Restauracja w centrum Glasgow. Wchodzi punktualnie co do sekundy. Gwar milknie. Nie sądziłam, że jest aż tak wysoki. Czarna koszula i błyszczące lakierki z wężowej skóry, popielata marynarka. Zabójczo przystojny. Nic dziwnego, że we wczesnej młodości miał pseudonim „Lala”. Natychmiast otacza go tłum wielbicieli. Dzwoni jego komórka. To Ewa Drzyzga. Artur łączy się na żywo ze studiem, gdzie trwa zbiórka pieniędzy dla chorej dziewczynki. „Daj mi minutkę na dojście do siebie” – prosi, a ja już wiem, że pytanie, czy sportowcy zawsze są twardymi facetami, nie ma sensu. Bo Artur to kotłujące się emocje. To pomieszanie twardziela z delikatnym chłopakiem. I fantastyczny humor. Spodziewałam się nieokrzesanego mruka, a spotkałam wrażliwego mężczyznę. Na wszelki wypadek rozmowę zaczynam od prowokacji.

GALA: Przychodzi baba do sportowca i się dziwi. Artur, wytłumacz mi, co może być pociągającego w piłce nożnej?

ARTUR BORUC: Nie mam pojęcia! Zdaję sobie sprawę, że jak widzisz 22 facetów ganiających po boisku, to może ci się wydawać to dziwne. Szczerze mówiąc, ja też uważam, że mam głupią pracę.

GALA: Ależ ja tego nie powiedziałam!

ARTUR BORUC: Wyobraź sobie taką sytuację: mój syn dorasta i przychodzi umorusany do domu. Przecież nie zwrócę mu uwagi, że jest brudny! Bo mi natychmiast odparuje: „Co ty, tata. Przecież ty sam codziennie tarzasz się w błocie”.

GALA: To co jest w tym sporcie fajnego?

ARTUR BORUC: Fajne jest to, że wielu chciałoby być na moim miejscu, ale nie każdemu się udaje. Mój zawód polega na rzucaniu się na trawę. Jest to zarówno głupie, jak i fajne. Upadam i podnoszę się. Ważne, żeby się podnosić.

GALA: Masz kompleksy związane z byciem piłkarzem?

ARTUR BORUC: Absolutnie nie! Bo tylko w Polsce piłkarz kojarzony jest z kimś, kto nie skończył żadnej szkoły. Uważam, że jesteśmy okropnym narodem, który uwielbia się katować. Zamiast mówić: „On coś osiągnął”, staramy się znaleźć dziurę w całym.

GALA: Jaka jest cena bycia wciąż ocenianym? Kibice raz cię wychwalają pod niebiosa, raz – gdy puścisz gola – przeklinają.

ARTUR BORUC: Uodporniłem się na to. Najszybciej, jak tylko mogę, zapominam o porażkach. Nie ma sensu rozpamiętywać tego, co było złe, i katować się. Mam za mało czasu w życiu, żeby się przejmować tym, co mi nie wyszło.

GALA: Co poza piłką zachwyca Artura Boruca?

ARTUR BORUC: Zwykłe rzeczy. Wyjście z dzieckiem na spacer, wspólny posiłek z najbliższymi. Nawet picie piwka może być zachwycające. Może nie jest to zbyt romantyczne, ale to właśnie mnie zachwyca.

GALA: Być może nie jesteś zbyt romantyczny, bo musisz być twardy, uprawiając ten zawód.

ARTUR BORUC: Nie trzeba być twardym. Odrobina charakteru wystarczy. Choć czasem własne zdanie doprowadza przed komisję dyscyplinarną. Właśnie dlatego jestem tak ubrany, bo wracam ze spotkania z panami z komisji.

GALA: Szary kolor twojej marynarki to ma być symbol „wora pokutnego”?

ARTUR BORUC: Pomyślałem, że szary kolor mnie troszkę wyciszy, a komisja popatrzy na mnie życzliwszym okiem i nie wlepi mi zbyt dużej kary.

GALA: Czemu ty, Artur, tak rozrabiasz?

