GALA: Oglądasz sie na ulicy za kobietami?

ANNA PRZYBYLSKA: Bardzo często. Lubię kobiety. Uwielbiam je obserwować, zwracać uwagę, jak są ubrane, jak się poruszają, jak się zachowują, co mówią. Wydaje mi się, że większość kobiet ogląda się za innymi kobietami choćby z czystej ciekawości. Czasami są to pozytywne odczucia, a czasami nie. U mnie różnie to bywa.

GALA: Jakie kobiety przyciągają Twoja uwagę?

ANNA PRZYBYLSKA: Naturalne, bezpretensjonalne. Podobają mi się kobiety ubrane bez nachalności, bez agresywnego makijażu, które nie atakują mnie swoim wyglądem. Im mniej, tym lepiej – taką wyznaję zasadę. Oczywiście te, które wyglądają spektakularnie, też przyciągają moją uwagę, o na przykład ta dziewczyna... (do kawiarni w hotelu Hyatt wchodzi wysoka blondynka: czarne legginsy, 20-centymetrowe szpilki, wściekle różowa bluzka, złote łańcuchy, za krótka kurtka, gruba warstwa makijażu... Ania wydyma usta).

GALA: Usłyszałam nutę pogardy?

ANNA PRZYBYLSKA: Nie, nie gardzę kobietami. Po co? To nie ma sensu, poza tym ja bardzo dużo kobietom zawdzięczam. Ta dziewczyna po prostu przekombinowała. Szkoda mi jej, bo nie zdaje sobie sprawy, że dużo lepiej by wyglądała, gdyby było na niej mniej.

GALA: Tobie sie nie podoba, ale może mężczyźni inaczej na nas patrzą?

ANNA PRZYBYLSKA: Na pewno jest grupa mężczyzn, którym się to nie podoba. Ja myślę, że wszystko zależy od poczucia humoru, od tego, co nam w danym dniu siedzi w głowie. To jest jak z tolerancją na alkohol: jednego dnia upijasz się na maksa dwoma kieliszkami, innego wypijasz morze szampana i nic. Tak samo jest z mężczyznami. Jednego dnia chcą mieć w domu żonę, matkę swoich dzieci, ale akurat dziś mają ochotę popatrzeć na kogoś strasznie wyuzdanego, na wysokim obcasie, o czerwonych ustach ociekających seksem. Ale nie zastanawia mnie to jakoś specjalnie.

GALA: Podobno wygląd to nasza broń, która walczymy o mężczynę.

ANNA PRZYBYLSKA: Nie mam poczucia, że o coś walczę, a już na pewno nie o mężczyznę. Dla mnie stwierdzenie, że ktoś o coś walczy, oznacza, że ta osoba nie potrafi nawiązać bliskich relacji z innymi ludźmi, jest sfokusowana wyłącznie na siebie i prze do przodu po trupach.

GALA: Ty sie nie pchasz?

ANNA PRZYBYLSKA: Na pewno o nic nie walczę. Cieszę się tym, co mam, i moją sytuacją: dużo gram, mam dom, dzieci, bliskiego faceta. Mnie nawet cieszą rzeczy małe, banalne – że o 6 rano byłam na planie, że za chwilę pójdę na spacer, bo mam przerwę między zdjęciami, że sobie kupię na kolację puszkę tuńczyka i kukurydzy i je zjem. Ja się nie męczę sama ze sobą, nie męczę się z własnym życiem. Jedyne, co mi dokucza, to długa i ponura zima. Cieszę się, że nie mam depresji. Wiele moich koleżanek cierpi na nią, więc wiem, że to jest naprawdę poważna choroba. Myślę sobie: „Nie daj Boże, żeby mnie to spotkało”.

GALA: Brzmi jak zaklinanie rzeczywistości.

ANNA PRZYBYLSKA: Bo to jest chyba choroba naszych czasów. Z pogoni za pieniądzem, za spełnieniem, za nasyceniem... Mamy tyle możliwości, mamy tak ogromny wybór przyjemności, że czujemy się zagubieni i bezradni. I w związku z tym jesteśmy w jakiś sposób upośledzeni. Ktoś mądry kiedyś powiedział: „Wywalczycie sobie tę demokrację, ale będziecie nieszczęśliwi. Będziecie mieli wszystko, ale albo nie będziecie mogli sobie na to pozwolić, albo nie będziecie umieli wybrać”. To jest straszne i ja to widzę na przykładzie moich dzieci, które mają wszystko, ale wstają rano i mówią: „Mamo, ale mi się nudzi”. Klasyczny przykład przyszłych depresantów, choć bardzo bym sobie tego nie życzyła.

