Wyjechała we wrześniu zeszłego roku. Dostała się na zajęcia w prestiżowej szkole Lee Strasberg Theatre and Film Institute i wynajęła małe studio na Manhattanie. Od czasu do czasu przyjeżdżała na kilka dni do Warszawy – na plan zdjęciowy „M jak miłość” albo na ceremonię wręczania Fryderyków, którą prowadziła z Szymonem Hołownią. Na plotkarskich portalach internetowych ciągle wrzało. Chwytano się każdego powodu, żeby o Ani napisać. Że ma tłuste plecy. Że przytyła albo schudła ponad miarę. Że rozstała się z Kubą Wojewódzkim albo się z nim zeszła, bo zjedli razem śniadanie. Że w Nowym Jorku nie ma gdzie mieszkać, ma narzeczonego dozorcę i dostała rolę u... Że to już nieaktualne, bo podobno wyrzucili ją ze szkoły albo sama zrezygnowała... To tylko niektóre wątki. Jaka jest prawda o nowym życiu Ani? Na pewno dozowana oszczędnie. Pod koniec sierpnia przyjeżdża do Polski – jak mówi – zrealizować marzenia. Nam zdradziła, że wystąpi w czwartej edycji „Jak oni śpiewają”. „Ten pomysł musiał urodzić się w głowie szaleńca” – śmieje się, gdy pytam, czy sama to wymyśliła.

GALA: Wracasz z Ameryki i od razu zaskakujesz. Śpiewająca Mucha – to pobudza wyobraźnię. I słuch.

ANNA MUCHA: Jestem bardzo podekscytowana. Oczywiście nie idę tam po to, żeby nagrywać płytę, ani nie spodziewam się gwałtownego zwrotu w mojej karierze. Jak to określił mój brat – może się okazać, że zostanę „Pudzianem” „Jak oni śpiewają”. Nie wiem tylko, czy myślał o tym, że niespodziewanie dojdę do finału, czy o mojej wadze.

GALA: Zaczęłaś brać lekcje śpiewu?

ANNA MUCHA: Ela Zapendowska powiedziała kiedyś, że jeśli przyjdzie mi do głowy wystąpić w „Jak oni śpiewają”, to ona mnie zabije. Cudownie, umrę młodo na wizji. Producent będzie zachwycony, bo podniosę mu oglądalność. A mówiąc serio, w związku z tym nie mam stresu: skoro autorytety uważają, że nie umiem śpiewać, znaczy – nie umiem. Traktuję to jak czystą rozrywkę. Zostanę jedną z tych osób, które będą poprawiały samopoczucie pani Krystyny, gdy zasiądzie przed telewizorem. Za każdym razem, jak otworzę paszczę i wydam z siebie głos, ona pomyśli: „ Jezu, to nawet ja lepiej potrafię”.

GALA: Widzę, że Ameryka dopieściła twoje dobre samopoczucie. Jakie było twoje pierwsze nowojorskie silne doznanie?

ANNA MUCHA: Samotność. Bolało. Kiedy przyleciałam do Nowego Jorku, nikogo nie znałam. Miałam tylko mojego kota... Mówi się, że najważniejsi przyjaciele to ci, do których możesz zadzwonić o 4 nad ranem. To z perspektywy Nowego Jorku i z powodu 6 godzin różnicy czasu brzmi optymistycznie. Mogłam zadzwonić, do kogo chciałam, ale tu przez pierwsze tygodnie byłam tylko ja i kot. Woody Allen powiedział: „Życie jest pełne bólu, cierpienia i samotności i jeszcze tak szybko przemija”. To prawda. Wynajęłam na Manhattanie mieszkanie, oswoiłam kawałek dzielnicy – znalazłam ulubioną kawiarnię, park, sklepik, ulicę, ale przede wszystkim zaczęłam chodzić na zajęcia. I nawet nie zauważyłam, jak upłynął mi rok.

