Jest koneserem. Pięknych kobiet i pięknych przedmiotów, których pełen jest jego podwarszawski dom. Oprowadza mnie po wszystkich zakamarkach. Wszędzie panuje idealny porządek, każdy przedmiot ma swoje miejsce: rodzinne pamiątki, fotografie dzieci, byłych żon, rodziców, braci. Na ostatnim piętrze zachwyca widok z okna: dom jest tak wysoki, że widać wierzchołki sosen. Kiedy tu byłam przed siedmioma laty, mały Wincenty miał odrę. Sophie Marceau, jego matka, akurat wyjechała na kilka dni do Paryża. W życiu Andrzeja Żuławskiego wiele się od tego czasu zmieniło.

GALA: Czy nadal ma pan wielki apetyt na życie? Zawsze dużo pan o nim mówił.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Oj tak! Upływ czasu odbieram pozytywnie, dobrze się z nim czuję. Reżyserów, którzy kręcili filmy niezupełnie komercyjne, ale jednak oglądane przez dużą liczbę ludzi, zostało już niewielu. Więc jako jeden z tych niedobitków kilka razy w roku jeżdżę po świecie i przewodniczę festiwalowym jury od Moskwy po Szanghaj. Dni są dla mnie wciąż za krótkie. Bo prócz pracy jest jeszcze życie prywatne, mam trzech synów. Wczoraj odwiozłem na lotnisko najmłodszego. Był tu krótko, tylko tydzień. Leciał z Nowego Jorku, dokąd na kilka dni zabrała go mama. Ładnie zrobiła, stać ją! Ale z Warszawy wyjeżdżał smutny. Mówił: „Jak tu fajnie! Chcę zostać”.

GALA: Spędzał z panem dużo czasu.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Tak. A teraz jeżdżę do niego albo on mnie odwiedza w czasie swoich wakacji, cztery razu w roku. Jest zżyty z dziećmi z sąsiedztwa, po polsku mówi lepiej ode mnie. Chciałbym, żeby był ze mną na stałe. Ale tak dobrej szkoły, jaką ma w Paryżu, tutaj mu nie znajdę. Wincenty jest trójjęzyczny, dodatkowo uczy się hiszpańskiego. Wie więcej niż przeciętne dziecko. Jeździ z matką po świecie, a ona teraz gra wszędzie. Oboje z Zośką czuwamy nad tym, żeby mu się we łbie nie przewróciło. Nie ma głupkowatych przywilejów, na zachcianki musi zasłużyć. Prowadzimy z jego mamą po nocach tysiące rozmów. Kiedy on jest tutaj, ona dzwoni codziennie, kiedy jest w Paryżu, ja dzwonię co dwa–trzy dni.

GALA: Czy Wincenty nadal ma pokój u pana w domu? Czy coś pan zmienił?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Oczywiście ma. Gdy dochodzę do wniosku, że zbyt długo jest tak samo, wpadam w amok i przestawiam meble. Jego pokój jest całkowicie przestawiony, bo wyrósł. Urządziłem mu salonik, gdzie przyjmuje gości. Ma 12 i pół roku, jeszcze wciąż dziecko, ale już coś więcej. Wąsik mu się sypie… Z niepokojem patrzę, kiedy zacznie wchodzić w pierwszą dorosłość.

GALA: A co z pokojem jego matki Sophie Marceau, który był na górze?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Pozostał. Niczego tam od jej wyjazdu nie zmieniłem.

GALA: Mieszka w nim, gdy przyjeżdża do Warszawy?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Nie, zatrzymuje się w hotelu.

GALA: Ile pan miał domów?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Sporo. Często się przeprowadzałem. Kiedyś z Zosią obliczyliśmy, że w samym Paryżu aż 13 razy.

GALA: Zaczęło się od farmy we Fromont pod Paryżem?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Tak. Kiedy za robienie niesłusznych politycznie filmów wywalono mnie z Polski, zamieszkałem we Francji. Miałem polski paszport, wizę i pięć dolarów w kieszeni. Poszedłem do bankiera i poprosiłem o kredyt. Jak nie kupię domu, popełnię samobójstwo, powiedziałem. I ten zwariowany bank dał mi pieniądze. Spłacałem pożyczkę przez 10 lat. Kiedy później okazało się, że Wincenty ma alergię i trzeba go wywieźć nad morze, kupiłem też dom w Normandii. By go wyremontować, znów musiałem się na wiele lat zadłużyć. Z kolei Zosia kupiła posiadłość na południowym zachodzie Francji. Kręciliśmy tam film o Chopinie. Należały do nas dwa wzgórza, trzy budynki i krajobraz bezkresny. No i teraz: mój ostatni dom w Starej Miłosnej. Do niego przywiązałem się szczególnie. Nie ma tu wielkomiejskiego bajzlu, który opanował Konstancin czy Milanówek. Nie ma bogaczy rozpierających się w willach. Mieszkają zwykli ludzie. Czuję tu Polskę bardziej niż gdziekolwiek indziej.