GALA: Według najnowszych badan szczęście dostajemy zapisane w genach. A Ty potrafisz się cieszyć.

ANNA PRZYBYLSKA: To prawda. Dla mnie przyjemnością jest, że mogę sobie pobiegać, że mam wolne pół godziny i zdążę pójść na masaż. Przyjemność mi sprawia, kiedy pracuję w Warszawie i jestem tu sama, bez dzieci. Większość dnia spędzam na planie, ale reszta czasu należy tylko do mnie. Wracam do hotelu, idę pod prysznic i wiem, że zaraz włączę sobie film na DVD albo pójdę do kina. Nie muszę robić dzieciom kolacji, szykować kąpieli, nie muszę ogarniać całej tej logistyki dnia, w którym wszystko podporządkowane jest dzieciom. Nie muszę się do nikogo dopasowywać. Mogę bezkarnie wyciągnąć się na kanapie przed telewizorem. Czuję się wolna.

GALA: Lubisz być sama ze sobą?

ANNA PRZYBYLSKA: Uwielbiam. Jestem osobą, która popada ze skrajności w skrajność – albo wrzawa, tłum, zamieszanie, albo totalna samotność. Lubię sama iść na spacer, do kina, do restauracji. Uwielbiam to. Wczoraj miałam krótką przerwę na obiad, poszłam sama do restauracji, usiadłam w kącie z widokiem na całą salę, zjadłam zupę pomidorową, popatrzyłam na ludzi. Jednego dnia jestem matką, żoną – piorę, sprzątam, gotuję, opiekuję się rodziną, drugiego dnia gwiazdą – gram na planie, udzielam wywiadu, pozuję do sesji. Każdy mój dzień jest inny i przynosi coś fajnego. Nie mam „dnia świstaka” i to jest w tym zawodzie najcudowniejsze.

GALA: Intuicja podpowiedziała Ci, co w życiu robić?

 

ANNA PRZYBYLSKA: To jest powołanie. Miałam wręcz pewność, że będę aktorką. Rozdawałam autografy w podstawówce (śmiech).

GALA: Zuchwała byłaś w tych marzeniach.

ANNA PRZYBYLSKA: Ja się po prostu nie boję. Pewność siebie mi pomogła, ale nigdy nie byłam bezczelna. Gram bezczelną, udaję, czerpię z Dody, która jest megabezczelna. Lubię też robić z siebie kompletną kretynkę, wiesz – twarz poszukująca rozumu (Ania robi minę blondynki, która się zastanawia, czy można wodę ugotować na twardo – dop. autorki), bo to bywa zabawne. Mam dystans do siebie i jest we mnie jakiś wstyd, granica przyzwoitości, żenady. A z drugiej strony nie wstydzę się próbować, nie wstydzę się powiedzieć: „Nie umiem, nie wiem, czy możesz mi pomóc?”. Wielokrotnie zdarzały mi się takie sytuacje na planie, że czegoś nie potrafiłam, ale miałam starszych kolegów, którzy mi pomagali i radzili: „Nie denerwuj się, podziel tekst, zrób tak i tak, a to spróbuj zagrać inaczej”. Ja słuchałam i dziękowałam.

GALA: Czyli recepta na sukces to dużo pewności siebie i poczucia humoru, trochę pokory.

