GALA: Powiedziała mi pani przez telefon, że ma teraz dobry czas, czas spełniania marzeń. Czy te marzenia się pani śnią?

ANNA GUZIK: Najbardziej lubię sny przygodowe, z wartką akcją – uciekam, gonię, wspinam się na balkony, płynę rwącą rzeką, a w tle rozciąga się piękny, zazwyczaj górski krajobraz. Wszystko w kolorze! Lubię, kiedy sen pozostawia po sobie niedookreślone, ale pozytywne emocje. Wierzę, że marzenia senne są odbiciem naszych przeżyć, myśli, również pragnień, nawet tych nieuświadomionych.

GALA: Pani marzenia się spełniły?

ANNA GUZIK: „Zamiast dmuchać na zimne, na gorącym się sparzyć, z deszczu pobiec pod rynnę, trzeba marzyć!”. Mam głowę wypchaną marzeniami. Niektóre z nich udało się zrealizować, część musi, niestety, poczekać i bardzo możliwe, że czekać będzie zawsze. Do tych zrealizowanych należy m.in. marzenie o zimowych szaleństwach. Przez całe życie chciałam nauczyć się jeździć na nartach, zaczynałam kilkakrotnie, ale zawsze były jakieś przeszkody. Najpierw trenowałam piłkę ręczną i nie mogłam sobie pozwolić na żadną kontuzję. Włożyłam parę razy narty na nogi, ale w takim stresie, że nie sprawiało mi to żadnej frajdy. Potem była praca w teatrze, w Bielsku-Białej, w okolicy o idealnych warunkach narciarskich. Niestety, pewnego dnia dyrektor zobaczył mnie w teatrze z nartami i zapytał, czy wiem, że w umowie mam zakaz uprawiania niebezpiecznych sportów. Faktycznie, grałam w wielu spektaklach i ewentualne złamanie byłoby kłopotliwe nie tylko dla mnie. Zjechałam raz czy dwa po kryjomu, ale z takimi wyrzutami sumienia, że dałam sobie spokój. A strach przed jeżdżeniem coraz bardziej narastał.

GALA: Wreszcie się udało.

ANNA GUZIK: W lutym pojechałam do szkoły Jagny Marczułajtis z mocnym postanowieniem, że tym razem się nie poddam i w końcu nauczę się jeździć na nartach. Na dzień dobry usłyszałam od Jagny: „Chyba żartujesz. Skoro przyjechałaś do mnie, to będziesz jeździć na desce”. Rozbroiła mnie tym. Przemyślałam sprawę i postanowiłam spróbować, wychodząc z założenia: „jak nie kijem go, to szczotką”. Początki, muszę przyznać, były trudne i dość zaskakujące, bo pierwszego dnia spod śniegu wygrzebał się znienacka zaspany szczur i zaczął obgryzać nasze deski. Z piskiem skakałam w przód i tył, starając się utrzymać vrównowagę, i myślałam, że to jakiś koszmar. Na szczęście później było lepiej, może nie w sensie upadków i obolałego ciała, ale udało mi się jako tako ujarzmić strach.

GALA: Co to dla pani znaczy ,,przełamać strach”?

ANNA GUZIK: „Przełamywanie strachu” rozumiem dosłownie. Od dzieciństwa męczą nas różnego rodzaju strachy, które z czasem, niestety, nie odpuszczają. Wręcz przeciwnie, narastają i często nas paraliżują. Dlatego właśnie po upadku z konia trzeba się podnieść i jechać dalej. Ja przeżyłam to w wersji motoryzacyjnej. Prawo jazdy zrobiłam w wieku 17 lat, ale jazda samochodem była dla mnie ogromnym stresem. Panicznie bałam się jeździć sama. Brat poprosił, żeby odwieźć go na zgrupowanie z Katowic do Sosnowca. Pamiętam, że wracając, jechałam tak szybko, że nie zwracałam uwagi na światła i tramwaje. Na moje szczęście była piąta rano. Zaparkowałam samochód przed domem i nie wsiadłam do niego przez następne 13 lat. Nawet nie wiem, skąd ten mój paniczny strach za kierownicą się wziął. Może było dla mnie za wcześnie.

GALA: Ale jednak się udało?

ANNA GUZIK: Tak. Byłam zła na siebie, że mając prawo jazdy, w ogóle z niego nie korzystam. Pewnego dnia dojrzałam do decyzji, wzięłam trzy lekcje doszkalające, kupiłam samochód i stał się cud! Zero nerwowości. Spokój i przyjemność. Wsiadłam za kółko dokładnie w moje trzydzieste urodziny. Zrobiłam sama sobie prezent.

GALA: Ma pani jeszcze jakieś słabości w zanadrzu?

