GALA: Hania była Pana mała księżniczką?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Kiedyś byliśmy z całą rodziną na nartach. Hania miała pięć, może sześć lat i nasza wspólna przyjaciółka powiedziała: „Czy zdajesz sobie sprawę, że ta mała owija cię wokół palca i robi z tobą, co chce?”. Nie zdaję sobie z tego sprawy do dzisiaj (śmiech).

GALA: Dla wielu ojców to trudna chwila, kiedy ukochana córka wychodzi za mąż.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Jeżeli widzą zagrożenie, to na pewno. Ja jestem bardzo zadowolony, że taki mężczyzna jak Charly jest z Hanią. Bardzo go lubię, cenię. Obydwoje łączy pasja do sztuki, są otwarci na świat, ludzi. W zeszłym roku spędziliśmy z obojgiem prawie dwa tygodnie na Korsyce. Charly sam wszystko zorganizował. Przyjechaliśmy z żoną do bardzo pięknego, małego hoteliku nad zatoką. Pobyt był wspaniale przygotowany, fantastyczne wycieczki po wyspie. Przyglądałem się Charly’emu bardzo uważnie. Jest uśmiechnięty, towarzyski, bezkonfliktowy, ubóstwia, jak dużo się dzieje. Ma fajnych, radosnych przyjaciół.

GALA: Czym najbardziej Pana ujął?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Po raz kolejny zobaczyłem, jak bardzo kocha Hanię, liczy się z jej zdaniem. Każdym gestem, słowem pokazuje, że Hania jest w jego życiu kimś ważnym. Kiedy córka przyjeżdża sama do Polski, jej telefon dzwoni niemal bez przerwy. Charly nie tylko chce powiedzieć, że ją kocha, ale podzielić się jakimś problemem, radością, wspólnie podjąć decyzję. Są sobie bardzo bliscy.

GALA: Pamięta Pan pierwsze spotkanie z narzeczonym córki?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Wtedy jeszcze nie był narzeczonym. Przyjechał do nas na weekend. Hania wcześniej dużo o nim opowiadała. Bardzo nas ujął próbą nauki polskiego. W pewnym momencie usłyszeliśmy: „Gdzie jest damska toaleta?”. Pewnie przeczytał to w jakimś przewodniku. Pamiętam, że żona przygotowała polską kolację, która, niestety, zakończyła się fi askiem. Dla niego potrawy były zdecydowanie za ciężkie. Następnego dnia poszliśmy do francuskiej restauracji, gdzie Charly zjadł… ślimaki.

GALA: Hania i Charly znają sie od wielu lat. Gdzie sie spotkali?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Poznali się na kursie językowym w Rzymie. Hania była na pierwszym roku studiów. Wtedy jeszcze nie zakochali się w sobie, ale nie stracili kontaktu. Od czasu do czasu pisali do siebie. Hania wiedziała, że Charly ukończył w Londynie studia dla znawców sztuki przy sławnym Christie’s, a potem pracował w tym domu aukcyjnym w Nowym Jorku. I kiedy schowała do szuflady dyplom prawa i postanowiła tam zdawać, skontaktowała się z Charlym. Spotkali się na schodach Tate Gallery w Londynie i tak to się zaczęło.

GALA: A dwa lata później w tym miejscu Charly się oświadczył.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Po raz trzeci. Pierwsze oświadczyny były w Polsce. Charly przyleciał w tajemnicy do Warszawy. Jedynie Michała, brata Hani, wciągnął do spisku. Niczego nie przeczuwając, poszliśmy z naszymi dziećmi na kolację. Nagle otwierają się drzwi i widzimy dwa wielkie bukiety róż. Jeden dla Hani, drugi dla żony. A za nimi stał bardzo przejęty Charly. Drugi raz oświadczył się w Paryżu, podczas gry w karty. Do dziś nie wiemy, jak rozdał karty, że kiedy Hania je podniosła, zobaczyła napis: „Kocham cię. Czy zostaniesz moją żoną?”.

GALA: Przy trzecich oświadczynach, tradycyjnie, zapytał Pana o zgodę?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Byliśmy pod Poznaniem na ślubie dzieci przyjaciół. Nagle, późnym wieczorem, dzwoni do mnie Charly. Bardzo się zaniepokoiłem, pomyślałem, że coś złego stało się Hani. A tu słyszę: „Mister Woloszanski, chciałbym poślubić pańską córkę, czy pan się na to zgadza?”. Przeprosił, że nie może zapytać mnie osobiście, ale ma już przygotowany precyzyjny plan na wieczór. Zaraz po naszej rozmowie umówił się z Hanią na stopniach Tate Gallery. Hania przyszła, padał ulewny deszcz, Charly ukląkł i wręczył jej zaręczynowy pierścionek.

GALA: Bardzo romantyczne. Jak jego rodzice przyjęli Hanię?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Hania szybko ich zdobyła. Docenili jej wszechstronne wykształcenie, znajomość sześciu języków, pracowitość, pasję, a przede wszystkim widzieli, jak bardzo się z Charlym kochają. Pan Bailly często radzi się Hani. Sama była tym zaskoczona, mówiła nam: „Pan Bailly niechętnie rozmawia o swoich sprawach zawodowych, a ze mną zawsze”. Widzieliśmy się z rodzicami Charly’ego kilka razy. Pierwsze spotkanie było w Paryżu, jeszcze przed zaręczynami. Zgodnie z francuskim zwyczajem zostaliśmy przez nich przyjęci w domu szampanem, a potem zaproszeni na kolację do znakomitej restauracji.

