Założyła fundację edukacyjną dla dzieci, myśli o kolejnych studiach. Uwielbia pracę w zespole. Razem ze Stellą, Klaudią i Bernadettą – redaktorkami i wydawczynią „Pytania na śniadanie” – przejmuje się wskaźnikami oglądalności. Właśnie zaczęła prowadzić w TVP nowy teleturniej interaktywny i zaplanowała z Tadeuszem Olszańskim, ojcem Michała, z którym prowadzi „Pytania..”, wypad na reportaż o Kresach.

ANNA POPEK: Zanim ruszyłam na spotkanie z tobą wprost z telewizji, mówię do dziewczyn z pracy: „Idę na wywiad do »Gali «, powiem, że mam kochanka i budzę się w jego ramionach”. One na to: „Ani się waż, puknij się w czoło. To nie jest kraj dla kochanków, tu się budzimy w ramionach mężów”. To prawda.

GALA: Znam parę wyjątków.

ANNA POPEK:  Obie znamy. Żarty żartami, ale szłam i myślałam, co ci powiedzieć, żebyś nie miała skandalu, a miała belki. Tak w telewizji nazywamy mocne, sensacyjne hasła.

GALA: W prasie uwagę czytelnika przyciągają wyimki i lidy. À propos skandalu, krąży niezła plotka na twój temat.

ANNA POPEK:  Aaa… chodzi ci o ten romans z wicepremierem? Niczego nie dementuję. Są wyznawcy poglądu, że tylko wiadomości zdementowane są prawdziwe. Wiesz, że tym pytaniem przypomniałaś mi inną mocną przygodę? Dwumiesięczną traumę, w którą popadłam tuż po podjęciu pracy w Ministerstwie Finansów. W chwilę po tym, jak zostałam doradcą wicepremiera Grzegorza Kołodki, na okładce „Gali” ukazało się moje zdjęcie z dekoltem do pępka! I jeszcze ten tytuł: „Tajna broń ministra finansów”. Przybiegł do mnie dyrektor gabinetu politycznego: „Pani Aniu, czy pani oszalała? Przecież pani jest poważną osobą. Co pani robi?”. Tymczasem moje zdjęcie było zrobione dużo wcześniej – nie było wtedy mowy o okładce... Myślałam, że mnie od razu wyleją, poszarzałam na twarzy od stresów.

GALA: Uważam cię za bardzo ambitną kobietę. Byłaś doradcą w MF, rzeczniczką PLL LOT, dziennikarką newsową w „Panoramie”, kulturalną w Radiu dla Ciebie, gdzie prowadziłaś program o książkach. Zagrałaś w kilku filmach, wzięłaś udział w największych telewizyjnych formatach, choć z różnym skutkiem.

ANNA POPEK:  Po kolei. Szczerze mówiąc, z mojej ministerialnej przygody niewiele rozumiałam, jeśli chodzi o esencję samej polityki – władzę. Nie będę udawała eksperta. Natomiast bardzo zainteresowała mnie polityka jako dziedzina kreacji i marketingu. Może to zabrzmi okrutnie, ale – niestety – coraz mniej w niej merytokracji. Wizerunek i uwodzenie to dziś nie druga, lecz pierwsza natura polityka. Zresztą rząd upadł po ośmiu miesiącach, a ja wróciłam do telewizji.

GALA: Gdzie przyjęto cię z otwartymi ramionami.

ANNA POPEK:  Nie przesadzaj. Powiedzmy, że pozwolono mi się wsunąć przez uchylone drzwi, ku mojej radości. Bo uwielbiam pracę w zespole, nakręca mnie. Moje „Pytanie na śniadanie” wręcz kocham. Niech będzie, że to mój „kochanek poranny”, w którego ramionach budzę się raz w tygodniu. Wolałabym częściej, ale mam Oliwię i Gosię, które muszę odchować. Skończył się rok szkolny, a oceny różne, mówiąc oględnie. Muszę się wziąć do roboty. Jedna i druga są dość zdolne, ale trochę obiboki. Matka prezenterka nie zadbała, musi się uderzyć w piersi.