ANNA PRZYBYLSKA: I ciekawości. Myślę, że pomaga mi to, że mnie ludzie ciekawią. Zawsze chciałam stać blisko innych, przysłuchiwać się, obserwować, być pomiędzy ludźmi. Uwielbiam być sama w restauracji, usiąść w kącie, gapić się na ludzi przy stolikach obok. Niektórzy się kłócą, inni uwodzą, zdradzają, załatwiają interesy, nudzą się... A ja mogę patrzeć, jak się za chwilę sytuacja rozwinie i jak zakończy. Kocham to. Wczoraj wieczorem siedziałam w restauracji U Kucharzy i gapiłam się jak sroka w kość, jak oni przygotowują jedzenie, jakie mają duże brzuchy i jakie to jest fajne i prawdziwe, że kucharz jest tłusty. Jeden siekał polędwicę na tatara, miał palce grube jak serdelki, ale zwinne. Kroił, dodawał, mieszał... To było jak zaproszenie do uczty. Pomyślałam, że nie zaufałabym chudemu kucharzowi.

GALA: Zabrzmiało apetycznie. Jaki zmysł masz najbardziej rozwinięty?

ANNA PRZYBYLSKA: Dotyk. Mam tak unerwione ciało, że właściwie nie musiałabym się kochać. Mnie wystarczy dotykać, osiągam orgazmy przez dotyk (śmiech). Plecy, dłonie, włosy, szyja, uszy.... Uwielbiam pocałunki. Pamiętam, grałam z Jankiem Fryczem u Christophera Doyle’a. Mieliśmy tam sceny, kiedy Janek stawał z tyłu i tylko chuchał mi w kark, a mnie ciarki przeszywały (śmiech). Węch też mam silnie rozwinięty. Zapach jedzenia, kuchni jest dla mnie niesłychanie ważny. Uwielbiam chodzić po klatkach schodowych, wąchać i zgadywać, co dziś będzie na stołach. Uwielbiam zapach mężczyzn, męskich perfum, byle nie nachalny. Uwielbiam zapach wypielęgnowanej męskiej skóry, ale zapach kobiet też lubię. Uwielbiam obwąchiwać koleżanki na planie.

GALA: Masz bardzo erotyczny głos, kiedy o tym opowiadasz.

ANNA PRZYBYLSKA: Podobno mężczyźni lubią mnie słuchać (śmiech). Ale ja siebie samej nie, bo uważam, że mój głos jest skrzekliwy. Agnieszka, moja siostra, jak mi chciała dokuczyć, mówiła: „Ty nigdy nie będziesz śpiewać, nigdy nie zrobisz kariery, bo masz głos jak pijak spod budy z piwem”.

GALA: Dostałaś w życiu po nosie?

ANNA PRZYBYLSKA: Pewnie. Wiele razy.

GALA: Łatwo się podnosisz?

ANNA PRZYBYLSKA: Mam dużo siły, trudno mnie złamać. Padam, wstaję, padam, wstaję... Może dlatego, że jestem bardzo kompromisowa. Ale potrafię też być diabłem. Mam twarz anioła, ale duszę diabła. Robię swoje duże oczy i jakoś mi uchodzi. Zawsze jednak potem przepraszam, bo tego mnie matka nauczyła. Ale jeśli ktoś wykorzystuje moje błędy, to, że bywam emocjonalnym głupkiem, po to żeby mnie zranić, kończę znajomość i palę mosty. Nie utrzymuję kontaktów z ludźmi, którzy mnie zranili. Nie ma takiej możliwości.

GALA: Jak wygląda Twoja diabelska natura?

ANNA PRZYBYLSKA: Jest bardzo brzydka, czarna i zła. Nie chcę o niej mówić. Mam kilka czarnych historii za sobą, a one są okrutne. Za coś takiego idzie się do piekła. Pocieszam się, że każdy ma taką ciemną stronę siebie, ja niestety też ją posiadam. I bardzo się wtedy nie lubię. Tak jak Marilyn Monroe podchodzę do lustra i szukam przyjaciółki, ale jej tam nie ma. Parę dni trzeba na to, żeby ona wróciła.

GALA:  Powiedziałaś, że nie gardzisz kobietami, bo dużo im zawdzięczasz.

