Trudno ją rozpoznać w głęboko nasuniętej na czoło wełnianej czapce. „Trochę się ukrywam” – mówi, gdy siadamy do stolika w kawiarni obok szkoły tańca Marcina Hakiela i Katarzyny Cichopek. Wysoka, wręcz chuda, rozbraja uśmiechem. Mówi z trudem, bo dopadła ją grypa. Przedwczoraj miała 40 stopni gorączki. Mama zawiozła ją na pogotowie, bo aż słaniała się na nogach. Jak poradzi sobie bez rodziców? Internetowe fora huczą, że Ani uderzyła do głowy sodówka, że baluje. Zamieszczają półnagie zdjęcia, donoszą o romansach. Ania zapewnia, że teraz liczy się tylko taniec. I że marzy o szkole w Los Angeles.

GALA: Udział w show „You Can Dance” zmienił twoje życie. Nie żałujesz?

ANNA BOSAK: Zdecydowanie nie. Przeżyłam przygodę, rozwinęłam się zawodowo. A teraz przeprowadziłam się do Warszawy i mam dostęp do dobrych nauczycieli tańca. Na uczelni w Łodzi wzięłam urlop dziekański. Jeśli wszystko ułoży się dobrze, przeniosę się na tutejszy wydział socjologii.

GALA: Same zyski? Żadnych strat?

ANNA BOSAK: Żadnych, nie licząc bolesnych kontuzji. Chyba że do strat zaliczę krytyczne uwagi na internetowych forach. Ludzie nie przebierają w słowach, chociaż najczęściej mnie nie znają. Za to krytykę jurorów uważam za konstruktywną.

GALA: Przejmujesz się tym, co wypisują o tobie internauci? Że piłaś alkohol na „domówce”, a potem pozwoliłaś się sfotografować półnaga na łóżku? Każdy może obejrzeć te zdjęcia.

ANNA BOSAK: Zostały ukradzione z mojego prywatnego archiwum na portalu Grono.net. Spotykam się ze znajomymi i chodzę na imprezy. Zdjęcia, na których piję drinka, pochodzą sprzed dwóch lat. Zrobiono je na 21. urodzinach mojego kolegi, kiedy byłam już pełnoletnia. A to, na którym jestem na wpół rozebrana, zrobił mi nad morzem mój chłopak. Przyszłam z plaży, wzięłam prysznic i położyłam się na łóżku. Teraz prywatne zdjęcia z internetu usunęłam.

GALA: Straciłaś anonimowość.

ANNA BOSAK: Spodziewałam się tego, obserwując, co się dzieje wokół mojego brata Marcina, aktora. Podczas Wielkanocy w kościele wszyscy się za nim oglądali. Ale na ogół popularność jest dla mnie miła. Podchodzą do mnie ludzie i mówią: „Super pani tańczyła, całą rodziną trzymaliśmy kciuki!”.

GALA: Jak twoi rodzice przyjmują internetowe rewelacje?

ANNA BOSAK: Mówią, żebym się nie przejmowała. Kochają mnie i wspierają tak samo jak do tej pory. Przyjeżdżali do Warszawy na każdy mój występ w „YCD”.

GALA: Brat przestrzegał cię przed pułapkami show-biznesu?

ANNA BOSAK: Doradza mi. Wie o wszystkich problemach, każdej nowej propozycji. To mój anioł stróż. Teraz oboje czytamy „Sekret”, słynną książkę Rhondy Byrne, z której wynika, żeby zajmować się w życiu tylko tym, co ważne, myśleć pozytywnie i przyciągać do siebie dobrą energię. Mam nadzieję, że skończą się sensacyjne newsy o Ani Bosak, ponieważ za chwilę rusza nowa edycja programu, a wraz z nią pojawią się nowi bohaterowie.

GALA: Co zrobisz, żeby o tobie nie zapomniano?

ANNA BOSAK: Mam sporo pomysłów i nowych propozycji. Najbliższe miesiące chcę maksymalnie wykorzystać, aby się rozwijać.

GALA: Bardzo przeżyłaś porażkę w „YCD”?

ANNA BOSAK: Każdy chciał wygrać i pojechać na Broadway. Wiedziałam, że wygrana była marzeniem Maćka Florka. W pełni na nią zasłużył. Prócz niego do Nowego Jorku jadą też Piotrek Gałczyk, Diana Staniszewska i Natalia Madejczyk. Jeśli jest mi pisane pojechać na Broadway, jeszcze zdążę. Ale raczej myślę o nauce w szkole tańca w Los Angeles. Na razie mam co robić tutaj.

GALA: Startowałaś w castingu do głównej roli w filmie „Kochaj i tańcz”. Wygrała Katarzyna Cichopek. Jak to przyjęłaś?

ANNA BOSAK: Nie znam jeszcze wyników castingu, ale to było ciekawe doświadczenie.

GALA: Jeszcze niedawno nie wyobrażałaś sobie przyszłości bez Adama. Widziałaś siebie w roli jego żony i matki jego dzieci.

ANNA BOSAK: Ale za dziesięć lat. Rozstaliśmy się. To nasza wspólna decyzja. „YCD” pochłania bez reszty – nie ma czasu na szkołę, rodziców, chłopaka. Liczy się tylko taniec. Kiedy po takim młynie wróciłam do codzienności, okazało się, że nie jesteśmy sobie już tak bliscy. Nie mieliśmy zbyt wielu tematów do rozmowy. Żyliśmy w innych światach. Przedtem przez rok spotykaliśmy się dzień w dzień. Doszliśmy do wniosku, że związek na odległość nie ma szans. Bo mogą się pojawić jakieś głupoty, romans…

GALA: To raczej nie była miłość, skoro dwa i pół miesiąca wystarczyło, byś dopuszczała myśl o romansach.