ARTUR BORUC: Ciągle chodzi o jakieś pierdoły. Wszystko, co teraz robię, media rozdmuchują. Bo pokazanie środkowego palca Rangersom nie jest chyba czymś strasznym?

GALA: To nie jest sportowe zachowanie...

ARTUR BORUC: A sportowe były wyzwiska, które krzyczeli pod adresem mojej rodziny? Każdy próbowałby coś zrobić

GALA: Dlaczego piłeś na Ukrainie?

ARTUR BORUC: Każdy po pracy ma prawo robić, co mu się podoba... Poza tym nie będę się z tego tłumaczył, bo już to zrobiłem przed trenerem Beenhakkerem.

GALA: Czy ty jako sportowiec masz więcej testosteronu niż przeciętny facet?

ARTUR BORUC: Czasami tak, muszę przecież mocno żyć! Muszę się nakręcić, żeby walczyć. Czasami czuję, że mnie rozsadza. Może przesadzam, ale jest mi z tym dobrze...

GALA: I wtedy bywasz niegrzeczny...

ARTUR BORUC: Co robić, takie życie. Czasami człowiek robi takie rzeczy, po których jest mu głupio, źle. Czasami działam pod wpływem emocji i sam tego później nie rozumiem. Ale jestem wdzięczny Beenhakkerowi i innym osobom, że potrafią to zauważyć i postawić mnie do pionu. Leo ma niesamowity autorytet. Jest fachowcem i zawsze będę go szanował. Jestem tylko zły, że roztrąbiono to na wszystkie strony. Ale widocznie komuś musiało na tym zależeć...

GALA: Duży, niegrzeczny chłopiec...

ARTUR BORUC: Czasami zachowujemy się jak dzieciaki. Grunt, żeby nie przegiąć.

GALA: Czasem robicie sobie w drużynie jakieś dowcipy?

ARTUR BORUC: Typowe numery dużych chłopaków: ktoś przybijał koledze buty do podłogi. Ktoś inny skarpety. Albo błotnik przypinał łańcuchem do ogrodzenia na parkingu. Kolega odjeżdżał bez połowy samochodu.

GALA: Piłka nożna to twoja namiętność?

 

ARTUR BORUC: Nie wyobrażam sobie życia bez piłki. Jestem od niej uzależniony. Każdą, ale to każdą wolną chwilę w swoim życiu jej poświęciłem. To wypełnia moją egzystencję. Z lękiem myślę, co będzie, gdy skończę karierę. Co będę czuł, kiedy 60 tysięcy ludzi nie będzie już krzyczało mego imienia? To mnie odrobinę przeraża. Czy będę umiał wytrzymać bez tego wszystkiego, co teraz wypełnia moje życie? Bez „ciśnienia boiskowego”? Czy będę umiał przestać żyć jak w bajce?

GALA: À propos „ciśnienia boiskowego”. Dla mnie jest ono zbyt brutalne. Czy ty jesteś brutalny?

ARTUR BORUC: (dłuuuga cisza). Tylko i wyłącznie na boisku. Jestem spokojnym człowiekiem. Chyba że ktoś mnie sprowokuje...

GALA: Jak odreagowujesz przegrane?

ARTUR BORUC:  Jestem podminowany. Czasami drzwi od szatni ucierpią...

GALA: Nakręcasz się trochę przed meczem?

ARTUR BORUC: Tak, jest stara metoda, którą sprzedał mi jeden psycholog – słucham siebie, swojego głosu, który mnie nakręca.

GALA: A jak przegrywasz i jest ci ciężko, to pracujesz z psychologiem?

ARTUR BORUC: Niestety, nie. I żałuję tego. Uważam, że powinniśmy mieć stałą opiekę psychologiczną. Marek Graczyk, który był moim psychologiem, został, niestety, w Polsce. Czasami zdarza nam się SMS-ować albo rozmawiać przez telefon. Ale nie jest to tak częste, jak było kiedyś. W jakimś sensie dzięki niemu i jego seansom psychologicznym zyskałem więcej pewności siebie. Czasami na zewątrz człowiek wygląda, jakby był bardzo pewny siebie, a w środku – dygot. Jak kaczuszka: niby spokojna, ale pod wodą nóżki nerwowo pracują.