GALA: Nowy Jork to dla nas mityczne miasto. Pojawił się jakiś powód, dla którego pomyślałaś – szkoda, że się tu nie urodziłam?

ANNA MUCHA: Kilka. Ludzie na ulicy, obcy sobie, uśmiechają się do siebie. Bezinteresownie wysyłają ci dobrą energię na dzień dobry. Mobilizują cię. Tak samo było w szkole, nauczyciele, koledzy zawsze wspierali, chętnie bili brawo po dobrze wykonanej pracy. Dotarło do mnie, że my, Polacy, na co dzień bywamy wobec siebie szczodrzy, jeśli chodzi o zazdrość, zawiść i pretensje. Pozytywnych uczuć brak. Jest taki dowcip o wizytacji w piekle. Były trzy kotły: niemiecki, amerykański i polski. W dwóch pierwszych buzowało. Dyżurne diabły, spocone z wysiłku, musiały zbuntowane towarzystwo uspokajać, wpychać z powrotem do kotła, karać. Polski kocioł bulgotał powolutku, wokół cisza, dyżurny drzemał. Inspektor diabeł wchodzi i zdziwiony pyta: „Co się stało?”. „Nic – zaspany dyżurny na to. – Polacy nie wymagają pilnowania. Sami ściągają się w dół”. Okrutne to, ale niestety celne.

GALA: A ten kolejny powód?

ANNA MUCHA: Język. Jest taka anegdota o Janie Himilsbachu, który dostał propozycję zagrania w amerykańskim filmie i... odmówił. Zapytany o powód swojej niezrozumiałej decyzji, odpowiedział: „Dostałem rolę, będę musiał gadać po angielsku. Nauczę się angielskiego, a oni ze mnie zrezygnują. A wtedy ja, co?! Zostanę jak ten ch... z angielskim!”. Nie miałam swobody językowej, opartej na subtelnościach, niuansach, dowcipie i ironicznym poczuciu humoru. W języku angielskim nie byłam sobą. Dopiero po dwóch miesiącach po raz pierwszy usłyszałam komplement: „Jesteś dowcipna”.

GALA: A pierwszy kryzys?

 

ANNA MUCHA: To był drugi, może trzeci tydzień szkoły, bardzo intensywne zajęcia, codziennie po wiele godzin. Na ćwiczeniach dostałam banalne w gruncie rzeczy, aktorskie zadanie, ale już po chwili wiedziałam, że mu nie podołam. Tak się skupiłam na zaimkach, przyimkach, przysłówkach i innych duperelach, że nie byłam w stanie nic zagrać. Czułam się jak w szklanej bańce – krzyczałam w środku, ale nikt mnie nie słyszał. Nie potrafiłam przebić się ze swoimi emocjami, myślami, ze swoim światem. To był mój największy kryzys. Tak mnie to sfrustrowało w pewnym momencie, że zareagowałam w najbardziej upokarzający w moim odczuciu sposób – poryczałam się publicznie. Puściło mi wszystko, nie musiałam udawać twardziela. Przyjechałam do Nowego Jorku silna, ambitna, ogolona na łyso – wydawało się, że świat leży u mych stóp...

GALA: Nie wróciłaś jednak do domu. Zresztą byłabym zdziwiona, gdybyś się poddała.

ANNA MUCHA: (śmiech) Przez tydzień oswajałam tę klęskę. Pomyślałam w końcu, że są rzeczy, których nie przeskoczę, z którymi nie będę umiała szybko sobie poradzić, więc nie ma sensu walczyć. Lepiej uczynić z nich atut. Jedyną pomoc mogę dostać od ludzi, którzy wcześniej przeżywali to, co ja. Pomyślałam o Januszu Głowackim. Do Nowego Jorku wyemigrował wiele lat temu i napisał między innymi wzruszającą sztukę „Polowanie na karaluchy”. Jest tam piękny monolog młodej kobiety, nota bene zdolnej aktorki, która w swoim kraju odnosiła znaczące sukcesy, ale pewnego dnia postanowiła razem z mężem pisarzem wyjechać do Nowego Jorku za lepszym życiem. Lądują w ciasnym mieszkanku na Manhattanie i... dosłownie polują na karaluchy. Jest to absolutnie cudowny tekst, który zresztą święcił triumfy na Broadwayu. Idąc tym tropem, nauczyłam się monologu Anki na pamięć, przygotowałam się i w następnym tygodniu, doskonale pamiętam, że to również był czwartek, urodziłam się na nowo.

