GALA: Panie Andrzeju, po wydaniu pańskiego wywiadu rzeki i zdjęciach z Weroniką Rosati znów piszą o panu: „Skandalista”...

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Mamy taką narodową cechę, że najchętniej byśmy komuś przyp..., powiedzieli coś na „nie”. Skandalista w moim języku to ktoś, kto chce wywołać skandal, żeby dzięki niemu przedrzeć się do powszechnej uwagi i coś na tym zyskać. W tym sensie nie jestem skandalistą. Przez siedem lat żyję w tym domu, który pani zna. Bardzo na boku. Właściwie stąd nie wychodzę, nie udzielam się. Jeżeli coś robię, to za granicą, bo tam wychodzą moje filmy na DVD, tam organizowane są retrospektywy. Pierwsza w Polsce odbyła się w lipcu na festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Więc jaki ze mnie skandalista?! Siedzę w swoim życiu, które pani nieraz opisywała i dobrze wie, jak ono wygląda. Ale są ludzie, którzy żerują na życiu innych, skoro prawo u nas tego nie zabrania. Jeżeli człowiek cokolwiek zrobi w miejscu publicznym i zostanie sfotografowany, trudno. Mój wywiad ma 525 stron, ale większość tych, którzy go recenzują, zachowuje się jak gawrony dziubiące w wielkim cieście – zajęli się wyłapywaniem robaczków. To są marginałki. Słowom towarzyszyły różne gesty, czasem śmiech, a tekst tego nie oddaje. Wolałbym, żeby np. o biuście wspaniałej Beaty Tyszkiewicz mówiono z uśmiechem, a nie serio...

GALA: Że zastępuje jej talent?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Właśnie. Wszystko w tej książce jest szczere. Jako człowiek, który mówi to, co myśli, bez ogródek, czuję się dobrze. Natomiast żałuję, że dziennikarze, najczęściej młodzi ludzie, nie chcą niczego się dowiedzieć, nauczyć od kogoś starszego, kto dużo przeżył. Wolą wydłubywać te „smaczki”.

GALA: Również te z życia...

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Dotknęło mnie, że osoby zainteresowane sprawą Weroniki zaczęły mówić nieprawdę. Kłamać. I wtedy sobie pozwoliłem na coś, czego nigdy nie robię: gdy przeczytałem oficjalne oświadczenie rodziny młodej aktorki podpisane przez tę młodą aktorkę, co mnie zresztą mocno zaskoczyło, jedyny raz się odezwałem.

GALA: Oświadczenie było iście prezydenckie. Czy o tak intymnych sprawach jak zakończenie znajomości między dwojgiem dorosłych osób jedna z nich musi aż informować publicznie?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Nie jestem w stanie tego pojąć. Zadziwia mnie, gdzie się to deklaruje, z kim rozmawia i dlaczego. I że się uważa, że to jest właściwa trybuna, gdzie będzie się deklarowało różne rzeczy. To mnie rzeczywiście bardzo ubodło, sprawiło wielką przykrość. Ale ponieważ uczucie nienawiści jest mi obce, nawet się nie gniewam. Staram się zrozumieć wszystkich, więc coś tam rozumiem. Ale to akurat źle świadczy o tych ludziach.

GALA: Mówi pan o rodzicach Weroniki? Uważa pan, że matka niszczy Weronikę?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Nie chcę się wdawać w detale. Dziennikarza, który po jej oświadczeniu zadzwonił do mnie, zapytałem tylko, czy widział włoski film „Bellissima”? Nic więcej. Anna Magnani w roli matki z obłędnej miłości do córki pcha ją do kariery i chce, żeby cały świat uznał, że jest najpiękniejsza. W ten sposób totalnie demoluje córkę. Bo „wkłada” ją w sytuacje, miejsca, ręce, które są nieczyste. Ale nie jest tego świadoma, myśli, że robi dobrze.

