GALA: Mężczyzna musi być piękny, żeby był szczęśliwy? 

ARTUR BARCIŚ: Kiedy miałem 18 lat i patrzyłem na swoje odbicie w lustrze, tak mi się wydawało. „Wysoki, przystojny, a do tego jeszcze błyskotliwy młody mężczyzna ma dużo lepiej niż ten mały, chudy i brzydki” – myślałem.

GALA: Kompleksy.

ARTUR BARCIŚ: Były moim największym problemem. Miałem niskie poczucie własnej wartości jako mężczyzna, a może nawet jako człowiek. I to moje pochodzenie – bo ja pochodzę ze wsi pod Częstochową – i ten mój wygląd nie sprawiały, że jako młody facet byłem szczęśliwy czy choćby zadowolony.

GALA: Kiedy stał się pan wobec siebie trochę łaskawszy?

ARTUR BARCIŚ: Dojrzewając, trochę przybrałem na wadze i zacząłem wreszcie fizycznie bardziej być mężczyzną. Poznałem jakieś dziewczyny i przekonałem się – chociaż na początku byłem nieufny – że dla nich liczy się też poczucie humoru, intelekt. Pomyślałem, że uroda nie jest aż TAK ważna, a w końcu stwierdziłem, że w gruncie rzeczy ja nie jestem aż TAK brzydki (śmiech).

GALA: Wtedy poczuł pan, że się uda?

ARTUR BARCIŚ: Skończyłem studia, zakochałem się, zacząłem odnosić pierwsze sukcesy. Zagrałem u Jerzego Hoffmana w ,,Znachorze”, pojawiłem się na dużym ekranie i zobaczyło mnie kilka milionów ludzi. Powoli naprawdę zacząłem wierzyć w to, że jestem coś wart. Jeśli będę pracował, będę się starał i nie odpuszczę, to mogę nawet osiągnąć sukces.

GALA: I udało się. Patrząc dziś w lustro, nadal myśli pan o swojej fizyczności?

ARTUR BARCIŚ: Myślę, oczywiście, ale mam już do tego dystans. Wiem, ile mam lat – 52 – mam świadomość swojego wieku, ale i tak nie podoba mi się, że jestem łysy! Wolałbym nie być! (śmiech) Oczywiście gdzieś tam pogodziłem się z tym, nie używam żadnych zaczesek, tupecików – jak np. mój bohater w serialu ,,Ranczo” – nie zrobiłem sobie przeszczepów ani implantów, chociaż mi to nawet proponowano... Ale fakt jest faktem – kiedy nie jestem łysy, wyglądam młodziej.

GALA: To dlaczego nie skorzysta pan z dobrodziejstw medycyny?

ARTUR BARCIŚ: Byłoby w tym coś fałszywego. Oszukiwanie i siebie, i widzów, którzy przecież doskonale wiedzą, jak wyglądam. Nie zdziwiłbym się, gdyby ludzie zaczęli się śmiać, widząc mnie na ulicy z bujną czupryną. Słusznie uznaliby, że to z mojej strony zachowanie głupie i małostkowe. Świadczące o tym, że przywiązuję do swojego wyglądu wyjątkową wagę. A aż takiej nie przywiązuję (śmiech).

GALA: Co dojrzałemu mężczyźnie daje poczucie siły, wartości?

ARTUR BARCIŚ: Władza, bo pozwala kreować rzeczywistość. Kilka razy doświadczyłem tego, kiedy bywałem reżyserem. W naszym środowisku reżyser to ktoś pierwszy po Bogu. Reżyser tworzy dzieło i ma całą masę ludzi, którzy mu w tym pomagają: aktorów, techników, operatorów, oświetlaczy, kompozytorów, scenografów... Ale to on jest najważniejszy. Frajda, przyjemność z posiadania takiej władzy jest ogromna.

GALA: A władza nad widzami?