GALA: To był ten moment przełomowy?

ANNA MUCHA: Dał mi totalnego kopa, wiarę w siebie, w moje możliwości, wiarę, że potrafię. I szacunek innych.

GALA: Nie sądzę, żeby ktokolwiek na tamtej sali, kiedy się załamałaś, przestał cię szanować.

ANNA MUCHA: Wiem. To zdarzenie dla mnie jako człowieka, ale przede wszystkim jako aktorki, było szalenie upokarzające. Ci ludzie mnie nie znali. Nie wiedzieli, kim jestem, po co jestem w tej szkole, co już umiem, jak pracuję... Bezsilność, że nie potrafię im tego pokazać, była strasznie zawstydzająca. Dopiero Janusz Głowacki przyszedł mi z pomocą, dzięki serdeczne (śmiech). Wtedy już poszło. Mogę powiedzieć, że odzyskałam szacunek do samej siebie. No i z uznaniem spojrzałam na karaluchy.

GALA: „W mieście nieograniczonych możliwości dobrze mieć poczucie, że ma się tylko jedną” – to jedna z kultowych złotych myśli Woody’ego Allena o Nowym Jorku.

ANNA MUCHA: Dla mnie tą najważniejszą był instytut. Mieści się w budynku dawnej remizy strażackiej. Z tą różnicą, że tu rozpala się talenty, a nie gasi, jak to bywa w polskich szkołach. W zasadzie nie ma dużej różnicy między domem wariatów a szkołą teatralną. W szkole szaleństwo ogarnia także naszych opiekunów. Przez wiele lat od swoich nauczycieli słyszałam: zdolna, ale leniwa. I myślałam, że to zarzut. Tu zrozumiałam, że te słowa to nie zarzut, ale być może przyznanie się do bycia fatalnym nauczycielem. Tu obok przyjemności studiowania jest też dyscyplina i ciężka praca. Kiedyś spóźniłam się na zajęcia pięć minut, dosłownie. Dostałam formularz do wypełnienia: imię, nazwisko, wykładowca, nazwa zajęć, czas spóźnienia, a na koniec rubryczka: reason, przyczyna... Największa. Śmiać mi się chciało – mam prawie 30 lat, sporo siwych włosów na głowie i 18 lat pracy zawodowej na karku, a muszę się tłumaczyć na piśmie, że spóźniłam się pięć minut do szkoły. Na każdym kroku uświadamiano nam, że obecność w tej szkole to przywilej. I tak naprawdę dobrze się z tym czułam.

GALA: Po lekcjach pracowałaś, żeby dorobić na przyjemności?

ANNA MUCHA: To podchwytliwe pytanie. Gdy po raz pierwszy starałam się o wizę, padło pytanie, czy chciałabym w Stanach pracować. Odpowiedziałam, żartując, że tylko jeśli Brad Pitt by mnie poprosił. Urzędnik odmówił mi wizy, twierdząc, że mam szansę... A skoro amerykański urzędnik tak mówi, znaczy, że coś w tym jest. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, żeby tu studiować, ale nadal nie miałam pozwolenia na pracę. Po miesiącu niespodziewanie dostałam kuszącą propozycję. Caroline – menedżer instytutu do spraw studentów i kontaktów między uczelniami – zaproponowała, żebym nie za pieniądze, ale za dodatkowe zajęcia i lekcje indywidualne pomagała jej w biurze. Byłam samotna, więc cały swój czas poświęcałam szkole. Miło było słyszeć, że ktoś potrzebuje mojego entuzjazmu i energii. Że ktoś je zauważył i docenia. Problem w tym, że papierkowa robota nie jest dla mnie. Na szczęście pojawiła się możliwość pracy jako stage manager przy produkcjach spektakli, które nasza szkoła wystawiała razem z Uniwersytetem Nowojorskim. To było to. Zrealizowałam trzy przedstawienia. Pierwsze zapamiętam na długo. Reżyserem był Daniel DeRaey, mocno starszy pan, bardzo trudny człowiek. Ciężko było nam się dogadać. Byłam spięta, niedoświadczona, ale bardzo mi zależało i chciałam wszystko robić naraz. Zamiast kreatywnie, zaczęłam myśleć mechanicznie, byle zrobić więcej, szybciej. Pewnego dnia doszło między nami do spięcia.