GALA: W życiu osobistym też ci pomógł?

ARTUR BORUC: Jego pomoc dotyczyła przede wszystkim problemów sportowych. Po tych spotkaniach zrozumiałem, że należy cieszyć się tym, co mam. Zmieniłem podejście do życia. Pytałaś, co mnie w życiu zachwyca. Więc ci powiem: wszystko!

GALA: A zdarzają się momenty, kiedy piłka cię nudzi?

ARTUR BORUC: Nudzi mnie gadanie o piłce. A tak szczerze mówiąc, to bardzo lubię się nudzić i nic nie robić. Tak spędzam mój 3-tygodniowy, jedyny w roku urlop.

GALA: Bywają nudne mecze? Podobno z nudów puszczasz głupie bramki?

ARTUR BORUC: Cóż, jestem zwykłym śmiertelnikiem. To nie jest tak, że
odpuszczam świadomie. Ale fakt, że poważny przeciwnik mnie bardziej mobilizuje. To nie jest profesjonalne, ale to jest problem piłkarzy od dawna. Kariery największych to upadki i wzloty.

GALA: Co robisz wtedy, kiedy wena cię opuszcza?

ARTUR BORUC: Czasami forma jest na kiwnięcie palcem, a czasami trzeba nad tym ciężko popracować. 90 procent sukcesu to jest wyszkolenie. W dzisiejszych czasach poziom tak się wyrównał, że w zasadzie nie mówi się już o talencie, tylko o pracy. Ale wydaje mi się, że w każdej dziedzinie ambicją i charakterem można nadrobić braki talentu.

GALA: Co jeszcze musi mieć sportowiec?

ARTUR BORUC: Silną wolę. Ja, niestety, nie mogę się tym pochwalić. Myślę, że jestem wiecznym leniuchem, tylko miałem szczęście.

GALA: Jak się objawia twój brak silnej woli?

ARTUR BORUC: Chociażby w jedzeniu. Nie mogę sobie odmówić pewnych dań.

GALA: Kiedy grasz mecz, to jesteś w transie? Zapominasz, gdzie jesteś?

ARTUR BORUC: Zdarzyło mi się coś takiego. Ze dwa, trzy razy. Pamiętałem, jak wchodziłem na boisko, a potem – nic. Moment ocknięcia był dopiero w szatni, gdy informowano mnie, jaki był wynik. To było naprawdę niesamowite.

GALA: To takie uniesienie jak w seksie?

ARTUR BORUC: To kwestia interpretacji. Ciężko mi myśleć w kategoriach seksu, jeśli mówię o piłce, bo ja jednak pracuję z facetami. Chyba że myślisz o męskim seksie grupowym...

GALA: Chodzi mi o pewien rodzaj satysfakcji i zapomnienia.

ARTUR BORUC: To jest. Uniesienie po wygranym meczu, po obronionej bramce jest rzeczywiście niezwykłe i może odrobinę to przypomniać.

GALA: Wielbicielki w internecie nazywają cię „niezłe ciacho”. Czujesz się „ciachem”, Artur?

ARTUR BORUC: Być może jest coś takiego, że my, sportowcy, działamy na kobiety. Ale nie myślę o sobie w kategoriach „piękny”, „przystojny”.

GALA: Najdziwniejsze zachowanie wielbicielek?

ARTUR BORUC: Było kilka propozycji małżeństwa, ale nie ma o czym mówić.

GALA: Lubisz swoje ciało?

ARTUR BORUC: To jest moje narzędzie pracy. Ale nie dbam o nie zbytnio. Jedynie unikam sportów urazowych: nie jeżdżę na nartach, nie skaczę na bungee, koni się boję.

GALA: Trener ci nie mówi: schudnij, nie pij?

ARTUR BORUC: Trener nam nie mówi takich rzeczy. Jest taka zasada, że nie ma znaczenia, co robisz prywatnie, jeśli na boisku dajesz z siebie wszystko. A druga zasada: jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. Uważam, że to dobre zasady.