ARTUR BARCIŚ: Mały element tej władzy mam wtedy, kiedy wychodzę na scenę i swoją grą mogę manipulować ich emocjami. Robię pauzę, jest cisza i ja to spowodowałem. A na ulicy, w cywilu, w żadnym wypadku nie mam nad ludźmi władzy. Co najwyżej cieszę się ich sympatią, co czasami bywa dla mnie zbawienne.

GALA: To znaczy?

ARTUR BARCIŚ: Regularnie zdarzało mi się zapomnieć zabrać kartę kredytową z bankomatu. Ostatnio już nie, bo nie dostaniesz gotówki, dopóki nie wyjmiesz karty, ale kiedyś było odwrotnie. Wystukiwałem PIN, wyszarpywałem pieniądze i biegłem dalej, bo ja się czasami tak zawieszam. Myślę o jakiejś roli, jestem w innym świecie i robię coś, nie będąc świadom, że to robię. Po paru godzinach dzwoni do mnie np. pan ze stacji benzynowej albo pani z banku – nie wiem, jak udaje im się zdobyć mój numer. I mówią: „Panie Arturze, niech pan wraca, bo pan tu kartę kredytową zostawił”.

GALA: Zawiesił się pan ostatnio?

ARTUR BARCIŚ: Kilka dni temu podjechałem moim nowym samochodem, który jest dieslem, na stację benzynową, żeby zatankować. Zobaczyłem przyklejoną kartkę, że nie przyjmują kart kredytowych, bo zepsuł im się terminal. Zorientowałem się, że mam przy sobie tylko 100 zł i ani złotówki więcej, więc odruchowo złapałem za wąż z benzyną – bo przez lata tak robiłem – i całą uwagę skupiłem na tym, żeby nalać tej benzyny dokładnie za stówę. Potem zapłaciłem te 100 zł, zadowolony, że tak mi się udało, wsiadłem za kierownicę i pojechałem. Po chwili zdziwiłem się, dlaczego mój cudowny, fantastyczny samochód, w którym jestem zakochany, zaczyna dziwnie jechać, traci przyśpieszenie, zwalnia, szarpie. Pomyślałem, że coś się zapowietrzyło – ale ja się nie znam na samochodach, w ogóle nie wiem, dlaczego samochód jeździ i właściwie nie chcę wiedzieć – i wtedy zrozumiałem! Zamiast ropy wlałem do baku benzynę. Zimny pot mnie oblał, użyłem bardzo brzydkich słów na swój temat, ale na szczęście nikt nie słyszał. Na dwa dni straciłem auto, musiałem mu zafundować czyszczenie całego układu paliwowego, wymianę filtrów i 1800 złotych poszło w błoto.

GALA: Kiedy w związku, w małżeństwie, mężczyzna jest postacią publiczną, lubianą, to w życiu codziennym układ sił między kobietą a mężczyzną nie jest zachwiany?

 

ARTUR BARCIŚ: Z moją żoną Beatą jesteśmy razem 25 lat i zawsze traktowaliśmy nasze małżeństwo jak związek partnerski. Wspólnie podejmowaliśmy decyzje i nie zdarzyło się, że mówiłem: „Będzie tak, bo ja tak każę”. Nigdy, z ręką na sercu. Owszem, nieraz któreś musiało nagle samo o czymś zadecydować, bo nie było komórek i np. nie mieliśmy ze sobą kontaktu przez pół dnia. Pamiętam parę lat po ślubie, gdy Franek był malutki, jakiś domokrążca zapukał do drzwi i wcisnął mojej żonie odkurzacz. A ona nie potrafiła się oprzeć. Odkurzacz okazał się zbyt drogi w stosunku do naszych zarobków, w ogóle nie było nas na niego stać. No ale żona podpisała umowę i trzeba było się z niej wywiązać. Na końcu wyszło, że odkurzacz jest genialny – ja miałem alergię, a on był wodny i zgarniał wszystkie pyłki, a poza tym w ogóle się nie psuł i fantastycznie nam służył wiele lat. Więc nie chcę, żeby wyszło, że moja żona jest nieodpowiedzialna i samowolnie podejmuje kiepskie decyzje.