GALA: Twoje dziewczynki mają chociaż siebie, gdy ty się bez pamięci poświęcasz telewizji.

ANNA POPEK:  Ależ nie dopuszczam, żeby mnie na okrągło nie było w domu! Już pracowałam w newsach, więc wiem, jak ta praca wygląda. Gdy prowadziłam poranne wydania „Panoramy”, przychodziłam na dyżur na 6.00, o 21.00 było ostatnie wieczorne wydanie. Harówa od świtu do nocy. Dziennikarstwo polityczne to inny typ myślenia – ofensywny, agresywny, zdecydowany. Sprawy załatwia się od razu, podejmuje decyzje, wątpliwości zostawia na potem. Tempo i natężenie uwagi takie, że wieczorem nie ma się sił na żadne domowe sprawy. Powiedziałam sobie: „Nie chcę tak, mam dzieci”. Zrezygnowałam, po urodzeniu córki zostałam rzeczniczką prasową LOT-u. Pomyślałam: „Może praca od 8.00 do 16.00 będzie lepsza na tę chwilę mojego życia?”.

GALA: Była? Czy trafiłaś z deszczu pod rynnę?

ANNA POPEK:  Wpakowałam się w moment, gdy ujawniono ujemny wynik finansowy LOT-u. Później prezes podpisywał umowę z British Airways, a ja prowadziłam Memorandum of Understanding – wielką imprezę z udziałem VIP-ów, szefostwa, ministrów. Potem ktoś cichcem podpisał umowę ze Swissairem, a ten zaraz splajtował. To taka chwila, że się człowiekowi świat wali na głowę. Pewnej niedzieli musiałam zwołać konferencję prasową na szybko, bo stewardesa upiła się na Teneryfie i narozrabiała. Wchodzę na lotnisko i widzę reportera popularnego radia, który czekał na pasażerów pechowego lotu. Przemknęło mi przez myśl, żeby go może zamknąć w toalecie, ale nie wystarczyło mi odwagi. Skandal poszedł w świat z detalami. Czasami tak bywa, bierzesz sobie na głowę kłopot za kłopotem.

GALA: Nie mogłaś rzucić wszystkiego w diabły?

ANNA POPEK:  Chciałam, ale nie mogłam. Mój mąż startował jako przedsiębiorca, miał małą firmę komputerowo- informatyczną. To normalny facet, któremu różnie się wiodło. Raz dobrze, raz źle. Był czas, że brałam na siebie ciężar utrzymania domu.

GALA: Długo jesteś mężatką?

 

ANNA POPEK:  Muszę policzyć... prawie 15 lat? Tak, pobraliśmy się w 1995, bo Oliwka ma 13 lat, urodziła się półtora roku po ślubie. Gosia ma 10 lat. Nie kierowałam się zatem tylko ambicją, o którą mnie posądzasz. Bo sama ambicja nie wystarczy, musi iść w parze z konsekwencją i samozaparciem. Gdybym była tylko ambitna, poświęciłabym dzieciaki. I więcej pracowała nad sobą – erudycją, wizerunkiem, starannością ubioru, wymowy, dykcji. Staram się, ale mogłabym więcej. Barbara Krafftówna przed laty ćwiczyła z przyjaciółką dźwięczne „ł” całymi wieczorami, setki razy powtarzając: „Całuj całe ciało, całuj całe ciało, całuj…”. Gospodyni, która wynajmowała im pokój, nie mogła tego znieść. Gdy to sobie przypominam, myślę, że mogłabym więcej pracować nad precyzją języka, jego bogactwem, opanowaniem nerwów i kontrolą ciała w stresie. Nad tym, żeby nie oddychać szczytami, nie spinać barków

GALA: Miewasz tremę?