GALA: Kłótnia?

ANNA MUCHA: Raczej rodzaj męskiej rozmowy. Powiedział mi wtedy mniej więcej tak: „Jak ja sobie wyobrażę, że chcę mieć na scenie olbrzymią dupę słonia srającą rowerami, to ty mi nie mówisz, że to jest niemożliwe, tylko pytasz, jakiego koloru mają być rowery”. Robi wrażenie. Nie lubiłam go, ale myślę, że praca z nim wiele mi dała. Nauczyłam się, co to znaczy kreatywność. Przestałam się wstydzić własnych pomysłów i chyba dzięki temu przy kolejnym spektaklu zaliczyłam najszybszy awans w karierze.

GALA: No to się pochwal.

 

ANNA MUCHA: Tym razem reżyserką była kobieta, Lear de Bessonet. To był piąty tydzień prób, siedziałam na widowni ze scenariuszem na kolanach, podpowiadałam tekst aktorkom. Nudziłam się i do koleżanki, która była obok, pisałam kartki z niezbyt przychylnymi uwagami, bo przedstawienie było średnie. Ponieważ piszę niewyraźnie, smarowałam dużymi, drukowanymi literami: „I can’t stand it. I can’t watch” („Nie mogę tego wytrzymać, nie mogę na to patrzeć” – od red.) itd. Nie zauważyłam, kiedy podeszła do mnie reżyserka z prośbą, żebym sprawdziła timing. Sięgam do stopera, a z moich kolan, jak na filmie, spływają owe kartki, napisem do góry, wprost pod jej nogi. Podniosła je, przeczytała, popatrzyła na mnie uważnie i powiedziała: „Porozmawiamy na przerwie”. Byłam pewna, że to koniec. Podczas przerwy podeszła do mnie, założyła ręce na piersiach i zapytała, co to miało znaczyć. Powiedziałam prawdę, że doceniam w spektaklu to i tamto, ale tu mi się nie podoba, a tam zrobiłabym inaczej. Patrzyła na mnie, nic nie mówiła, w końcu oświadczyła: „Od jutra nie pracujesz już jako stage manager... – tu, jak przystało na reżyserkę, zrobiła dramatyczną przerwę – zostajesz moją asystentką”.

GALA: Masz tu jakieś życie poza szkołą?

ANNA MUCHA: O, tak. Gdy szukałam mieszkania, znalazłam takie, które było zbyt małe, żeby wstawić do niego łóżko. Wtedy zrozumiałam, dlaczego mówią o Nowym Jorku, że to miasto, które nigdy nie śpi. Jak tu spać na stojąco! Dziś mam poczucie, że żyję pełnią Nowego Jorku. Oczywiście jak siedzę w szkole od godziny 9 do 22, wracam do domu, padam na pysk i mnie nie ma. Ale jak mam trochę czasu, korzystam z możliwości: kino, teatr, park, sklepy, kawiarnie, koncerty.To jest miasto kompletne. Chcesz być w centrum wydarzeń, jesteś. Chcesz być sam, możesz. Po roku poznałam też kilka, teraz już bliskich mi osób. To między innymi Basilica – Wenezuelka, oraz rodzina Żydów, emigrantów z Polski z 68 roku, i ich dzieci, które są mniej więcej w moim wieku. Bardzo dużo tym ludziom zawdzięczam. Są moją podporą, zastępczą rodziną.

