"Uważam, że jest to bardzo nietaktowne pytanie. Proszę mnie zostawić w spokoju. Natychmiast!” – powiedziała stanowczo Anna Wintour. Naczelna amerykańskiego „Vogue’a” od ponad trzech miesięcy jest dręczona przez wścibskich dziennikarzy. Wszyscy chcą się dowiedzieć, czy pogłoski o jej odejściu z wydawnictwa są prawdziwe. 59-letnia „lodowa królowa”, jak mówią o niej współpracownicy i ludzie, którzy choć raz mieli okazję ją spotkać, nie chce jednak niczego komentować. Tylko ostatnio coraz rzadziej pojawia się na oficjalnych przyjęciach. Woli siedzieć w domu i przesadzać rośliny doniczkowe. Bo – jak sama kiedyś przyznała – tylko to pomaga jej skutecznie rozładować napięcie.

JEST WCIELENIEM SZATANA

Głośno o zwolnieniu Anny Wintour zrobiło się wtedy, gdy szefowie wydawnictwa Conde Nast przyznali publicznie, że koncern ma problemy finansowe. Wycofano ze sprzedaży magazyn muzyczny „Fashion Rocks” i zmniejszono liczbę numerów „Men’s Vogue” z 10 do 2 w roku. Sytuacja biblii mody, zarządzanej przez Wintour, również nie wyglądała najlepiej. Liczby mówiły same za siebie. „Vogue” z miesiąca na miesiąc miał coraz gorszą sprzedaż, coraz mniej stron i reklam. Szefowie wydawnictwa od razu zaczęli szukać winnych. Na ich liście na pierwszym miejscu znalazła się oczywiście Anna Wintour. To na nią posypały się gromy. Członek zarządu Conde Nast, Si Newhouse nie chciał podobno słuchać jej wyjaśnień. Nie docierały do niego argumenty, że gorsza sprzedaż wynika głównie z kryzysu finansowego na Wall Street. Zażądał natychmiastowej poprawy. Chciał także, by Anna odświeżyła wizerunek pisma. „Potrzebne są jakieś zmiany. Zrób coś z tym. W przeciwnym razie pożegnasz się ze swoim stanowiskiem” – zagroził.

Na wieść o potencjalnym odejściu żelaznej damy modowego dziennikarstwa z entuzjazmem zareagowało pewnie wielu jej pracowników. Nie od dziś wiadomo, że Wintour sieje postrach, gdziekolwiek się pojawi. Jest niemiła, zimna i wyrachowana. Zadaje się tylko z ludźmi, którzy coś znaczą. Innymi pomiata. Redaktorki, które miały okazję dla niej pisać, wielokrotnie skarżyły się na podły charakter Anny. Boją się jej złowieszczego spojrzenia, które często ukrywa za dużymi, ciemnymi okularami. „Anna to wcielenie szatana. Dlatego chowa przed światem swoje żarzące się na czerwono źrenice” – plotkują. Opowiadają także o chorych regułach, jakie panują w nowojorskiej siedzibie „Vogue’a”. Wintour nie toleruje w swojej redakcji podstarzałych dziennikarek w za długich kieckach. Otacza się tylko 30-letnimi atrakcyjnymi dziewczynami w modnych sweterkach od Missoni. Nie każdy z dziennikarzy może też z nią rozmawiać. Anna odzywa się tylko do szefów działów. Ale nawet z nimi nie lubi rozmawiać w windzie. Gdy wchodzi do budynku, wszyscy chowają się po kątach. U jej boku zostaje zazwyczaj tylko jeden człowiek – André Leon Talley. Przyjaciel, stylista i współpracownik Wintour, który każdy dzień zaczyna od powiedzenia swojej szefowej jakiegoś komplementu. „Nawet Morze Czerwone rozstąpiłoby się, gdyby Anna stanęła na jego brzegu” – brzmiał najsłynniejszy z nich.

TATUŚ POMÓGŁ IŚĆ NA SZCZYT

Dziennikarze z najbardziej poczytnych pism na świecie wciąż próbują rozszyfrować, jak doszło do zaskakującego sukcesu Anny. Zaskakującego, bo Wintour, która kieruje dzisiaj najpotężniejszym pismem o modzie, nie ma dobrego wykształcenia. Zrezygnowała z college’u, wolała zostać sprzedawczynią w butiku odzieżowym. Podobno jest małomówna, a kiedy już musi zabrać głos, ma problemy z doborem odpowiednich słów. Braki w wykształceniu nie przeszkodziły jej jednak w osiągnięciu upragnionego celu. Zanim trafiła do „Vogue’a”, przez długie lata ciężko pracowała w wielu magazynach o modzie. Godziła się nawet na głodowe pensje, ponieważ chciała być jak najbliżej pięknych ubrań. Jednak to nie tylko pracowitość i konsekwentne dążenie do celu pozwoliły Annie dojść na szczyt. Ważną rolę na jej drodze zawodowej odegrał ojciec, Charles Wintour. Szanowany dziennikarz „The Evening Standard” pomógł córce w karierze. Poznawał ją z odpowiednimi ludźmi. To on umówił ją na pierwszą poważną rozmowę w sprawie pracy z naczelną „Harper’s & Queen” Jennifer Hocking. Gdyby nie wpływowy Charles, nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Anny. Wintour doskonale o tym wie. Nigdy nie ukrywała, że to dzięki pieniądzom i kontaktom rodziców zaszła tak daleko. Uważała i uważa, że rodzina powinna się wspierać. Zresztą takie same zasady wpaja swoim dzieciom, Charlesowi i Bee. Dba o ich wykształcenie, przedstawia wpływowym osobom, a także wprowadza na modowe salony. Przynajmniej córkę. W 2003 roku załatwiła jej posadę w piśmie „Teen Vogue”, gdy Bee miała zaledwie 16 lat. Dziewczyna podobno bardzo szybko odnalazła się w świecie dziennikarstwa. Już po kilku dniach pobytu w redakcji wydawała rozkazy i dyrygowała koleżankami. Nikogo to jednak nie dziwiło. Dzisiaj mówi się o 22-letniej Bee, że jest tak samo złośliwa jak matka. Brakuje jej tylko przysłaniającej oczy grzywki i okularów.