GALA: Przez te 25 lat stawali państwo przed różnymi wyborami. Gdyby pan mógł, zmieniłby którąś z tych decyzji?

ARTUR BARCIŚ: Wie pani, mam 52 lata i jest mi dobrze w życiu. Mam poczucie pewnej stabilizacji, nawet poczucie bezpieczeństwa, chociaż ono czasami ulega gwałtownemu zachwianiu, kiedy słucham naszych polityków i patrzę, co wyprawiają. Na pewno byłyby w moim życiu jakieś rzeczy do poprawienia, ale ogólnie bilans wychodzi mi na plus. Tak naprawdę o jednej rzeczy czasami sobie myślę – że powinienem był bardziej przekonywać żonę, byśmy zdecydowali się na drugie dziecko. Teraz byłoby nam lepiej. Niedawno nastąpiło przecięcie pępowiny, nasz syn Franek wyjechał na studia do Łodzi, wyprowadził się z domu i tak się nam tu nagle pusto zrobiło. Wiem, że byłoby fajnie, gdyby biegało tu jeszcze jedno dziecko, ale z drugiej strony rozumiałem tę decyzję.

GALA: Tę, czyli jaką?

ARTUR BARCIŚ: Moja żona nigdy nie chciała być wyłącznie żoną Artura Barcisia. Miała swoje ambicje zawodowe. Jest montażystką, pracuje w dziedzinie, która też jest sztuką, i chciała sama sobie udowodnić, że coś znaczy, że też coś potrafi. Ja to doskonale rozumiałem. I pewnie dlatego tak się jakoś porobiło, że nagle stwierdziliśmy, że już jest za późno na drugie dziecko, nie ma sensu ryzykować. Nie czuję jakiegoś strasznego żalu, broń Boże, ale może trochę tęsknotę?

GALA: Czy pan się zmienił przez te wspólne lata życia małżeńskiego?

ARTUR BARCIŚ: W życiu najfajniejsze jest życie, a żyjąc, człowiek nieustannie się czegoś uczy. Myślę, że to nasze małżeństwo jest takie udane, że kochamy się nadal – i to nie są tylko puste słowa – dzięki temu, że uczyliśmy się siebie rozumieć i sobie wybaczać. Mieliśmy taką zasadę: zakładać nawzajem naszą dobrą wolę, dobre intencje. Twierdzę, że siódmy krąg piekieł Dantego nie jest złożony z dobrych intencji, ale złych. Bo dobra intencja to już jest coś pozytywnego. Wiele nieporozumień wynika z tego, że w złości zakładamy, że ten drugi, ten bliski nam człowiek chciał źle. A on najprawdopodobniej nie chciał źle, tylko mu nie wyszło.

GALA: Poda mi pan przykład?

ARTUR BARCIŚ: Moja przyszła żona na pierwszą randkę spóźniła się 40 minut. Czekałem na deszczu przed Teatrem Narodowym. Wiele razy postanawiałem iść, ale coś mnie powstrzymywało i mokłem dalej. Przez te 40 minut wyobrażałem sobie, dlaczego Beata nie przyszła, ale na ostatnim miejscu było, że ona mnie lekceważy, kpi ze mnie, ma mnie gdzieś. Przychodziły mi do głowy różne powody: że rodzice jej nie puścili, niespodziewanie przyjechała ciotka... Ale ten prawdziwy wcale nie przyszedł mi do głowy.

GALA: Okazało się, że...

ARTUR BARCIŚ: ...Beata nie wiedziała, w co się ubrać. Chciała – dla mnie – wyglądać jak najładniej. I widzi pani, gdybym wtedy założył jej złe intencje, to po 15 minutach bym poszedł i nigdy byśmy się nie spotkali! Od tamtej pory zawsze zakładam, że jeśli umówiliśmy się na coś, a żona zrobiła inaczej, to na pewno podjęła taką decyzję dla naszego dobra, a nie dlatego, że chciała mi zrobić na złość. Przecież mnie kocha!

