GALA: Bardzo długo pani milczała. Dlaczego?

BASIA TRZETRZELEWSKA: To była wymuszona przerwa, spowodowana smutnymi zdarzeniami w moim życiu.

GALA: Wiem, że zmarła pani mama i długo nie mogła się pani z tym pogodzić.

BASIA TRZETRZELEWSKA: Tak. Mama była motorem mojej pracy, zawsze mnie dopingowała. Gdy jej zabrakło, doszłam do wniosku, że właściwie wszystko robiłam dla niej, więc teraz już nic nie ma sensu. Ale nie byłam w swoim cierpieniu odosobniona. Bo gdy pytałam innych, jak sobie radzą z żałobą, okazywało się, że nie radzą sobie, podobnie jak ja. Gdy umiera matka, człowiek straszliwie to przeżywa, nawet gdy sam jest już dojrzały. Chyba nigdy nie można się z tym pogodzić.

GALA: Ale mama na pewno nie chciałaby pani widzieć załamanej i pogrążonej w cierpieniu…

BASIA TRZETRZELEWSKA: Myślałam o tym. I ma pani rację, mama nie chciałaby mnie widzieć w takim stanie, przeciwnie – życzyłaby sobie, żebym wzięła się w garść i znów zaczęła tworzyć. Wręcz czułam tę presję z nieba (śmiech). I pewnie doszłabym do siebie szybciej, gdyby nie lawina innych tragedii w moim życiu. Najpierw w wypadku samochodowym zginęła moja ukochana kuzynka, potem odeszli kolejni bliscy mi ludzie. Wszystko to wydarzyło się na początku tego stulecia i zablokowało mnie na dobre.

GALA: Nie pomyślała pani, że praca może być najlepszym lekarstwem?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Nie, ponieważ na nic nie miałam energii. Miałam za to tendencję do odgradzania się od świata. Gdy mój partner Kevin wyjeżdżał, a robił to często, bo też jest muzykiem i dużo podróżuje, zamykałam się w domu jak w twierdzy. Wprawdzie od czasu do czasu dopadały mnie wyrzuty sumienia, że zawodzę swoich fanów, ale tak naprawdę miałam chyba nadzieję, że gdy schowam się w kąt, ludzie szybko o mnie zapomną. Szczerze mówiąc, nie wyobrażałam sobie, że znów mogłabym stanąć na scenie. Myślałam, że to już koniec i pustkę próbowałam zapełnić m.in. nauką języków: hiszpańskiego i francuskiego. Ale pewnego dnia przyszedł Danny White i zadzwonił do lekarza, ponieważ uznał, że potrzebna jest mi fachowa pomoc.

GALA: Lekarz stwierdził depresję?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Pierwszy powiedział, że to niemożliwe, żebym miała depresję, ponieważ nie leży ona w mojej naturze. Ale następny lekarz stwierdził inaczej i zaproponował mi nawet leczenie farmakologiczne. Udało mi się jednak odzyskać siły bez żadnych tabletek.

GALA: W jaki sposób?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Dzięki muzyce. Długo się opierałam, ale gdy już Danny i Mark Reilly namówili mnie, żebyśmy reaktywowali grupę Matt Bianco, okazało się, że muzyka ma na mnie wręcz zbawienny wpływ. I od tamtej pory nie mogłam się doczekać, kiedy zaczniemy pracę nad moją solową płytą.

GALA: Jednak nie od razu rzuciła się pani w wir pracy.

BASIA TRZETRZELEWSKA: To prawda. Ale koledzy wiedzą, jak mnie ścigać. Szczególnie Barry Eastmond, gdy mam dołek albo mi się nie chce, albo gdzieś znikam, potrafi mnie przywołać do porządku. Znamy się już tyle lat, więc on ma świadomość, że krzykiem nic nie może zdziałać. Lepiej będzie, jak podniesie mnie na duchu, zmobilizuje. On zawsze bardzo we mnie wierzył i tak naprawdę moja kariera to jego zasługa, bo ona, proszę mi wierzyć, zdarzyła się trochę wbrew mnie.

GALA: A gdy pani znika, to jaki najczęściej obiera kierunek? Polska?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Tak, jestem tu bardzo często.