GALA: Już wcześniej miał pan do czynienia z przypadkiem matki dbającej o karierę córki. Magda Schneider, jak pan mówi w wywiadzie rzece, „wpychała swoją córkę Romy do łóżek producentów filmowych od 13. roku życia

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Może nawet wcześniej. Różnica jest taka, że kariera nigdy nie była celem Romki. Może dlatego właśnie, że miała przed oczami przykład matki i może dlatego, że matka ją wykorzystywała. Romkę chcieli w filmach, bo była zdolna, miała piękną twarz i wspaniałe oczy. Była szalenie, w najfajniejszy sposób kobieca. I dlatego myśmy się ogromnie przyjaźnili. W czasie kręcenia „Najważniejsze to kochać” wolała mieszkać u nas, z Małgosią Braunek i naszym synkiem, w małym mieszkaniu, i spać w przedpokoju na polowym łóżku, a nie w swoim pałacu na drugim końcu Paryża. To był fajny człowiek. I tym się różni od wielu naszych karierowiczów, że rozmowa o karierze była dla niej pustosłowiem. Jestem dobra, chcą mnie, to gram. Ale nie mitologizuję tego, nie kłamię ani nie opowiadam bzdur. Po prostu jestem.

GALA: Matka pana przyjaciółki pcha córkę do kariery?

 

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: A w jakim innym celu tak działa?! Mam trzech synów i staram się ich wychować dobrze, zupełnie odwrotnie niż w tym przypadku. Jedyne kłótnie z Zośką (Sophie Morceau, była partnerka Andrzeja Żuławskiego – przyp. red.) są o to, że rozpuszcza naszego syna Wincentego. Siłą rzeczy, bo ma rozlatane życie, podróżuje, zmienia partnerów, ma potrzeby rozwojowe. Nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo trzeba uważać, żeby dziecko nie zwariowało. Kiedy Wincenty był tu w zimie, dzielił czas pomiędzy mnie i matkę, która mieszkała wtedy w luksusowym hotelu. Kiedyś pokazałem mu ceny w tym hotelu, np. befsztyk za 148 zł. „Czy ty wiesz, ile to jest w Polsce dla normalnego człowieka?”. A on na to, niestety, lekko zmanierowany: „Cóż cię to obchodzi, ty nie płacisz”. Ale ja wiem, ile to jest, i wczuwam się w tego, którego na to nie stać. Dlaczego o tym mówię? Żeby pokazać, że można postępować niewłaściwie, myśląc, że dziecku się robi dobrze. Z jednej strony pozwalać mu na wszystko, a z drugiej nie pozwalać na nic.

GALA: Weronika jest jednak swoim rodzicom wdzięczna, co wyraża w wywiadach, za ich miłość.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Mówi nawet o miłości bezwarunkowej. A to jest najbardziej warunkowa miłość, jaką widziałem! To są bogaci ludzie. Smyczą, batem i marchewką są pieniądze. Wyszedłem z domu w wieku 19 lat, gdy miałem 24, dawno byłem samodzielny. Więc śmiech mnie ogarnia, gdy mi się teraz wmawia, że w wieku 24 lat jest się bardzo młodym człowiekiem. To jest „już”, a nie „dopiero”. Przestańmy się oszukiwać.

GALA: A co z zaufaniem? Pan go podobno nadużył.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Nic mi o tym nie wiadomo. Wie pani, dlaczego to wszystko jest takie przykre? Ponieważ padają oficjalne wypowiedzi. Gdyby to pozostało w sferze prywatności… Wmawiano mi, że powiedziałem, iż pomagam dziewczynie w karierze, udzielam lekcji. Nieprawda, nic takiego nie miało miejsca. Tak samo jak wmawiano, że byłem przyjacielem rodziny. Mój cel był jasny: tę ładną, wrażliwą, inteligentną, co nie znaczy, mądrą dziewczynę chciałem za włosy wyciągnąć ze spirali nonsensu, przekonać do prostych racji. Ponieważ jestem doświadczony, mam lata, które mam. Mimo mojej bujnej wyobraźni do głowy by mi nie przyszło, że będę się musiał za tę młodą aktorkę wstydzić. I wstydzić się jej!

GALA: Kiedy byłam u pana wiosną, widziałam zdjęcia Wincentego szalejącego z Weroniką. Jak pana rodzina przyjęła tę sytuację?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Mam z tym problem. Cała nasza rodzina sercem przyjęła Weronikę. Bardzo mocno. Brat, trzej moi synowie, a najbardziej ten mały. Bo ta prawdziwa Weronika ma w sobie tyle dobrej dziecięcości, że dzieci ją lubią, a ona je rozumie. Na tym poziomie jest dobrze. Ale jak idzie ku dorosłości, przestaje cokolwiek rozumieć. Psychicznie jest dzieckiem wytrąconym z normalnego toru, fizycznie jest dojrzała.