GALA: Miał pan jakąś męczącą cechę, z którą musiał pan trochę powalczyć?

ARTUR BARCIŚ: Troszeczkę za bardzo chciałem kreować kiedyś moją żonę. Miałem naturę kreacjonisty. Umiałem szyć, a czasy były straszne, głęboki, szary PRL, więc sam tworzyłem. Potrafiłem godzinami siedzieć nad materiałami i sobie dłubać. Szyłem jej sukienki, spódnice, bluzki, z kawałków starych swetrów robiłem różne patchworki, płaszcze, no wyżywałem się plastycznie. Pamiętam, pewnego dnia żona mówi mi tak: ,,Ucieszyłabym się, gdybyś mi coś uszył, ale coś takiego, co ja bym chciała, a nie to, co ty dla mnie wymyślisz”. Wtedy zrozumiałem, że sobie wyobrażałem – i pewnie byłem tego pewien – że wiem lepiej, co jej pasuje, w czym dobrze wygląda. Od tamtej pory nie wtrącam się w wiele rzeczy. Żona nie konsultuje ze mną koloru włosów ani sukienki, ale gdy idziemy razem na zakupy, zawsze mnie pyta, czy to, co wybrała, mi się podoba.

GALA: W wybory syna pan ingerował?

ARTUR BARCIŚ: Powtarzałem np., że jeśli chce być szczęśliwy, to musi robić w życiu coś, co będzie umiał robić. Coś, do czego ma predyspozycje, talent, wyjątkowe zdolności. One, rozwijane ciężką pracą, sprawią, że w tej wybranej dziedzinie będzie najlepszy, albo przynajmniej bardzo dobry. To jest gwarancją szczęścia i sukcesu. Za to będą go szanować. A nie ma nic cenniejszego niż szacunek innych ludzi za tę naszą wartość, za to, kim jesteśmy, co sobą reprezentujemy. Znam zbyt wielu nieudaczników, którzy zamarzyli sobie, że będą, dajmy na to, muzykami. I są, owszem, ale na szarym końcu, w ogonie, niezauważeni. Bo inni są w tej dziedzinie sto razy od nich lepsi.

GALA: I to ci inni dokonali właściwego wyboru.

 

ARTUR BARCIŚ: Dlatego im się udało. Trzeba umieć ocenić się na zimno, z dystansem. Franek miał przez chwilę pomysł, żeby zostać aktorem, ale sam uznał swoje zdolności za zbyt przeciętne, żeby na nich zbudować przyszłość zawodową. Bardzo się cieszę, że studiuje reżyserię montażu w łódzkiej Filmówce. Teraz przyjeżdża do nas na weekendy, wpada na obiady. Jakiś etap naszego rodzinnego życia został już definitywne zamknięty.

GALA: Trudno panu się z tym pogodzić?

ARTUR BARCIŚ: Powoli się przyzwyczajam. To jest coś, na co trzeba się zdobyć – oddać jedynemu dziecku prawo do wolności. Zdjąć klosz, pozwolić przewrócić się, potknąć, popełnić błąd. Pozwolić mu żyć. Dla rodzica to jest bardzo bolesne, bo obarczone ryzykiem, że może stać się coś złego i gdybym ja tam był, to być może bym syna ochronił. Ale trudno. Zawsze wtedy przypominam sobie samego siebie, kiedy odchodziłem od rodziców. Jak bardzo wtedy chciałem być wolny i jak bardzo pragnąłem, żeby rodzice nie mówili mi, jak mam żyć. Zrobiłem swoje przez te 20 lat – postawiłem Frankowi drogowskazy, wyznaczyłem zasady moralne. Teraz od niego zależy, jak to swoje życie poprowadzi. Zawsze będę obok, zawsze będę mu pomagał. Nawet kiedy mnie zabraknie, bo to on po mnie wszystko odziedziczy.