż?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Fajnie było przez pierwsze cztery lata, a potem było już gorzej. Jak wszystko, to też się nudziło. Było sporo frustracji. Nigdy nie chcieliśmy być romantykami. Zaczynaliśmy jako krytycy literaccy w latach 70. od powiedzenia: „Dosyć dyktatury romantyzmu, poświęcania się ojczyźnie”. I tu nagle życie wepchnęło nas w ten stereotyp. To była ironia losu! Ale myśmy się z tego wyrywali. Żartem, słuchaniem Cohena, wódką...

GALA: Dziś chce pan jeszcze walczyć? Ma pan jeszcze jakiś bastion, który jest do zdobycia?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Teraz warto się starać, by Polskę postrzegano jako całkowicie normalną społeczność. Im więcej będzie polskich artystów, wynalazców znanych na świecie, tym Polska będzie normalniejsza. To wydaje mi się najważniejsze. Inaczej będziemy jak Zulusi. Wszyscy wiedzą wprawdzie, że istnieją, ale nikt ich nie rozumie.

GALA: Czy jest coś w pana życiu, czego się pan wstydzi?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Droga pani, to nie jest psychoanaliza. Jeszcze nigdy nie byłem u psychoanalityka.

GALA: To teraz pan będzie...

ANDRZEJ URBAŃSKI: Wstydzę się kilku epizodów w moim życiu, błędów w relacji z innymi ludźmi.

GALA: Czego pan u siebie nie lubi?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Emocji.

GALA: Dlaczego?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Dlatego że jestem zimnym facetem, który uważa, że profesja, którą wykonuję, powinna być wykonywana bez emocji. Jeżeli się posługuję czasami w występach publicznych emocjami, to one są od początku do końca wykalkulowane. Zdarza się czasami, że emocje mi się wymykają spod kontroli, i tego bardzo nie lubię.

GALA: Więc łzy, gdy Lech Kaczyński został prezydentem, też były wykalkulowane?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Nie. Były szczere.

GALA: To najsłynniejszy męski płacz ostatniej dekady.

ANDRZEJ URBAŃSKI: Wtedy byłem szczery, ale za każdym innym razem mój rzecznik patrzył na mnie i mówił: „Ale z pana zimny drań”.

GALA: Więc wszystkie pana gafy polityczne były na chłodno kalkulowane?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Oczywiście.

GALA: Żeby można było nerwowo palić papierosa i przepraszać? Jak wtedy, gdy obraził pan kardynała Dziwisza?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Kardynała Dziwisza przeprosiłem, bo w jednym zdaniu użyłem dwóch myśli, ale nadal nic nie zmieniłbym w tej sprawie. Powiedziałem, że żaden kardynał nie będzie decydował o wyborach, a powinienem powiedzieć, że demokracja to jest taki system, w którym nikt, nawet kardynał, nie decyduje o wyniku wyborów.

GALA: Jest pan zakłamany?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Są role, które trzeba umieć odgrywać. Świat demokracji jest światem ról, które się odgrywa, i trzeba to robić profesjonalnie.

 

GALA: A jak te role są w konflikcie?

ANDRZEJ URBAŃSKI: W konflikcie to można być z żoną lub z mężem.

GALA: I nigdy się pan nie pogubił?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Nie.

GALA: Jest coś takiego jak obiektywne dziennikarstwo?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Kompletna hucpa! Obiektywna może być informacja, news. Dziennikarstwo narodziło się jako zawód wyrażania poglądów. „Nienawidzę Stendhala” – pisano w pierwszych artykułach prasowych, ponieważ „ten łajdak łamie święte zasady Racine’a i Moliera”. Nie ma nic takiego jak obiektywne dziennikarstwo.

GALA: Czyli można powiedzieć, że nie ma nic takiego jak obiektywna telewizja? Za panem też idą pewne poglądy.

ANDRZEJ URBAŃSKI: Nie. Jeżeli mówię o człowieku, to nie to samo, kiedy mówię o instytucji. Teraz jestem prezesem, a nie dziennikarzem, i staram się być obiektywny.

GALA: Czy telewizja marzeń prezesa Urbańskiego to Lis i Kloss?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Tak, mniej więcej. Ale nie ma obowiązku oglądania. Jest wolny kraj.

GALA: Ile pan płaci za abonament?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Moja żona płaci. Bodajże 148 zł.

GALA: Pan uważa, że to dużo czy mało?

ANDRZEJ URBAŃSKI: To jest najniższy abonament, jaki istnieje w Europie. Za BBC płaci się, żebym nie skłamał, 147 funtów, czyli kilka razy więcej.

GALA: A pan by chciał za naszą telewizję płacić więcej? Uważa pan, że jest taka świetna?

ANDRZEJ URBAŃSKI: TVP ma większą widownię niż BBC. To widz wybiera, używając pilota. Dziewięć milionów oglądających „M jak miłość”, siedem milionów „Ranczo”, pięć milionów „Jaka to melodia?”, pięć milionów „Wiadomości”, tyle samo „Teleexpress”. To chyba nie jest źle?