ANNA POPEK:  Za pierwszym razem zawsze się boję. Obojętne, o co chodzi. W „Gwiazdy tańczą na lodzie” byłam sparaliżowana strachem. Gdyby nie mój świetny partner, mistrz sportowy Filip Bernadowski, chyba w ogóle nie wyjechałabym na lód. Lubię za to prowadzić duże imprezy, zjazdy, wręczenia nagród, pikniki, sylwestry. We Wrocławiu, Krakowie, w Kołobrzegu. Szybko się zorientowałam, że się nie boję, przeciwnie, bardzo dobrze się w tym czuję.

GALA: Najgorszy sen prezenterki?

ANNA POPEK:  Kiedyś mi się śniło, że wyszłam na scenę naga. Sprawdziłam w senniku – nagość oznacza brak kłopotów. Bardzo mi się ta interpretacja spodobała. Boję się też dziur w pamięci. Ostatnio w „Pytaniu na śniadanie” uciekł mi termin jakiejś zapowiedzi. Michał – mój partner z planu – też nie wiedział. Pomógł mi gość, bo goście są fajni. Ale to wcale nie był najgorszy stres. Najbardziej przejmuję się wynikami oglądalności następnego dnia. Czy było dobrze, czy się podobało. Bo nawet najpiękniejszego programu nie możesz robić dla nikogo.

GALA: Przy „Pytaniu na śniadanie” partneruje ci Michał Olszański. Jak ci się z nim pracuje?

ANNA POPEK:  Rewelacyjnie. Przeserdeczny, przemądry, wyjątkowy. Był dyrektorem szkoły dla trudnej młodzieży, ma ogromne doświadczenie psychologiczne. Zawsze znajdzie dobre słowo i mądrą radę.

GALA: A ja podziwiam go za serce dla zwierząt.

ANNA POPEK:  Michał ma misję, naprawdę kocha zwierzęta. To u niego autentyczne, prawdziwe. Czy wiesz, że znam ludzi z kręgów show-biznesowych, którzy nie wezmą udziału w aukcji charytatywnej, jeśli nie ma kamer telewizyjnych? Niesmaczne, nieludzkie. Tyle sławy, tyle dobra otrzymuje taki człowiek od losu, od świata, a nie potrafi dać innym ani trochę.

GALA: O której wstajesz, gdy prowadzisz swoje „Śniadanie... ”?

ANNA POPEK:  O 5.15. Ale kiedy mieszkałam w Podkowie Leśnej, wstawałam znacznie wcześniej, miałam 30 km do pracy. To jeden z powodów, dla których się przeprowadzam. Bywało tak, że wyjeżdżałam z domu o świcie, a wieczorem prowadziłam koncert albo imprezę. Wtedy cały dzień z wielką torbą pełną ciuchów i kosmetyków plątałam się po mieście, bo nie opłacało mi się wpaść do domu. Przebierałam się albo spałam w samochodzie wiecznie zmęczona. Zrezygnowałam z „Czterech pór roku” z powodu dojazdów. Kiedyś jechałam na 9.00 rano do studia i wpadłam w korekgigant. Jechałam objazdami, skrótami, w pewnym momencie nawet pod prąd, błyskając światłami i trąbiąc, żeby tylko zdążyć. W studiu puścili dłuższe piosenki, bo program był na żywo. Wpadłam kwadrans spóźniona i odchorowałam to zdarzenie. Powiedziałam sobie: „Ostatni raz, tak nie może być, to nie ma sensu. Dzieci cię widzą rano i wieczorem, pojawiasz się, znikasz, dom do góry nogami”. Teraz jadę do pracy kwadrans.

GALA: Ludzie znani z telewizji są na cenzurowanym. Ostatnio pisano, że w twoim małżeństwie źle się dzieje.

ANNA POPEK.: Teściowa zadzwoniła do Andrzeja, więc kupił gazetkę i pokazał mi ją z odpowiednią miną. Przykro mu było, a to dziewczyna, nasza sąsiadka, opowiedziała o nas takie głupoty.

GALA: Chciała zrobić wam przykrość czy zwyczajnie chlapnęła coś do prasy?