ANNA PRZYBYLSKA: Pamiętam czas, kiedy robiłam „Sezon na leszcza”. To był mój drugi poważny film i w ogóle taki przełomowy rok w moim życiu. Spotkałam na planie charakteryzatorkę Marysię Dziewulską. Spędziłyśmy wiele godzin na rozmowach i ona mi nakładła do głowy dużo mądrych rzeczy. Z jednej strony mi matkowała, z drugiej traktowała po koleżeńsku, choć to była dużo starsza kobieta. Cały czas ją widzę w okularach spuszczonych na czubek nosa, z twarzą zanurzoną w gęstych włosach, zaśmiewającą się i opowiadającą mi jakieś historie. Bardzo mi wtedy pomogła. Przeżywałam pierwszą poważną miłość, to był mój pierwszy facet, z którym mieszkałam i właśnie wtedy się z nim rozstawałam. I ona mi tłumaczyła, że można mężczyznę kochać, ale też grać w filmach, pracować. Że kobieta musi mieć swój świat, a prawdziwa miłość wcale nie polega na tym, żeby wszystko jej poświęcić. Wiele mądrych rzeczy od niej usłyszałam. Okropnie mnie rąbnęło, kiedy się dowiedziałam, że Marysia nie żyje.

GALA: Jakie kobiety Cię inspirują?

 

ANNA PRZYBYLSKA: Takie jak Marysia. Namacalne, prawdziwe osoby. Uwielbiam kobiety w pracy: charakteryzatorki, garderobiane, kostiumografki... Uwielbiam kobiety dojrzałe, które mają mężów, kochanków, rodziny, dzieci, są po przejściach, wiele już doświadczyły, przeżyły, widziały. One mi zawsze dobrze radzą, zawsze sensowne rzeczy kładą mi do głowy. Uwielbiam też moich kolegów, oczywiście. Jak mam problem, nie wiem co zrobić, to właśnie ich pytam i słucham, co mówią. Mam do nich zaufanie, bo wiem, że oni już to wszystko wiedzą. Są dziadkami, mężami, aktorami, kochankami, rozwodnikami, ojcami. Mówią: „Anka, zrobisz tak, będzie dobrze, nie zrobisz, też będzie fajnie, ale spróbuj, ja ci radzę. Coś nie wychodzi w małżeństwie? Normalne, przechodzicie kryzys, poczekaj, przejdzie. Nie rób żadnych głupstw pochopnie”.

GALA: Masz jedna, najważniejszą osobę, której sie zwierzasz?

ANNA PRZYBYLSKA: Małgosię, moją menadżerkę, moją przyjaciółkę. Jest mądrą kobietą, to mój psychoanalityk – pięć lat starsza, wiele w życiu przeżyła, wiele nas łączy. Obie straciłyśmy ojców, mamy dzieci, ona też żyje w nieformalnym związku. Jest pięć lat do przodu i wie, co za chwilę mnie spotka, co będzie.

GALA: Myślisz o swojej przyszłości?

ANNA PRZYBYLSKA: Czasami się martwię, że będę starą prukwą, której nikt na planie nie będzie mógł znieść, bo będzie zrzędzić, wszystkim dokuczać i się wymądrzać. To jest najgorsze, co może mnie spotkać. Oby nie! Chciałabym być jak Beata Tyszkiewicz, która jest spełnioną damą, potrafi poświntuszyć, bluznąć, pali papierosy, a przy tym ma niesłychaną klasę, maniery i styl. Uwielbiam ją i tym bardziej nie chcę być sfrustrowaną aktorką, która nienawidzi młodszych koleżanek, zazdrości im urody, wyglądu, propozycji. Boże, jak ja bym tego nie chciała!

GALA: Chyba jesteś na to za dowcipna.

ANNA PRZYBYLSKA: Ciekawa jestem, co ze mnie wyrośnie (śmiech). Nigdy nie wiesz, co cię w życiu spotka. Dziś jestem szczęśliwa, mam fajnego faceta, mężczyźni się za mną oglądają, dużo gram, ale za chwilę wszystko może się zawalić i będę palce gryźć. Boję się trochę tej starości. Boję się umierania... Bardzo się boję. Wiem, że śmierć jest nieunikniona, całe życie się z nią oswajamy. Ale może dlatego, że mam rodzinę, nie potrafię pogodzić się z myślą, że ktoś będzie po mnie płakał. Ja umieram i mam święty spokój, ale po mnie zostaje żal matki czy rozpacz dziecka. To jest irracjonalne, ale często myślę o tym, jak bardzo skaleczyłabym swoje dzieci, gdybym przedwcześnie umarła. One już nigdy nie byłyby tymi samymi beztroskimi, pogodnymi dziećmi co teraz. Czuję się wtedy strasznie. Dlatego w skrytości liczę na to, że zostanę leciwą babcią wielkiej rodziny, choleryczną i temperamentną, ale też pogodną i rezolutną, która wszystkim pomaga, opiekuje się wszystkimi i ich wspiera.