GALA: Jak pan dziś wspomina te trzy najważniejsze domy, które założył z matkami swoich synów?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Z dwoma pierwszymi synami kojarzy mi się Fromont. Miałem szczęście żyć tam z kobietami, które kochały kwiaty. Pamiętam krzewy bzu, pnącza passiflory, malwy, irysy, róże. Wokół pachniało trawami, zbożami, ziołami, które też zbieraliśmy. Obserwowaliśmy piękne zachody słońca, a wieczorami było oglądanie z leżaków gwiazd. Z Wincentym wiążę dom w Starej Miłosnej.

GALA: A jak pan wspomina mieszkanie na Gwardzistów z czasów małżeństwa z Małgorzatą Braunek?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Po urodzeniu podchował się tam trochę Xawery. Miłe było tam to, że przed oknami mieliśmy park. Po jego drugiej stronie mieszkał Andrzej Wajda z żoną Beatą Tyszkiewicz. Ponieważ nikt z nas nie miał telefonu, dawaliśmy sobie znaki chorągiewkami: „Jestem w domu, można wpaść”.

GALA: Któregoś dnia spotkał pan mistrza w jesionce, kaszkiecie i kapciach… Szedł z opuszczoną głową i walizką w ręku. Żona kazała mu się spakować. Opisał pan tę scenę w „Bilecie miesięcznym”.

 

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: To była smutna sytuacja, szedł zbolały. Spod płaszcza wystawały spodnie od piżamy. Mam nadzieję, że tego już nie pamięta…Ja też byłem wtedy w nie najlepszej kondycji. Mnie również ktoś zostawił. Wymieniliśmy się doświadczeniami i mieszkaniami. Ja zamieszkałem na placu Zamkowym w jego mieszkaniu, które kojarzyło mu się z wiarołomną żoną i z rodziną. A on w moim, pełnym niedobrych dla mnie wspomnień...

GALA: Jaki dom stworzyła panu kolejna towarzyszka życia, malarka, Hanna Wolska, matka Ignacego?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: To były początki Fromont. Dom był bardzo żywy, bo ona miała tysiąc jeden talentów i coś, co Francuzi nazywają zielonym kciukiem: wsadziła do ziemi ziarenko i w ciągu 13 sekund wyrastała z tego ogromna roślina. Była niezwykle energetyczna, żywotna, co uwielbiał Ignacy. Robiła najróżniejsze konstrukcje z tektury, drzewa, papieru, malowała, rysowała. A ponieważ rozsadzały ją energia i talenty, nigdy niczego nie kończyła. Była piekielnie zdolną malarką. Później wystawiała prace w Nowym Jorku, Paryżu, bo w końcu trochę się uzbierało, ale przez tyle lat mogłaby zrobić dużo więcej.

GALA: Jak się zmieniło Fromont po jej wyjeździe?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Uspokoiło się. Wtedy z Polski, a były to czasy Jaruzelskiego, do Francji wyjeżdżało wielu artystów. Mój dom był jednym z miejsc, w którym się spotykali. Nie zapomnę świąt, kiedy byli m.in. Daniel Olbrychski z Zuzią Łapicką i Rafałem, synem Daniela z poprzedniego małżeństwa, Andrzej Krzywicki, genialny fizyk, Wojtek Pszoniak, Krysia Janda. Ten dom był bardzo żywy. Zosia, którą poznałem wkrótce potem, była wtedy bardzo młodą osobą.

GALA: Miała 17 lat.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Tak i dokształcała się, czytała książki. Dom się zmienił, ale nie sfrancuział. To ona się spolszczyła. Wciąż mówi po polsku.

GALA: Pozostaje pan w przyjaźni z kobietami swojego życia?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Staram się. Nie rozumem ludzi, których łączy miłość, uniesienia, a przynajmniej przyjaźń, i po rozstaniu zrywają kontakty. Idą do sądu, plują na siebie, rżną kanapę na pół, nienawidzą się. Owszem, pewna forma uczuć może wygasnąć, ale to nić zadziergana na całe życie. Staram się te nici powiązane z przeszłym życiem trzymać w ręku.

GALA: W „Chaosie”, filmie pana najstarszego syna Xawerego, jest scena wigilijnej kolacji. Przy stole siedzą trzej przyrodni bracia, ich trzy matki i ojciec. Xawery przyznał, że chętnie wziąłby udział w takiej wigilii. Pan dopuszcza taką myśl?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Uśmiałem się przy tej scenie strasznie. Tym pijanym szyprem miałbym być ja (śmiech)? Xawery ma wyobraźnię. Ale ona się nie przekłada na życie. Niestety, nigdy nie udało nam się spotkać podczas wigilii razem. Choć można było, bo Małgorzata, ilekroć przyjeżdżała do Paryża, mieszkała u nas. Teraz z Zosią też się widujemy, kiedy przyjeżdża do Polski. Ale nikt nie pomyślał, żeby zrobić taki spęd. Dla mnie byłby on niełatwy z innego powodu. Będę się przyjaźnił ze swoimi byłymi nawet, jeśli mi zaszły za skórę. Ale czasem trudno jest zaakceptować, dla kogo to zrobiły. Nawet po upływie 20 lat. Więc taka kolacja jest niemożliwa.