ANNA GUZIK: Mam mnóstwo słabości, z którymi mierzę się na co dzień, ale niech pozostaną one moją tajemnicą. Ważniejsze jest to, że mam też mnóstwo marzeń i planów. Niektóre z nich realizuję na bieżąco. Na przykład nową realizację teatralną. W wyniku zobowiązań serialowych musiałam zrezygnować z kilku premier i choć grałam spektakle, to zrodził się we mnie głód nowych wyzwań. W końcu nadszedł czas, żeby się zmierzyć z nowym materiałem. W sierpniu rozpoczynam próby do „Królowej piękności z Leenane”. Premiera przewidywana jest na wrzesień.

GALA: Gra pani tam Maureen, starą pannę, która opiekuje się swoją matką. To dość traumatyczna rola.

ANNA GUZIK: Matka jest bardzo toksyczną, samolubną manipulantką, która maltretuje córkę psychicznie. Zresztą córka nie pozostaje matce dłużna. Obie kobiety krzywdzą się nawzajem.

GALA: Nienawidzą się, a jednocześnie są od siebie uzależnione.

ANNA GUZIK: Trochę się boję tej roli. Trzeba będzie się pozmagać z samą sobą i swoimi ograniczeniami. Wychodzę jednak z założenia, że tylko to, co nas kosztuje wysiłek, ma jakąś wartość. Ten tekst mówi o tym, że nawet człowiek przy zdrowych zmysłach, kiedy znajdzie się w specyficznych okolicznościach, może stracić kontakt z rzeczywistością. Granica między normalnością i szaleństwem jest cienka. U podstaw tego szaleństwa leży trudna relacja matki z córką oraz traumatyczne przeżycia bohaterki na obczyźnie.

GALA: Pani również opuściła dom rodzinny w wieku 18 lat.

 

ANNA GUZIK: Na szczęście żadne traumatyczne przeżycia nie były moim udziałem. Musiałam się wyprowadzić, aby spełnić swoje marzenie o studiach w szkole teatralnej. Oczywiście, że lepiej i wygodniej byłoby mi zostać przy mamie, ale nawet nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Czułam, że los pisze mi inny scenariusz. Muszę przyznać, że w tamtym czasie bardzo tęskniłam za domem.

GALA: Domyślam się, że ciągle potrzebuje pani wsparcia mamy.

ANNA GUZIK: Oczywiście, ale potrzebuję również większej wolności. Poukładałam sobie świat i jest mi w nim dobrze. Nasza miłość również ewoluuje, zmienia się razem z nami. Potrzebujemy siebie nawzajem i zarazem szanujemy swoją prywatność.

GALA: Czy zmieniła panią Warszawa?

ANNA GUZIK: Raczej upływający czas. To chyba naturalne, że się zmieniamy. Podejrzani wydają mi się ci, którzy się nie zmieniają. Jeśli nie idziesz do przodu, to się cofasz. Wydaje mi się, że ta zasada obowiązuje we wszystkich sferach życia . Z czasem stałam się dla siebie bardziej pobłażliwa. Kiedyś nie dawałam sobie prawa do słabości, humorów i smutków. Pamiętam takie zdarzenie – byłam umówiona rano na spotkanie, obudziłam się chora, obolała, za oknem padał deszcz i tak strasznie nie chciało mi się wychodzić. Intuicja mi podpowiadała: „Zostań, odpuść sobie, zadzwoń i odwołaj”, ale rozsądek mówił: „Idź, umówiłaś się, musisz być odpowiedzialna i słowna”. Zwlokłam się z łóżka i wbrew sobie poszłam na spotkanie. Osoba, z którą byłam umówiona, w ostatniej chwili je odwołała, wymawiając się złym samopoczuciem. Z pilnością również nie należy przesadzać, więc od jakiegoś czasu przestałam być tak bardzo akuratna i dobrze mi z tym.

GALA: Czy samotność to dla młodej aktorki stan pożądany?

ANNA GUZIK: Są momenty, szczególnie dotyczy to pracy nad rolą, kiedy potrzeba mi samotności, bo muszę być wtedy skupiona, muszę wymyślić postać, stworzyć ją w swojej wyobraźni, przemyśleć różne jej warianty. Wtedy nie lubię, kiedy coś lub ktoś mnie rozprasza. Natomiast na co dzień jestem raczej zwierzęciem stadnym, lubię biesiadować i uwielbiam się śmiać. W ogóle uważam, że poczucie humoru jest kluczem do sukcesu w wielu dziedzinach. Pozwala zachować dystans.

GALA: Naprawdę ma pani teraz dobry czas. Czuję tę energię i satysfakcję.

ANNA GUZIK: Kiedy patrzę na swoje odbicie w lustrze, lubię osobę, którą widzę. To chyba najważniejsze. Cieszę się, że jestem w tym momencie mojego życia, że mam woko- ło wspaniałych ludzi i głowę wypełnioną planami. Oczywiście, może nic z nich nie wyjść, ale są one motorem moich działań i nie pozwalają mi spocząć na laurach.

GALA: Pani ulubione miejsce?

ANNA GUZIK: W ogóle to góry, a w domu – łóżko. To miejsce, gdzie rodzą się marzenia.