GALA: Rozczulasz sie czasami nad sobą?

ANNA PRZYBYLSKA: Oj, tak! (śmiech). Nie wiem, czy nie za bardzo. Ale ja to robię celowo. To jest taki rodzaj katharsis, żeby się oczyścić. Siedzę w samochodzie i wyję (Ania brawurowo odgrywa tę scenkę – dop. autorki). Wiem, że łzy to jest najlepsze oczyszczenie organizmu ze złych emocji, złych stanów. Jak tego nie robisz, to jest ci w życiu słabo. Trzeba poryczeć. I ja robię to często.

GALA: Potrzebujesz widowni?

ANNA PRZYBYLSKA: Nie. Ryczę w samochodzie, w domu, przy gotowaniu. W kompletnej samotności. 

GALA: Masz zawód, który daje Ci sławę, pieniądze i niezależność. Żałowałaś kiedyś, ze nie masz tego wszystkiego tylko dla siebie, ze urodziłaś dzieci?

ANNA PRZYBYLSKA: Spotkałam niedawno moją cudowną kostiumolog Kasię – à propos kobiet, które mnie inspirują. Powiedziała mi, że z dziećmi jest tak, że nigdy się nie przyznasz, że jedno kochasz mniej, a drugie bardziej. Ale właśnie tak się w życiu dzieje, bo jedno będzie bardziej do ciebie podobne, a drugie mniej. Kiedy miałam 23 lata, wydawało mi się, że jestem taka dorosła, taka za te dzieci odpowiedzialna... A teraz czuję się jak niedojrzała smarkula. Wracam z planu i mówię: „A co to lata mi tu po mieszkaniu i czego ode mnie chce?! Boże, po co ja te dzieci tak wcześnie rodziłam?!” (śmiech). Z drugiej strony zaś dzięki nim nie jestem sama. I myślę czasami, że być może później nigdy bym się na dzieci nie zdecydowała. A to, że je mam, jest piękne. Cały czas tak balansuję. Mam jeden dzień kwarantanny, a potem nie wyobrażam sobie życia bez nich. Jadę do Warszawy do pracy i jest mi ciężko i źle, że są daleko ode mnie. I tak w kółko.

GALA: Chyba w każdej matce drzemie trochę egoistki.

ANNA PRZYBYLSKA: W moim przypadku, przyznam szczerze, tak jest. Jestem niecierpliwa. Pochodzę z wojskowej rodziny, gdzie panował dryl, więc u mnie wszystko musi być na czas: szybki obiad, szybka kąpiel, szybka bajka na dobranoc... Ja tak planuję logistykę dnia, żeby nie doprowadzić do sytuacji, że nagle będę musiała układać z dziećmi puzzle na podłodze. Od tego jest mój stary. Przyznaję się do tego, co mnie zresztą wcale nie usprawiedliwia. Bo to, że się przyznaję, nie znaczy, że jestem taka w porządku, tylko powinnam nad tym popracować.

GALA: A pracujesz?

ANNA PRZYBYLSKA: Staram się. Ja niestety szybko się wszystkim nudzę. Cały czas potrzebuję jakiegoś stymulatora, cały czas musi mnie coś łechtać, coś mnie podniecać. Jak nie czuję tego drylu, to wolę się wyłączyć od ludzi, bo jestem wtedy nieznośna. Kiedy zaczynam nową produkcję i ktoś mnie pyta, czego bym sobie życzyła, zawsze mówię: „Żeby mi się cały czas tak chciało jak dzisiaj, jak tego pierwszego dnia”. Bo moje życie poza filmem też składa się z filmów. Dziś jestem gwiazdą, udzielam wywiadu, jutro matką, żoną, pojutrze będę wdową. Wczoraj byłam w Turcji, dziś jestem w Warszawie, jutro w Łodzi, pojutrze wyjeżdżam do Włoch na narty. Wszędzie gram dla innej widowni.