GALA: Czyżby właśnie to dziecko rodzice postanowili przed panem chronić?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Trudno. Nigdy w życiu nie przeżywałem spraw małych i małostkowych. Mój życiorys jest raczej dramatyczny i obfituje w momenty silne. I nie chciałbym zmienić czegoś dużego w małe piwo. Nie jestem kimś, kto rzuca się w galeriach na niewinne dziewczęta. Nie chcę opowiadać szczegółów, było po prostu zapalnie. Dla mnie to jeszcze jeden przyczynek do rozmyślania nad ludzkimi zachowaniami.

GALA: A może fiasko poniósł pana system miłosno-pedagogiczny, który dotyczy także relacji z aktorem? W swoim wywiadzie rzece mówi pan, że „nie ma stosunku miłosnego bez stosunku pedagogicznego (…), w każdym prawdziwym stosunku miłosnym osoba musi być albo wychowawcą, albo wychowywanym”. Trochę jak w poprawczaku.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: To nie ja wymyśliłem, tylko Platon i Arystoteles. Obaj zgodnie uważali, że nie ma miłości bez stosunku pedagogicznego. Gdy wychowawca przestaje móc wychowywać, bo się wyczerpał, a wychowywany nabrał na tyle sił, że sam się czuje wychowawcą, znajdzie sobie do wychowywania kogoś, kto będzie głupszy od niego i mniej wykształcony. Tak dogasają nawet najlepsze pary. Mogę to powiedzieć również o sobie. Bo w pewnym momencie osoba starannie, uważnie i delikatnie wychowywana uważa, że już zjadła wszystkie rozumy i teraz trzeba sobie samemu kogoś wychować. I być górą. „A teraz ja”, jak mówił śp. Zbyszek Cybulski.

GALA: I Gombrowicz.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Te słynne „poniedziałek ja, wtorek ja, środa ja…”. Tylko nikt nie rozumie, z jaką wspaniałą ironią i poczuciem humoru jest to powiedziane.

GALA: Złośliwi twierdzą, że mógłby pan tak samo mówić o sobie. Piszą o panu: „skrajny megaloman, prowokator, kabotyn, mitoman”. Czy to pana boli?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Nie. Kiedy po 20 latach wróciłem do Polski, zaproszono mnie do telewizji, wywiad ze mną przeprowadzał młody człowiek, który strasznie się spinał, żeby mi przypier… Nie wiedział za co, ale tak w ogóle. „Czy jest pan kabotynem?” – zapytał. Na co ja: „Jesteśmy na wizji, więc jakie mamy wyjście? Mogę pana strzelić w pysk, ale takich rzeczy nie powinno się pokazywać w telewizji, więc albo ja wstanę i pójdę, albo pan”. Wyszedł i do dziś nie wrócił. Wróciła normalność. Młodzi ludzie są lepiej wykształceni, wiedzą więcej i lepiej niż kiedyś, podróżują, słuchają lepszej muzyki. Następuje zmiana warty. Jeżeli moje kino jest naraz w centrum zainteresowania tak wielu osób i jest inaczej oceniane niż do tej pory, oznacza to nowy etap, do którego może należało dojrzeć.

GALA: Ponarażał się pan, komu tylko można: Polaków nazwał pan społeczeństwem kołtuńsko-aspołecznym, Kościół skrytykował za pustą obrzędowość, polityków za gloryfikowanie heroizmu Powstania Warszawskiego...

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Ile razy pani mi coś zacytuje, mam ochotę zapytać: „A kto tak się odmachuje, kim jest ten człowiek, czym się może poszczycić?”. Znowu jakiś kundel gryzie mnie w łydkę. Przeżyłem Hitlera we Lwowie, potem Stalina w Polsce i amerykańskich miliarderów w Hollywood. Poza tym wyrwała pani słowa z kontekstu. Nie cała Polska jest kołtuńsko-aspołeczna, nie wszystkie wsie, choć jest ich sporo.