GALA: Czujesz odpowiedzialność za drużynę? Rozmawiacie ze sobą, omawiacie swoje błędy?

ARTUR BORUC: Nie wytykam innym błędów. Poza tym wydaje mi się, że spoufalanie się z kolegami z pracy nie jest dobre. Nie mam głębokich przyjaźni z piłkarzami. Poza Michałem Żewłakowem. Z nim rzeczywiście potrafię rozmawiać.

GALA: A ja sobie wyobrażałam, że nic tak facetów nie łączy jak spocona koszulka, wspólny prysznic i piwo po meczu...

ARTUR BORUC: Z tym prysznicem to przesadziłaś! Kiedyś w piłce ważne były relacje, atmosfera w zespole. Ale te czasy już się skończyły. Teraz każdy ciągnie w swoją stronę. Każdy liczy tylko na swój sukces. I suma tych pojedynczych sukcesów daje zwycięstwo.

GALA: Nie dołuje cię to?

ARTUR BORUC: Nie mam z tym problemu. Za często zmieniamy barwy klubowe, żeby zbudować głębsze relacje. Miałem tu kumpla Bułgara Stiliana Petrowa, ale po roku odszedł z Celticu i zostałem sam.

 

GALA: Czyli jest coś takiego jak samotność sportowca. Jesteś samotny?

ARTUR BORUC: Nie! Czasem ludzie mnie nie rozumieją, ale takie jest życie. Poza tym sport jednoczy ludzi. To znaczy jednoczy kibiców.

GALA: Właśnie. Co środa tysiące facetów może zasiąść przed telewizorem i oglądać mecze. Wy, faceci, chodzicie wspólnie na rozgrywki. Macie coś, co was bardzo łączy, niezależnie od wykształcenia, narodowości, wieku. My, kobiety, tego nie mamy.

ARTUR BORUC: Jak to nie? Macie wasze seriale. Nie dramatyzuj.

GALA: Ciekawe tylko, dlaczego większość mężczyzn kocha piłkę biernie.

ARTUR BORUC: Bo to kosztuje dużo wysiłku. I można sobie nogi połamać.

GALA: Dlaczego kobiety nie lubią piłki?

ARTUR BORUC: Lubią. Przyjdź na mecz w Szkocji, a zobaczysz, ile jest kobiet na stadionie.

GALA: Ważne kobiety w twoim życiu?

ARTUR BORUC: Te, które mnie rozumieją... Te, które kocham...

GALA: Czego nam, kobietom, zazdrościsz?

ARTUR BORUC: Że wciąż się nabieramy na te wasze numery. Kobiety drażnią mnie tym, że robią z igły widły. Skarpetka leży nie tam, gdzie powinna – i jest ciśnienie cały dzień. Drażni mnie też to, że udajecie święte. Jesteście bardziej cyniczne niż niejeden facet. Manipulujecie nami. My nie jesteśmy tak małostkowi jak wy.

GALA: Kim jesteście wy, bramkarze?

ARTUR BORUC: Chyba idiotami, skoro jesteśmy bramkarzami! Nasze błędy są tak bardzo widoczne. Jak mi wbiją gola, to nie mówi się, że cała drużyna doprowadziła do tego, że piłka znalazła się pod bramką, tylko że gola puścił Boruc. Sukces jest grupowy, ale przegrana zawsze skupia się na nas, bramkarzach.

GALA: Jesteś dobrym ojcem?

ARTUR BORUC: To się okaże. Na razie całe moje ojcostwo sprowadza się do bujania i kąpania. Życie zweryfikuje, czy podołałem temu zadaniu.

GALA: Ojciec dla syna jest bardzo ważny. Na ciebie ojciec nie miał wielkiego wpływu?

ARTUR BORUC: Każdy z nas na początku pamięta swojego ojca przez pryzmat twardej ręki bądź momentów fajniejszych. Dopiero po jakimś czasie dociera do nas, co było powodem takich zachowań. Chciałbym, żeby Aleks wiedział, że skromność, pokora i praca są ważne. Ale nie wiem, czy będę umiał mu to pokazać.

