W nocy ma nad sobą gwiazdy, rano budzi ją słońce. I to wcale nie w dżungli, gdy śpi wśród konarów drzewa 40 metrów nad ziemią. Taki widok Beata ma z własnego łóżka, które stoi pod oknem w dachu jej trzypoziomowego mieszkania na przedmieściach Warszawy. Ma je dopiero od dwóch lat. A znalazła z trudem. Bo niewiele jest takich, w których okna wychodzą na trzy strony świata: wschód, zachód i południe.

Mieszkanie urządziła sama. Wiele rzeczy przywiozła ze świata, jak choćby wiosła, które pomagają płynąć we właściwym kierunku, łuk Buszmenów z Afryki z cięciwą ze ścięgna antylopy czy robione na jej oczach przez wojowników strzały z kurarą, które wystrzeliwuje się z wielkiej drewnianej dmuchawki. Na ścianach wiszą ręcznie malowane tkaniny z RPA. Czego nie przywiozła, zapożyczyła. Jak kształt kominka, który przypomina piramidę schodkową Majów, albo meble w kształcie podróżnych kufrów, które wypatrzyła w jakimś sklepie. Na kolejne poziomy prowadzą wąskie schody. Najniżej jest salon połączony z kuchnią, drugi poziom to wielki gabinet, trzeci – sypialnia. Część Afryki jest nawet w łazience – rzeźby nosorożca i żyrafy. „Jestem tu, ale cały czas jestem tam” – podkreśla Beata.

GALA: Kiedyś mówiłaś: „Tam, gdzie jestem, jest mój dom”. To ci przestało wystarczać i kupiłaś mieszkanie?

BEATA PAWLIKOWSKA: Zawsze marzyłam, żeby mieć własne miejsce, gdzie będę mogła powiesić zdjęcia z podróży, amazońskie wiosła, łuki i strzały zdobione piórami papug, maski i inne magiczne przedmioty, które od prawie dwudziestu lat przywożę z podróży. To nie są pamiątki, tylko rzeczy, które są częścią świata. Małe fragmenty życia ludzi, z którymi spędziłam część mojego życia w Ameryce Południowej, Azji czy Afryce. Mając te przedmioty, mam także ich blisko siebie. Ale mój dom nadal noszę w sobie. Urodziłam się i wychowałam w Koszalinie, od kilkunastu lat mieszkam w Warszawie. Moim domem jest też dżungla amazońska. Gdziekolwiek jadę jako podróżnik, staram się poczuć jak tubylec. Zawsze mnie fascynowało, jak wyglądałoby moje życie, gdybym się urodziła jako Indianka w wiosce nad Amazonką, gdzie o świecie wiadomo tyle, że cały jest porośnięty dżunglą. Byłabym innym człowiekiem! Dlatego zaczęłam jeździć po świecie. Chciałam sprawdzić, jak wyglądają te inne miejsca, jak pachną, smakują. Lubię też wracać do Polski i do mojego słonecznego mieszkania. Po przebudzeniu patrzę na rzekę Orinoko. Kiedy pracuję, naprzeciwko biurka mam zdjęcie Indianina wynurzającego się z błękitnej mgły na Amazonce. Jestem tu i tam jednocześnie.

GALA: Rok temu udzielałaś wywiadu „Gali” razem z partnerem Rafałem Jędrzejewskim. W twoim mieszkaniu nie widzę miejsca dla mężczyzny.

BEATA PAWLIKOWSKA: (śmiech) Lubię mieszkać sama, bo dom to jednocześnie moja pracownia. Tu piszę książki i przygotowuję audycje „Świat według blondynki” do Radia ZET. Potrzebuję samotności, żeby się skupić.

GALA: „Łatwiej poradzić sobie z piranią, niż znaleźć sympatycznego mężczyznę” – powiedziałaś kiedyś. Nadal tak uważasz?

BEATA PAWLIKOWSKA: Raczej: mądrego mężczyznę. Nie wieczne dziecko, które chce ciągle coś dostawać od życia w prezencie, tylko człowieka, który jest dojrzały emocjonalnie, panuje nad swoim życiem i odważnie rozwiązuje problemy. Sympatycznych mężczyzn jest mnóstwo. Ja znam ich także z tej ciemniejszej strony, bo co roku zabieram ich na wyprawy do Amazonii. Na początku muszą przełknąć to, że kobieta jest ich przewodnikiem, ale po pierwszych spotkaniach z pająkami, skorpionami i wężami ta kwestia przestaje być dla nich problemem. W dżungli trzeba być silnym. Nie mam na myśli bicepsów, tylko siłę charakteru. W otoczeniu groźnej dziewiczej puszczy turyści szybko tracą pewność siebie i nie są w stanie zapanować nad strachem, zmęczeniem, słabością. Te wyprawy dużo mówią o ludziach.

GALA: Czego nowego się dowiedziałaś?