GALA: Czy to sygnał, że chce pani wrócić?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Nie mam takiego poczucia, że muszę wracać, bo tak naprawdę nigdy na stałe z Polski nie wyjechałam. Owszem, żyję na co dzień w Anglii, ale w Jaworznie mam swój rodzinny dom, który dzielę z moją siostrą.

GALA: Czyli pani dom to Polska?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Tak. Gdy pracuję, robię to ze świadomością, że pieniądze, które zarobię, wykorzystam w Polsce. Gdy nie śpiewałam, całą energię i oszczędności zużyłam na remont polskiego domu, który po dwudziestu latach był już w opłakanym stanie. Polska rodzina czerpie zyski z mojej pracy, dzielę się z nimi wszystkim. A wciąż nas przybywa, bo rodzi się nowe pokolenie.

GALA: Słyszałam, że w piosence „Śmiech Amelki” z nowej płyty wokalnie wsparli panią bliscy.

BASIA TRZETRZELEWSKA: Tak. Ta piosenka rozsławia naszą radość życia. Ona jest dla tych wszystkich, którzy narzekają. Śpiewam w niej, że ważne w życiu tak naprawdę jest tylko zdrowie i śmiech naszych dzieci, ponieważ gdy jest jedno i drugie, wszystko jest w porządku. Przy okazji słychać, jak muzykalni są moi krewni. Zawsze, gdy biesiadujemy, to śpiewamy.

GALA: Czy w Anglii brakuje pani polskiej otwartości?

 

BASIA TRZETRZELEWSKA: Tam ludzie nie potrafią tak się bawić jak u nas. Anglicy zupełnie inaczej pojmują też gościnność. Mój tata zwykle mawiał: „Gość w dom, Bóg w dom”. Zresztą Polacy w Anglii z tego słyną. Bo u nas zawsze jest dużo jedzenia. Mój partner Kevin nie może się nadziwić, że na przykład na weselu zjadamy trzy obiady w jeden wieczór. A w Anglii, gdy kiedyś spóźniłam się godzinę na party, zastałam puste stoły. Na porządku dziennym jest także to, że gdy jest wesele, to państwo młodzi stawiają obiad i szampana, ale za kolejne drinki goście muszą już płacić sami w barze.

GALA: Bardzo dużo się pani śmieje. A więc tytuł płyty „It’s That Girl Again” to prawda. Znowu jest pani tą radosną dziewczyną.

BASIA TRZETRZELEWSKA: Nie myli się pani – piosenka rzeczywiście jest o mnie, ale została zainspirowana właśnie tą kuzynką, która zginęła kilka lat temu w wypadku. Ona była optymistką do potęgi, wokół widziała tylko dobro, aż chwilami było to nawet nieco irytujące. Często o niej przez te lata myślałam i uznałam, że muszę ją uhonorować piosenką. A jeśli chodzi o optymizm, to postanowiłam przejąć po niej pałeczkę. I wróciła mi otwartość na ludzi i świat.

GALA: Nie ma już pani pretensji do losu?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Absolutnie nie. Mimo że moje życie nie należy do najłatwiejszych i nie brak w nim tragedii, jestem szczęśliwa. Bo niepowodzenia i nieszczęścia nas kształtują. Co nas nie zabije, to nas wzmocni – o tym także śpiewam.

GALA: Pani płyta, nim ukazała się w Polsce, miała swoją premierę w USA i Japonii. Zna już pani recenzje?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Bałam się, jak ta płyta zostanie przyjęta, ale reakcje fanów są fantastyczne. Dostaję od nich wiele bardzo osobistych listów. Ostatnio na przykład dziewczyna z Waszyngtonu napisała mi, że dzięki moim piosenkom przyjaźni się ze swoją mamą.

GALA: A czy świat muzyczny przez te lata, gdy pani milczała, bardzo się zmienił?

BASIA TRZETRZELEWSKA: Zmieniło się praktycznie wszystko. Plusem jest to, że każdy może dzisiaj słuchać muzyki przez internet. Ale jak wiadomo, kij ma dwa końce i istnieją też strony w sieci, które rozdają naszą muzykę za darmo. Poza tym wytwórnia zwleka z koncertami, bo najpierw chce sprawdzić, czy płyta się sprzedaje. Ale niespecjalnie się tym przejmuję. I na pewno z następną płytą nie będę już tak długo zwlekać. Obiecuję!