GALA: Xawery mieszka w Warszawie, Wincenty w Paryżu, a Ignacy w San Francisco. Bardzo pan dba o to, by się ze sobą kontaktowali.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Dzieci są niewinnymi świadkami przypadłości dorosłych. Moi synowie jak tylko mogą, spotykają się i mam nadzieję, że tak pozostanie. Żuławscy zawsze trzymali się razem. Mój ojciec wychowywał się w domu pełnym rodzeństwa, kuzynów bliższych i dalszych. Do tego stopnia, że dzisiaj nie wiem, kto jest moim stryjem, a kto nie. Dziadek był jednym z dziewięciorga dzieci, a w pokoleniu wcześniejszym, z którego pochodził pisarz Jerzy Żuławski i Zygmunt Żuławski, którego Stalin sobie upatrzył na pierwszego prezydenta PRL, było pięciu braci. Porodziła się z tego straszna liczba dzieci. Więc na pytanie, czy moimi stryjami są: Juliusz Żuławski, poeta, pisarz, prezes polskiego PEN Clubu, czy malarze Jacek i Marek Żuławscy, który w Londynie malował królową, odpowiadam twierdząco, bo nasi ojcowie chowali się w tym samym domu. Dlatego często mówi się o klanie Żuławskich. A teraz mój wnuk, pięcioletni Kaj, jest jedynym potomkiem… Jestem z niego dumny, był tu w Boże Narodzenie. Tylko jego norweskie imię doprowadza mnie do szału. Przy polskim nazwisku brzmi niegustownie.

GALA: Może powinien pan kontynuować tradycję wielopokoleniowej rodziny i zamieszkać w tym wielkim domu z wnukiem i jego rodzicami.

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Potrzebuję spokoju. Jak umrę, dom odziedziczą synowie. Są trzy piętra, mogą się pogodzić. Za życia bym ich wszystkich pozabijał (śmiech).

GALA: Czy mimo dzielącej was odległości ma pan dobre stosunki z Ignacym?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Mam z nim najmniejszy kontakt, nad czym boleję. Był tu wczesną jesienią. Pisujemy do siebie maile. Gdyby chociaż mieszkał w Europie… Ale jako specjalista od komputerów w Stanach może najpełniej rozwijać skrzydła. Teraz interesuje się komputeryzacją fi lmów. Darek Wolski, brat jego matki, zrobił w Hollywood karierę, jest m.in. autorem zdjęć do wszystkich części „Piratów z Karaibów”. Przez niego mój syn ma dostęp do filmowego świata i najnowszych technologii.

GALA: A co z pana miłością do filmu?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Ona wróci. Dostałem propozycję wyreżyserowania dużej europejskiej koprodukcji. Moje wcześniejsze fi lmy przeżywają teraz drugą młodość. Są wydawane na DVD we Francji, Włoszech, w Anglii i Stanach. Cieszę się, że wpisują się w renesans pewnego gatunku kina, które nie chciało być bardzo komercyjne, ale też nie chciało być przemądrzałe. Dbałem, by dobrze je grano.

 

GALA: Grały u pana świetne aktorki. W nowym filmie da pan szansę Weronice Rosati, z którą widywano pana ostatnio?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Po pierwsze, jeszcze nie wiem, czy się podejmę realizacji tego filmu. Po drugie, nie pomagam Weronice w karierze. To młoda, ładna, zdolna dziewczyna i życzę jej jak najlepiej. Ale pomaganie w karierze jest wykluczone z kilku powodów. Raz, że nienawidzę słowa „kariera”; dwa, że nie można pomóc komuś, kto postępuje wbrew zdrowemu rozsądkowi. Mam na myśli dybanie na Hollywood. Robi to u nas cała kadra młodych aktorek. Wysyłanie tam bardzo młodych osób dowodzi albo głupoty, albo cynizmu – tę uwagę kieruję raczej do rodziców tych dziewczyn. Bo to miejsce opiera się tylko na seksie i pieniądzach.

GALA: Talent się nie przebije?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Chyba że szczególnego rodzaju. Wiem, bo byłem tam, mieszkałem, proponowano mi filmy. O nic innego tam nie chodzi.

GALA: A w pana życiu? Jak je pan widzi?

ANDRZEJ ŻUŁAWSKI: Jako ciąg przygód. Za dotychczasowe jestem wdzięczny. Potrafi ę miesiącami nie ruszać się nigdzie z domu, mam wąskie grono przyjaciół. A potrafi ę też odwrotnie – bywać, podróżować. Oczekuję dalszego ciągu tej przygody. Kawalerowicz, który nakręcił 17 filmów, kiedyś powiedział, że każdy z nich był jak jedno dodane życie. Ja zrobiłem 13 i napisałem ponad 20 książek. Ileż życiorysów się dodało! I to jest pasjonujące: mnożyć swój własny życiorys.