BEATA PAWLIKOWSKA: Nie dzielę ludzi na kobiety i mężczyzn, tylko na wojowników i leniwców. Ci ostatni pozornie mogą być aktywni: biegać, jeździć na snowboardzie, prowadzić własny biznes. Wydaje im się, że skoro przez 30 lat radzili sobie w życiu, są dojrzali. Ale tak nie jest. Dojrzałość emocjonalna nie rośnie z człowiekiem, tak jak jego stopy. Jeżeli ktoś nie pracuje nad swoim charakterem, nie będzie dojrzały emocjonalnie, czyli nie stanie się wojownikiem. Bo wojownik zwalcza słabości, które ograniczają go w działaniu, nie odsuwa problemów, tylko je rozwiązuje. Zna swoje wady i stara się ich pozbyć. Jest odważny i konstruktywny. Ma siłę wewnętrzną, a poza tym może mieć też siłę mięśni. Większość uczestników moich wypraw do dżungli to mężczyźni. W trudnych sytuacjach, a jest ich tam wiele, czasem po prostu pękają. Kobieta mówi: „Może jednak spróbuję” albo „Ciężko mi, ale dam radę”. A facet: „To wy wiosłujcie dalej, a ja się przesiądę do łodzi z silnikiem”.

GALA: Mogłabyś mieć za partnera leniwca?

 

BEATA PAWLIKOWSKA: To absolutnie nie wchodzi w grę, bo sama nim nie jestem. Nie sposób się dopasować do takiej osoby. A i leniwiec ma problem z dopasowaniem się do silnego partnera. Leniwiec powie: „Nie zajmujmy się trudnymi sprawami, po co szukać dziury w całym”. I będzie próbował zamiatać problemy pod wycieraczkę, a one będą tam rosły, aż w końcu wyskoczą w najmniej spodziewanym momencie. Łatwo przewidzieć taki rozwój sytuacji. Leniwiec jednak uda, że tego nie rozumie, i będzie narzekał, że świat jest podły. A wojownik nazwie problem po imieniu, znajdzie jego przyczynę i spróbuje go konstruktywnie rozwiązać.

GALA: Rozumiem, że Rafał jest wojownikiem. Co wniósł do twojego życia?

BEATA PAWLIKOWSKA: Pokazał mi świat po drugiej stronie lustra, czyli po raz pierwszy w życiu w pełnym ekwipunku zeszłam pod wodę na głębokość dwunastu metrów i odkryłam fascynujące rzeczy. Czułam się tak, jakbym płynęła przez wszechświat.

GALA: Co teraz ty „konstruktywnie rozwiązujesz”?

BEATA PAWLIKOWSKA: Właśnie piszę książkę o leniwcach i wojownikach. To będzie dalszy ciąg mojej najważniejszej książki „W dżungli życia”. Od kilku lat dostaję listy od czytelników, że to o nich. A ja po prostu napisałam, jak szukałam szczęścia i w jaki sposób je odnalazłam. Teraz zrozumiałam, dlaczego ludzie są nieszczęśliwi ze sobą w związkach i dlaczego co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem. O tym będzie „W dżungli miłości”.

GALA: Są nieszczęśliwi, bo wojownicy łączą się z leniwcami?

BEATA PAWLIKOWSKA: Tak. Wbrew stereotypom wcale nie chodzi o to, że mężczyźni i kobiety różnią się sposobem myślenia i reagowania. To nieprawda, że one są z Wenus, a oni z Marsa. Problem polega na tym, że człowiek o osobowości leniwca nie jest w stanie uszczęśliwić ani siebie, ani tym bardziej dać szczęścia drugiej osobie.

GALA: Jednak świat nie składa się z wojowników. Ci stanowią zaledwie ułamek.

BEATA PAWLIKOWSKA: Też tak myślę, ale wiesz dlaczego? Dlatego, że od dziecka uczy się nas, że dojrzałość i dorosłość to procesy, które się dokonują samoistnie. Że człowiek dorosły staje się dojrzały. Nie mówi się nam, że trzeba pracować nad sobą. Mnie nikt tego nie powiedział. Odkryłam to po latach zmagań ze sobą. Jeśli nie masz silnej woli, to ją w sobie wypracuj. Jeśli jesteś słaby, znajdź w sobie siłę. Każdy ma w sobie zapas siły, wystarczy tylko nauczyć się z niej korzystać.

GALA: Ty dużo nad sobą pracowałaś, a efekty są nadzwyczajne, zważywszy, przez co przeszłaś: próba samobójcza, anoreksja, bulimia, gwałt, picie alkoholu, nałogowe palenie papierosów. Napisałaś o tym w książce „W dżungli życia”.

BEATA PAWLIKOWSKA: To wszystko było powiązane. Kiedy człowiek nie lubi siebie, jest słaby i pobłaża swoim wadom, takie rzeczy do siebie przyciąga.

GALA: Co było najtrudniejsze do przezwyciężenia?