GALA: Będzie to skomplikowane, skoro jesteś w trakcie rozwodu...

ARTUR BORUC: To jest na tyle skomplikowane, że nie nadaje się do roztrząsania w trakcie wywiadu...

GALA: Czego się boi Artur Boruc?

ARTUR BORUC: Ludzi... Tylko oni mogą wyrządzać krzywdę. Troszkę pająków. I wszelkiego rodzaju owadów.

GALA: Jak widzisz karalucha, to wskakujesz na stół i krzyczysz?

ARTUR BORUC: Aż tak to nie, ale głupieję na jego widok.

GALA: Jesteś przesądny?

ARTUR BORUC: Muszę przed meczem trafić puszką do kosza. Jak się nie uda, jest krucho.

GALA: Znany jesteś z tego, że robisz znak krzyża przed każdym meczem. To odruch czy naprawdę się modlisz? Myślisz, że Bóg ma wpływ na wynik?

ARTUR BORUC: Są zawodnicy, którzy robią znaki krzyża. Są tacy, którzy mają napis na koszulce: „Zwyciężam dla Jezusa”. Gram w protestanckim kraju i oni są na tym tle przewrażliwieni. Zrobiono z tego aferę medialną, wmawiając mi, że chcę rozsierdzić i obrazić znakiem krzyża Rangersów. A ja po prostu czuję, że ten znak mi pomaga. Wierzę mocno w to, że moja mama czy wujek, którzy już nie żyją, pomagają mi z góry. Może za bardzo się w to wkręcam, ale zdarza się, że czuję, że mama mnie ogląda.

GALA: Powiedz coś więcej na ten temat!

ARTUR BORUC: Czuję jej obecność, jak niespodziewanie spadnie z półki coś, co nie powinno spaść. Wiesz, moja mama nigdy nie była na meczu. Umarła na raka, nagle, gdy miałem 20 lat. Oddałbym wszystko, żeby teraz siadła sobie na trybunie i zobaczyła, jak gram... Ona była jedyną osobą, która mnie rozumiała. Ona wiedziała, kiedy żartuję, a kiedy jestem poważny. A ludzie mają z tym problem.

GALA: Znasz siebie samego?

ARTUR BORUC: Wiem bardzo dobrze, na co mnie stać. Do końca. Chyba już siebie samego niczym nie zaskoczę.

GALA: Wracasz myślami do rodzinnych Siedlec, do dzieciństwa?

ARTUR BORUC: Czasami. I wtedy myślę: „Jaki dziwny jest los”. W młodzieżowych klubach miałem kumpli, którzy spokojnie mogli zrobić międzynarodowe kariery. Dziś jeden układa kafelki, drugi w parku pije piwo z kolegami. Miałem szczęście. A może w życiu spotyka nas to, w co wierzymy?

GALA: Jak jeszcze dzieciństwo wraca do ciebie?

ARTUR BORUC: W snach. Mam dyżurny sen, który do mnie wciąż wraca. Mianowicie jadę windą na 10. piętro. I nagle na półpiętrze wyskakuje diabeł. Krzyczę, strasznie się boję, a on mnie dopada i... łaskocze! Bez sensu...

GALA: Co straciłeś przez piłkę?

ARTUR BORUC: Czas. Mogłem go spędzić z bliskimi, pojechać na piknik z przyjaciółmi. Piłka zabrała mi normalność. Piłka zabrała mi też poczucie rzeczywistości. Zmanierowałem się, ale to przez ludzi, którzy zaczęli mnie inaczej odbierać.

GALA: Czy może swoją grą zmieniłeś czyjeś życie?

ARTUR BORUC: Dowiedziałem się, że podobno coraz więcej chłopaków chce być bramkarzami. Kiedyś każdy chciał grać w ataku. Chyba podniosłem status bramkarza...

GALA: Czym są dla ciebie pieniądze?