GALA: Czego się tu nauczyłaś?

ANNA MUCHA: Doceniać swoją pracę. Na jednych z pierwszych zajęć wszyscy się przedstawialiśmy. Byłam w grupie ludzi, którzy mieli na koncie jakieś elementarne doświadczenia w zawodzie: przedstawienia szkolne, kółka teatralne, występ w amatorskim teatrze, ogniska twórcze... Kiedy nadeszła moja kolej, odruchowo powiedziałam: „I’m professional actress” („Jestem profesjonalną aktorką” – od red.), co wynikało raczej z poziomu mojego angielskiego, a nie z przemyślanej decyzji, że chcę im zaimponować. Zabrzmiało to dumnie, więc wykładowca mnie zapytał: „A co cię czyni profesjonalną aktorką?”. Pierwszy odruch, jaki miałam, to skulić się ze wstydu, zwinąć jak ślimak, schować. No bo faktycznie, pomyślałam „po polsku” – jaka ze mnie profesjonalna aktorka, skoro nie skończyłam żadnej artystycznej szkoły, tylko po prostu od dziecka gram.

GALA: Domyślam się, że puenta będzie mocniejsza.

ANNA MUCHA: No tak, bo nagle uświadomiłam sobie, że niedługo minie 20 lat, odkąd zaczęłam grać. Gram i niemal każdego dnia jacyś ludzie weryfikują to, jak gram i czy będę to robić dalej. Nie robię nic innego. Jestem aktorką – to jest moja praca, mój zawód, moje życie. Więc popatrzyłam na niego i powiedziałam: „18 lat pracy w tym zawodzie czyni ze mnie profesjonalną aktorkę. To, że za bilet lotniczy, za studio na Manhattanie, za tę szkołę i waciki do twarzy zapłaciłam pieniędzmi zarobionymi graniem”. Kiedy to z siebie wyrzuciłam, poczułam się dobrze. Kilka tygodni później poszłam na spotkanie z Alekiem Baldwinem w ramach „Inside the actors studio”. Ten popularny aktor mówił, żeby zacząć doceniać rolę telewizji, nie dewaluować seriali ani programów rozrywkowych. Bo to dzięki nim aktorzy mogą grać i rozwijać się w teatrach, spełniać marzenia czy wykarmić rodzinę. Dziś jestem bardziej świadoma tego, kim jestem. Jaką jestem – po raz pierwszy w życiu nie boję się tego słowa – kobietą. I jaką aktorką. Po tym, jak przejechałam pół świata, wiem już, że najgorszą formą samotności jest źle się czuć w swoim towarzystwie.

GALA: Amerykańska przygoda dobiega końca. Jakie masz plany?

ANNA MUCHA: Czasami człowiek potrzebuje bodźca, rozkazu, hasła – żyjesz, to zrób coś. Możesz całe życie siedzieć w domu i snuć fantastyczne plany, ale możesz też wyjść i coś zrobić. Tylko wtedy posuniesz się do przodu. Witek Adamek, operator filmowy, powiedział kiedyś: „Kocham swoją pracę i nie zamieniłbym jej na żadną inną”. Ja się pod tym podpisuję. Chcę czuć satysfakcję z pracy, spełnić się w zawodzie. Co dalej? Zdecydowałam się na rok nauki w tej szkole i właśnie go zaliczyłam. Wbrew plotkom z niczego nie rezygnuję, niczego nie przerywam. Zrobiłam to, co sobie założyłam, chciałabym, żeby to było jasne. To był czas tylko dla mnie. Teraz przyjeżdżam do Polski na kilka miesięcy z nowymi planami na kolejny rok, będący moim 20-leciem w zawodzie. Amerykanie mówią: „Myśl wielkimi literami”