ANNA BOSAK: Takie rzeczy wchodzą w grę. W programie „YCD” ukazał się reportaż o naszych przygotowaniach. Film tak został zmontowany, że można było myśleć, że jestem z Roofi m. Adam mi ufał, ale ja i tak się tłumaczyłam. A nie było z czego! Nie chcę takich sytuacji na przyszłość. Nadal się przyjaźnimy. On teraz pisze pracę magisterską na socjologii, być może przyjedzie do Warszawy. Jeszcze wszystko przed nami.

GALA: Nie uderzyła ci sodówka?

 

ANNA BOSAK: Mnóstwo osób o to pyta. Ale na czym ona polega? Że wyjechałam z Łodzi albo że spotykam się z tymi, a nie innymi ludźmi? Spędzam czas tak samo. Rozstałam się z chłopakiem? Przecież jak się ma 19 lat, nikt nie jest pewien, że spotkał miłość na całe życie. Dla mnie ważne jest zdanie rodziców, brata, byłego partnera i moich przyjaciół. Wszyscy mówią, że jestem ciągle tak samo zakręcona, jak byłam.

GALA: Pamiętasz, co najbardziej zakręconego zrobiłaś?

ANNA BOSAK: Wyjechałam z chłopakiem w ciemno do Paryża. Wpadaliśmy też do różnych miast w Polsce tylko na dobę. Wyruszaliśmy pociągiem o szóstej rano, a o 22 wracaliśmy do Łodzi. Kiedyś wstałam o piątej rano i pojechałam zrobić śniadanie ukochanemu, który mieszka na drugim końcu miasta. Przyjacielowi na urodziny zorganizowałam wystawę fotografi i w warszawskiej Café Kulturalna. Zapytałam jego rodziców o zgodę, z kolegą załatwiliśmy powiększenia odbitek, antyramy, zawiadomiliśmy znajomych i zaprosiliśmy jubilata na wernisaż.

GALA: Spotykasz się teraz z kimś?

ANNA BOSAK: Nie.

GALA: Wyprowadziłaś się z domu. Kto cię będzie utrzymywał?

ANNA BOSAK: Ja sama. Wchodzę w dorosłość. Wkrótce zacznę pracę w jednej ze szkół tańca. Mama się śmieje: „Ciekawa jestem, kiedy cię znowu zobaczę w domu”. Wiem, że na początku nie będzie łatwo. Wynajmuję mieszkanie z koleżanką, kupiłam pierwszy w życiu czajnik. Brat też wyprowadził się z domu, jak był w moim wieku.

GALA: To mamie zawdzięczasz, że jesteś tancerką. Skoro syn uprawia karate, córka będzie tańczyć, powiedziała. Tak było?

ANNA BOSAK: Tata tak bardzo kochał karate, że niewiele brakowało, a mnie też by zapisał na zajęcia. Na szczęście mama zaprotestowała i zaprowadziła mnie na rytmikę. Brat był mistrzem Polski w młodzikach. Przestał trenować, gdy za dużo urósł i miał kłopoty ze stawami i ze wzrokiem.

GALA: Kiedy uczyłaś się tańczyć, brat ci w tym pomagał? Ćwiczył z tobą w domu?

ANNA BOSAK: Nie, bo wyprowadził się, kiedy miałam 11 lat. Zabierał mnie za to na spacery, na rower, sanki, łyżwy i bawił ze mną resorakami. Jak miałam 11 lat, zaczęliśmy się kłócić. Ale przed rodzicami trzymaliśmy sztamę. W trakcie zabawy któreś z nas zbiło wazon – oboje się do tego przyznaliśmy. Kiedy Marcin dostał w szkole jedynkę, nigdy go nie wydałam. To on mnie tego nauczył. Chciałam mu dorównać i dlatego zaczęłam wcześnie pisać i czytać. Teraz też mi imponuje. Lubi pomagać, jest szczery. Takiego brata nie oddałabym nikomu.

GALA: Często się teraz widujecie?

ANNA BOSAK: Jak tylko możemy. Marcin tak samo liczy się z moim zdaniem, jak ja z jego. Kiedy w czymś zagra, zaraz do mnie dzwoni: „Widziałaś? No i jak?”. Jestem jego pierwszym recenzentem. Jego narzeczona Monika Pikuła, aktorka, wszystko ocenia z pozycji profesjonalistki, a ja odbieram jego grę jako widz. Cieszę się, że mu się udaje. Ostatnio usłyszałam, że jest ze mnie dumny.

GALA: Czym się w życiu kierujesz?

ANNA BOSAK: Ważne jest dla mnie, żeby się rozwijać i mieć z kim dzielić sukcesy.

GALA: Nie chodzi ci o to, żeby się dobrze bawić?

ANNA BOSAK: Nie jestem skandalistką. Raz na miesiąc zdarza mi się wychodzić i balować, ale więcej czasu spędzam z kolegami w domu, grając na PlayStation.

GALA: Lubisz adrenalinę.

ANNA BOSAK: Tak. W 18. urodziny planowałam skoczyć ze spadochronem, ale akurat miałam egzaminy. Nie udało się, więc skoczę w 21. Chodzi mi też po głowie kaskaderka...