 

ARTUR BORUC: Przyjemnością. Miarą tego, ile jestem wart zawodowo. Wywodzę się z niezamożnego domu. Czasami naprawdę było krucho. W zasadzie rodzice ledwo wiązali koniec z końcem.

GALA: Pamiętasz, na co wydałeś pierwsze zarobione pieniądze?

ARTUR BORUC: Pamiętam, jak w Legii dostałem duże pieniądze za mecz, który przesiedziałem na ławce. To był szok. Nie wiedziałem, co z tym zrobić. Ale te pierwsze pieniądze zarobione w klubie młodzieżowym wydałem na spodnie Big Stara. Fajne czasy...

GALA: Lubisz się dobrze ubrać?

ARTUR BORUC: Na początku bardzo lubiłem. Bo nie było na ciuszki. Pamiętaj, że my ciągle chodzimy w dresach i przyjemnie jest się od czasu do czasu odpicować.

GALA: Co to jest miłość, Artur?

ARTUR BORUC: To jest coś, na co nie ma definicji. To jest tak wiele uczuć, że nie da się tego opisać. To jest wszystko: dotyk, zapach, smak. Każda rzecz, którą robisz obok tej osoby, przyprawia cię o ciarki, dreszcze.

GALA: Ile razy w życiu kochałeś?

ARTUR BORUC: Kochałem. I kocham. I tak to zostawmy...

GALA: Gdzie jest teraz, Artur, twój dom?

ARTUR BORUC: Tam, gdzie moje serce.

GALA: Czyli?

ARTUR BORUC: W Warszawie, Glasgow i w moich rodzinnych Siedlcach.

GALA: Nie męczy cię takie cygańskie życie?

ARTUR BORUC: A wiesz, że nie. Niedawno dowiedziałem się, że moja prababcia była Cyganką, i dlatego pewnie ja tak całe życie wędruję z torbą na plecach.

GALA: Co czyta Artur Boruc?

ARTUR BORUC: Jak już mówiłem, jestem leniwy, a w związku z tym jestem też ignorantem. Niewiele czytałem. Skoro plotkarskie portale internetowe są lekturą dla milionów, to wcale się z tym źle nie czuję, blado nie wypadam.

GALA: Byłeś kiedyś w filharmonii?

ARTUR BORUC: Nigdy. To mnie nie kręci. Lubię kino, bo to bajka. Chciałbym paru rzeczy spróbować, np. skoków spadochronowych, ale nie mam czasu. Lubię rozluźnić się w domu przed telewizorem.

GALA: W kapciach?

ARTUR BORUC: Czasem boso...

GALA: I nie masz żadnego hobby?!

ARTUR BORUC: Chodzi ci o szybkie samochody i łatwe dziewczyny? Żartuję. Nie mam hobby. Żyję w szklanej wieży. I dobrze mi z tym. To mój azyl.

GALA: Jak wygląda twój zwykły dzień?

ARTUR BORUC: Wstaję o 8.30. O 11.30 mam trening. O 16.00 jestem w domu i mam czas dla siebie. Wakacje tylko trzy tygodnie.

GALA: Za co się nie lubisz?

ARTUR BORUC: Za to moje serce. Bo jest takie miękkie. Ale dlatego mam twardą dupę. Życie jest sprawiedliwe. Za wszystko trzeba będzie zapłacić. To wiem na pewno. Myślę, że byłem w pewnych sprawach zbyt beztroski. Nie zastanawiałem się nad konsekwencjami pewnych czynów.

GALA: Co to jest piękno?

ARTUR BORUC: Chciałbym być górnolotny, ale obawiam się, że piękno nie istnieje. Wmawiamy sobie, że różne rzeczy są piękne, ale czy one takie są rzeczywiście?

GALA: Sport jest piękny?

ARTUR BORUC: Może być fajny, ale czy piękny? Rywalizacja nigdy nie jest piękna. Nie ma co dorabiać do tego teorii. Jak gram z kumplami w kosza, jestem beztroski. I to jest piękne.

GALA: Dlaczego ludzie myślą, że jesteś piękny?

ARTUR BORUC: Bo zwyciężam.