GALA: A wieś Warszawa?

 

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Wieś Warszawa jest kołtuńska do kwadratu, ale też jest kilka Warszaw. To także miasto, w którym są genialne koncerty, przyjeżdżają muzycy z całego świata, jest świetna filharmonia. To żywe miasto, dzięki zmianie warty, nowej generacji. Mariusz Treliński to zmiana warty w historii opery, podobnie jak kilku młodych zdolnych reżyserów teatralnych.

GALA: Nie oszczędza też pan swojego środowiska i burzy kapliczki: Krzysztof Kieślowski to według pana mistrz kiczu, Agnieszka Holland – zdolna scenarzystka, ale kiepska reżyserka, Wisława Szymborska – autorka nie najlepszych wierszy, Kutz – bezstylowy reżyser, Zanussi dusi swoje filmy pętlą krawata, a na Englerta i Zapasiewicza lepiej nie patrzeć.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Mówię to, co myślę. Zapasiewicz i Englert jako aktorzy, bo przecież nie ludzie, to nudziarze. Jak ich widzę na ekranie, przełączam na inny kanał. Ciocia Agnieszka jest miłą kobietą, która się ogromnie o wszystkich troszczy. Była autentycznie zatroskana na festiwalu, gdy nasz młody reżyser, który miał dostać nagrodę, napił się wódki i nagle zniknął. Ona ma dobre serce i dobre pióro. Pisała świetne scenariusze i pomogła nimi różnym ludziom. Ale z jej filmów chyba żadnego do końca nie obejrzałem. Dotknęła pani pewnego klucza – ja tych ludzi lubię. Krzysztof Zanussi to człowiek moralny, jestem pełen uznania dla jego postawy. Ale wiele rzeczy w jego twórczości straszliwie mnie muli. Kutz to zabawna postać. Ale czy ktokolwiek z tych ludzi, prócz Andrzeja Wajdy, kiedyś mi pomógł? Nigdy nikt.

GALA: Żadnego telefonu, propozycji?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Żadnego. Nawet: „Jak się masz, Andrzeju?”. Jest w tym środowisku tylko jeden dobry, ciepły człowiek – Kuba Morgenstern. Moja wolność w mówieniu wynika też z tego, że wobec tzw. środowiska nie mam żadnych długów.

GALA: Wszyscy są zawiedzeni, że w wywiadzie rzece nie wyjawił pan sposobu, w jaki tak wspaniale otwierał pan na planie aktorki: Romy Schneider, Isabelle Adjani, Valérie Kaprisky.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Aktora i aktorkę niekiedy trzeba wyzwolić, wprowadzić w trans, a trans jest rzeczą medyczną. Aktor potem „wychodzi” innym człowiekiem, bo coś z siebie zrzuci. Kiedy zadzwoniono do mnie, że mająca grać w „Szamance” Iwona Petry zdemolowała pokój w Bristolu, pomyślałem sobie: „Oho, jest dobrze!”. To się zdarzyło po kilkudniowych ćwiczeniach, również sportowych. Ona tego potrzebowała, bo była wzięta znikąd. Parę dni temu po raz pierwszy od dziesięciu lat obejrzałem „Szamankę”. Jak ona tam świetnie gra!

GALA: W książce porównuje ją pan do Klausa Kinskiego.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: To był talent dany od Boga, w związku z tym kolosalny egoizm, dzikość i wola samozniszczenia.

GALA: Żałuje pan, że odeszła od aktorstwa?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: To jej sprawa. Czy żałuję, że Małgosia Braunek w momencie, kiedy była najładniejsza, najzdolniejsza, odeszła od aktorstwa? To ich sprawy, ich życiorysy. Ale jak chce się zmarnować talent, to jest pożałowania godne.

GALA: Chciałby pan zobaczyć Weronikę Rosati na ekranie w pełni swej kobiecości?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Dla mnie jest to już zamknięty rozdział. Niestety. Gdybym powiedział „nie”, tobym ją skrzywdził. Gdybym wobec tego, co się wydarzyło, powiedział „tak”, byłoby to głęboko niesmaczne. Pozostańmy więc na tym, że wszystkim wokół dobrze życzę. Nawet ludziom zakłamanym i wrogim.