ANNA POPEK:  Chlapnęła. Sama się przyznała. Przez jakiś czas się nie lubiliśmy, ale potem mi przeszło. Sprawa bez znaczenia, bo przecież ważne, jak naprawdę jest między nami. A bywa różnie. Nie powiem ci, że moje małżeństwo to ideał, nie powiem ci, że jest złe. To normalny, żywy, zmienny związek. Ale walczymy, staramy się polepszać siebie i nasze relacje. Człowiek się zmienia, zmieniają się jego priorytety, ale też najgorzej jest oceniać sytuację zbyt pochopnie. To dotyczy życia w ogóle. Trzeba dać sobie czas.

GALA: Jakim ojcem jest twój mąż Andrzej?

ANNA POPEK:  Dobrym, choć zabieganym. Ma dużo do kochania: trzy baby w domu. Ciekawe, ale to on jedyny wie, co gdzie leży w domu. W końcu, co się dziwić, sam go zbudował! I ma jeszcze sukę Karmel, którą kupiliśmy na targu w Brwinowie. Rok się zastanawiałam, jaką rasę wybrać, a mamy ślicznego, kochanego mieszańca. Mamy też papugę – gatunek żako, która deklamuje: „Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie…”. Mówi też inne rzeczy – nie będę powtarzała, bo są trochę niecenzuralne. Zabrałam ją kiedyś do studia telewizyjnego. Siedziała mi na ramieniu, ale była tak speszona, że nie odezwała się ani razu. Niedawno uzmysłowiłam sobie, że będzie żyła 70 lat. Mnie już na świecie nie będzie, a ona jeszcze będzie gadać to, czego ją nauczyłam: „Halo, halo, szósta rano, pora wstawać”.

GALA: Gdy myślisz sama o sobie, to czujesz się gwiazdą, lubianą gwiazdą?

 

ANNA POPEK:  Żadna ze mnie gwiazda, może osoba popularna. Dostaję dużo korespondencji elektronicznej od telewidzów. To wielka satysfakcja. A jak mnie widzą? Sądząc z tej poczty, różnie. Wiele osób mnie lubi, lecz zdaje mi się, że równie wielu nie chce do końca wiedzieć, jaka naprawdę jest osoba z ekranu. Mają swoje wyobrażenie i to im wystarcza. Ta pinda, a ta fajna. Ten cool, tamten dupek. Być może ludzie muszą upraszczać, żeby w ogóle zrozumieć i ogarnąć świat? To pierwsza zasada profesora Roberta Cialdiniego, światowej sławy psychologa społecznego, którą opisał w książce „Wywieranie wpływu na ludzi”.

GALA: Wzięłaś udział w „Gwiazdy tańczą na lodzie” i wysoko zaszłaś. W „Tańcu z gwiazdami” szybko odpadłaś. Co się stało?

ANNA POPEK:  I dobrze, nie żałuję. Dzięki łyżwom odkryłam ciało. Doda mi powiedziała: „Gdy wyjeżdżasz na lód, widać, że się boisz”. Prawda, ja, pańcia z telewizji, która nigdy wyczynowo nie trenowała, najpierw się trzęsłam, żeby mi łyżwa oka nie wybiła, a dopiero potem zaczęłam znajdować w tym morderczym treningu nieco przyjemności. Wtedy poszłam do psychologa sportowego, długo z nim rozmawiałam, ale stres i strach czułam do końca. Bałam się występu, nie upadku, ale, jak mówiłam, zyskałam świadomość ciała, a to ważna część kobiecości.

GALA: „Taniec” się skończył i po co ci ta „świadomość ciała”?

ANNA POPEK: Bo to strasznie fajne uczucie. Nie odpuściłam, regularnie chodzę na pilates. Zyskałam świadomość mięśni, panowanie nad ruchami, mam lepszą kondycję.

GALA: To pewnie urządzanie domu cię nie męczy?

ANNA POPEK:  Sprawia frajdę. I to jaką! Kupuję firanki, upinam zasłony, ustawiam meble. Tamtego domu nie ogarniałam, ciągle coś się psuło, a ja fachowców przez telefon instruowałam, a to kwiatki trzeba było sadzić, podlewać. Jestem domatorką, ale na mniejszą skalę. Domatorką mieszkaniową