GALA: Bywały w pana życiu okresy bezrobocia. Jak pan to znosił?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Byłem dwa razy bezrobotny. Pierwszy raz jest oczywiście dużo bardziej bolesny, bo człowiek nie jest do tego przyzwyczajony. Pamiętam, że zrobiłem wtedy stół ogrodowy. Taki, który służył nam przez 15 lat. Wyheblowałem go, pokryłem żeglarską farbą. A poza tym obejrzałem na bezrobociu kilkaset filmów na wideo.

GALA: Dopadła pana depresja?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Na depresję chyba jestem impregnowany.

GALA: Pochodzi pan z prawobrzeżnej Warszawy. Czy jest coś takiego jak etos praski?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Jest. Praga nie była zniszczona w czasie wojny i była to dzielnica wielonarodowościowa Jak ktoś nie był z Warszawy, to tam czuł się dużo lepiej niż po lewej stronie. Tu znajdował ludzi, którzy też byli jakby wykluczeni. Jestem być może ostatnim, który to czuje. To jest etos ludzi gorszych, z gorszej dzielnicy, którzy w związku z tym mają określony stosunek do ludzi z lepszych dzielnic.

GALA: Czyli jaki? Lekko zaczepny?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Zaczepny, ale nawet nie lekko. W mojej młodości nie było różowo. Każda wyprawa na dyskotekę kończyła się tym, że trzeba było kogoś nasmarować albo samemu dostać.

GALA: Czy jest w panu jeszcze ten zaczepny chłopak?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Jest, rzeczywiście są takie sytuacje, kiedy budzi się we mnie chłopak z Pragi. Szczególnie jeśli ktoś jest niekulturalny wobec kobiet. Nie znoszę zadufków, pozorantów, picerów! Rzeczywiście, wtedy dochodzi do spięć.

GALA: Pana dziadek był dekarzem, tata – mechanikiem samochodowym, mama – pielęgniarką, a pan został polonistą. Z czego chciał się pan doktoryzować?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Z okupacyjnej Warszawy. Sporo opublikowałem na ten temat. Ale doktoratu już nie zdążyłem obronić, bo wybuchła wolność i zostałem posłem. Czyli zająłem się największą i najnudniejszą harówką mojego życia.

GALA: Za czym pan tęskni?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Za moją ukochaną żoną, za dwiema suczkami i sześcioma kotkami. Dzieci są już w takim wieku, że nie należy za nimi tęsknić.

GALA: A co pana pcha do przodu?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Potrzeba usensowniania tego, co jest bez sensu. W telewizorni jest tyle rzeczy bez sensu, że człowiek mógłby stąd nie wychodzić. To jest cudowne zajęcie. Jeszcze lepszym zajęciem, najlepszym, jakie w życiu robiłem, jest budowanie dróg. Robiłem to w warszawskim ratuszu. Odpowiadałem za drogi i mosty.

GALA: Co panu w życiu nie wyszło?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Nie skończyłem doktoratu. Nie napisałem ostatnich trzech rozdziałów. A wszystko inne mi wyszło. Mam troje dzieci, cudowne życie, pasjonującą pracę i mnóstwo przyjaciół.

GALA: Czego nauczyły pana dzieci? Co pan od nich dostał?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Od pierwszej córki dostałem miłość i przyjaźń. Od syna poczucie, że jest przedłużenie rodu. A od najmłodszej córki euforię emocji. To jest prawdziwy tajfun. Mam w domu dwoje nastolatków. Żona i troje dzieci to moje największe oparcie.

GALA: Jak pan pacyfikuje bunty okresu dojrzewania?

ANDRZEJ URBAŃSKI: W ogóle nie pacyfikuję. Bunt jest przyrodzonym prawem każdego człowieka, dziecka też.

GALA: Lubi pan buntowników? Takich w stylu Hanny Lis?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Bardzo lubię Hannę Lis.

GALA: A jak był pan dzieckiem, to o czym pan marzył?

ANDRZEJ URBAŃSKI: Najpierw chciałem być pianistą, a potem, mając sześć lat, wygrałem konkurs znajomości „Trylogii” Sienkiewicza. Od tamtej pory marzyłem, żeby zrobić to samo, co zrobili bohaterowie Sienkiewicza – zmienić Polskę. Wszystko to mi się udało.

GALA: Ale Sienkiewicz to mitoman! Nie przeszkadza to panu?

ANDRZEJ URBAŃSKI: I co z tego! Ale jaki inspirujący!

GALA: Jak pan się widzi za dziesięć lat?

 

ANDRZEJ URBAŃSKI: Widzę siebie jako bardzo rześkiego, młodego człowieka! Zawodowo mam w planie kilka książek. Kończę teraz pisanie o mediach w Polsce i nie tylko. I już zacząłem prace nad książką o 1989 roku. Nie historyczną, raczej o tym, co się wtedy stało, tak naprawdę.

GALA: To świetne zajęcie, gdy już pan nie będzie prezesem telewizji. Lepsze niż robienie stołu.

ANDRZEJ URBAŃSKI: Oczywiście! Będę siedział u córki, na jakiejś wysepce na Pacyfiku i pisał, pisał, pisał...