BEATA PAWLIKOWSKA: Chyba to, co nie wiązało się tylko ze mną. Człowiek o osobowości leniwca poprawia sobie nastrój, używając alkoholu albo narkotyków, i szybko przestaje być panem siebie. Bo uzależnienie jest chorobą duszy. Najgorsze jest to, że emocjonalnie zaraża innych. Kiedyś związałam się z mężczyzną, który był uzależniony od alkoholu. Pozornie niczym nie różnił się od innych – był kulturalny, kochający, wykształcony, ładnie pachniał i nosił czyste koszule. I był czarujący. Z jednej strony miałam dowody na to, że jest uzależniony, ale po rozmowie z nim zaczynałam w to wątpić. Ludzie uzależnieni od alkoholu to mistrzowie manipulacji. Wyrwanie się z tego zaklętego kręgu było bardzo trudne. Chyba trudniejsze niż pokonanie anoreksji i bulimii, bo łatwiej jest oszukiwać siebie, niż odkryć, że jest się oszukiwaną przez kogoś, kto ma chorą duszę.

GALA: Rodzice nie mieli z tobą łatwo. Studia rzuciłaś, zanim się na dobre rozpoczęły, a wcześniej wagarowałaś i potrafi łaś przyjść do szkoły w spodniach od piżamy i z deską klozetową w roli kapelusza...

BEATA PAWLIKOWSKA: To straszne mieć takie dziecko! Już w drugiej klasie podstawówki chciałam rzucać szkołę, a potem miałam inne niesamowite pomysły. I nie można mi było niczego wytłumaczyć. Mama tylko wzdychała: „Boże, co z ciebie wyrośnie!”. Na lekcjach, zamiast uważać, pisałam opowiadania i rysowałam. Angielskiego nauczyłam się tylko po to, żeby zrozumieć piosenki Beatlesów. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, co będę robić, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Wiedziałam tylko, że na pewno nie rzeczy, wobec których czuję wewnętrzny sprzeciw. Poszłam za głosem duszy. Kiedy ukazała się moja trzecia książka, rodzice odetchnęli z ulgą. Potem były następne, myślę więc, że teraz cieszą się, że znalazłam własną drogę i jestem szczęśliwa.

GALA: Jest jeszcze w życiu coś, czego się boisz?

BEATA PAWLIKOWSKA: Nie boję się, bo każda przerażająca sytuacja to chwila próby. Wojownik będzie umiał zapanować nad strachem i zachować się racjonalnie. Podczas podróży wiele razy musiałam z nim walczyć. Kiedyś obudziłam się z wężem zwiniętym obok mojego ramienia. Innym razem w dżungli stanęłam oko w oko z ogromnym jaguarem. Przeżyłam tropikalne choroby i atak choroby wysokościowej. O mało nie utonęłam na statku na Ukajali i prawie rozbiłam się samolotem w Afryce. W takich chwilach sądziłam, że to mój ostatni moment na ziemi. Myślałam: Miałam świetne życie! Jeżeli to ma być koniec, trudno.

GALA: Wyjazdy kiedyś były dla ciebie ucieczką. Czy teraz nie stały się uzależnieniem?

BEATA PAWLIKOWSKA: O nie, bo uzależnienie to coś, nad czym nie można zapanować. A ja zawsze na początku roku decyduję, co będzie dla mnie w najbliższym czasie najważniejsze. W zeszłym roku prawie bez przerwy byłam w podróży, bo tak chciałam. Ale moim priorytetem na ten rok jest napisanie nowej książki. I nigdzie nie wyjadę, dopóki jej nie skończę.

GALA: Brat i siostra zarazili się od ciebie podróżowaniem?

 

BEATA PAWLIKOWSKA: Oboje mieszkają w Gdańsku, więc rzadko się widujemy. Ale przy okazji nagrywania programu dla telewizji oboje zostali zaproszeni do Warszawy. Siedzimy przy stole i pada pytanie o podróże. Już chciałam odpowiedzieć za nich, że nie, a oni nagle mówią: „Ależ tak!”. Brat niedawno skończył AWF, a podczas wakacji jeździ po Europie autostopem. Poznaje kraje od podszewki, więc nie jest turystą, tylko podróżnikiem. Siostra na swoim wydziale antropologii kultury zaczęła się zajmować Indianami w Ameryce Południowej i dwa razy była w Ekwadorze. A więc oboje podróżują. Ale nigdy nie wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać razem. Mamy zupełnie inny rytm życia i pracy.

GALA: Nie myślisz, że teraz już dobra pora na taki obrazek: dom, piękny ogród, a w nim ty i dzieci?

BEATA PAWLIKOWSKA: Nie mam takich planów, ale wszystko jest możliwe.

GALA: Ile ci jeszcze zostało nieotworzonych listów, które pisałaś do siebie w młodości, wyznaczając daty ich przeczytania?

BEATA PAWLIKOWSKA: Cztery albo pięć, bo niektóre są na rok 2050 (śmiech). Nie wiem, co w nich napisałam. Ale są też takie z napisem „Często otwierać”. Chodziło o to, żebym nigdy nie zapomniała, co jest najważniejsze dla człowieka młodego duchem. Niedawno byłam u wróżki, która mi powiedziała, że jestem i zawsze będę młoda. Chcę, żeby tak było.