KTO JĄ WYGRYZIE?

 

Amerykanie są przekonani, że zwolnienie Anny ze stanowiska naczelnej to tylko kwestia czasu. Zanim jednak do tego dojdzie, szefowie Conde Nast muszą znaleźć jej godną następczynię. A to nie będzie takie łatwe. W obliczu pogłębiającego się kryzysu fotel naczelnej „Vogue’a” powinna zająć osoba świetnie znająca rynek mediów, a także potrzeby wyrafinowanych konsumentek. Według ostatnich doniesień to prestiżowe stanowisko może objąć naczelna francuskiego „Vogue’a” Carine Roitfeld. Pod koniec zeszłego roku Si Newhouse pojechał podobno na krótkie wakacje do Paryża, by porozmawiać z charyzmatyczną Carine. Uznał, że to właśnie ona powinna kierować amerykańskim wydaniem pisma. Jest błyskotliwa, ma świetny gust i słabość do szalonych sesji zdjęciowych. Według Newhouse’a właśnie ktoś taki nadałby nowy wyraz trochę zbyt grzecznemu obecnie amerykańskiemu „Vogue’owi”.

Anna podobno wpadła w szał, gdy dowiedziała się, że być może to Roifteld zajmie jej miejsce. „Przecież ona ledwie mówi po angielsku” – zarzuciła swojej konkurentce. Nikogo jednak nie zdziwiły jej złośliwe słowa. W środowisku wszyscy wiedzą, że Wintour nigdy nie miała dobrych kontaktów z kobietami. Od lat skrupulatnie eliminowała wszystkie swoje konkurentki. Wśród ofiar Wintour znalazła się m.in. poprzednia naczelna amerykańskiego „Vogue’a”, Grace Mirabella. „Anna doprowadzała mnie do szału. Zanim zajęła moje stanowisko, była w »Vogue’u« dyrektorem kreatywnym. Urządziła sobie biuro w biurze. Nastawiała personel przeciwko mnie” – skarżyła się po latach Grace. Czyżby sytuacja się odwróciła? Czy teraz to inna głodna sukcesu dziennikarka zabierze Annie stanowisko? Nawet jeśli tak, nikt nie ma wątpliwości, że Anna nie przejdzie na emeryturę. Nieoficjalnie mówi się, że naczelna „Vogue’a” będzie współpracować z prezydentem USA Barackiem Obamą. Ma ponoć zostać jego rzeczniczką w Anglii lub Francji. Jej zadaniem byłoby ocieplanie stosunków między Ameryką a Europą. Wintour oczywiście niczego nie komentuje. Nie ukrywa jednak, że jest pod wrażeniem prezydenta i jego małżonki. Michelle pojawiła się nawet na okładce marcowego „Vogue’a”.

Dziennikarze zastanawiają się, czy Wintour próbuje w ten sposób podlizać się pierwszej parze USA, czy jest to po prostu kolejna zagrywka. W końcu Anna od dawna mówiła, że dobry magazyn powinien być jak dobre przyjęcie. Musi się w nim znaleźć piękna dziewczyna i polityk. Niezależnie od decyzji szefów Conde Nast Annie Wintour nie można odmówić jednego. Charyzmy. Zgrabna naczelna, która każdy dzień zaczyna od morderczego treningu na siłowni, jest dzisiaj wyrocznią w sprawach mody. Sama nieraz chwaliła się, że po radę przychodzi do niej nawet projektant Marc Jacobs. Nikt nie ma więc wątpliwości, że gdy szefowie Conde Nast faktycznie wręczą jej wypowiedzenie, Anna odbierze to jako osobistą porażkę. Miejmy jednak nadzieję, że odejdzie z klasą i nie pójdzie w ślady jednej z dawnych dziennikarek „Vogue’a”. Gdy po 40 latach pracy 80-letnia Margaret Case dowiedziała się, że została zwolniona, wpadła w rozpacz. Wróciła do domu, zapaliła ostatniego papierosa i... wyskoczyła z okna.