GALA: Córka wchodzi do bardzo znamienitej rodziny, z tradycjami od kilku pokoleń.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Rodzina Bailly bardzo się liczy na rynku sztuki. Ojciec, Charles Bailly, to największy francuski marszand, który ma na swoim koncie wielkie odkrycia. Odkrył obrazy wielu sławnych mistrzów. Ma ogromne szczęście, połączone z niezwykłą wiedzą i szóstym zmysłem. Jego galeria, niedaleko Luwru, to znakomicie funkcjonujące przedsiębiorstwo. Ściany są zastawione katalogami od podłogi do sufitu. A mnie oszołomiła jego biblioteka: kilkadziesiąt tysięcy książek! Oczywiście wszystkie o malarzach, obrazach, rzeźbach. Nie dziwi mnie, że cieszy się ogromnym poważaniem, a znawcy dzieł sztuki na całym świecie liczą się z jego oceną.

GALA: Jest człowiekiem pasji, podobnie jak Pan.

 

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Śmieję się, że ja jestem zagubiony w bunkrach, a on w sztuce. W każdy piątek wstaje o czwartej rano, żeby pojechać na targ sztuki w Paryżu. Nie opuszcza żadnej liczącej się aukcji, wystawy. Cały czas pracuje. Mówił mi, że nigdy nie chce tracić czasu. Nawet jadąc pociągiem, obkłada się książkami. Widziałem, jak na lotnisku, na wózeczku na walizce, miał rozłożoną książkę.

GALA: Rodzina Charly’ego wie, że jest Pan w Polsce bardzo znany?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Niedawno Hania zabrała do Paryża moje dwie książki przetłumaczone na francuski. Miałem dużą satysfakcję, kiedy Patricia pokazywała swoim przyjaciółkom w Paryżu tekst Hani w jednym z miesięczników kobiecych. Bardzo była dumna, że narzeczona syna pisze artykuły o sztuce.

GALA: Hania może nie mieć kompleksów.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Nigdy ich nie miała. Zawsze nam zależało, żeby nasze dzieci były otwarte na świat. Hania miała trzy lata, kiedy zostałem korespondentem telewizji w Londynie. Poszła do przedszkola, spotkała tam dzieci różnych ras, kultur. Wspaniale sobie radziła, mimo że na początku nie znała ani słowa po angielsku. Kiedy wróciliśmy po kilku latach do Polski, zdecydowanie lepiej znała angielski niż polski. Dla niej tęcza to była „rainbow”, a miecz „sword”.

GALA: Mówił mi Pan, że zacznie się uczyć francuskiego.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Często będziemy jeździć do Paryża i Genewy. Chciałbym dobrze porozumiewać się z teściami córki. Niedawno Patricia, mama Charly’ego, przysłała do żony SMS-a po polsku. Bardzo to było miłe i zabawne, pisała fonetycznie. Charly składał przysięgę małżeńską po polsku. Przez kilka tygodni powtarzał „uczciwość”, „nie opuszczę”. Ale wypowiedzenie „i wszyscy święci” okazało się szczególnie trudne.

GALA: Na ślub przyjechało bardzo wielu gości ze świata.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Zależało nam, żeby ślub był piękny, żeby stał się przeżyciem dla Hani, Charly’ego, jego siostry Helene, państwa Bailly. Przyjechało ponad sto osób. Ich najbliżsi przyjaciele z Francji, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, ale też z Turcji, Rosji, Dominikany. Kilkanaście nacji. Hania, studiując w Madrycie, Londynie, Paryżu, poznała wielu ciekawych ludzi. Charly też sporo jeździł po świecie. Wiele lat spędził w Londynie, Nowym Jorku. Chcieliśmy, żeby nasi goście trochę poznali Polskę. Przez jeden dzień byli w Krakowie na ekspresowej wycieczce, w czasie której zwiedzili Wawel, kościół Mariacki i Muzeum Narodowe. Wrócili stamtąd oczarowani.

GALA: To szczególny moment – poprowadzenie córki do ołtarza. Co Pan wtedy czuł?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Idąc obok Hani, myślałem o dniu, w którym rano odwiozłem moją żonę do szpitala i kilka godzin później dowiedziałem się, że urodziła się córeczka. Miałem łzy w oczach.

GALA: Później, podczas mszy, też?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Moja żona płakała, teściowa płakała. Zerkałem na teścia: trzymaliśmy się, ale obydwaj przeżywaliśmy to samo. Chociaż wydaje mi się, że ślub córki robi większe wrażenie na ojcu niż ślub syna. Gala: Obydwoje są młodzi, piękni, wszechstronnie wykształceni. Bajka. B.W.: Obydwoje też są bardzo wrażliwi. Myślę, że Hania również swoją wrażliwością zdobyła serce Charly’ego. Od wielu lat bardzo pięknie maluje. Nawet rozważaliśmy, kiedy kończyła szkołę średnią, czy ma pójść na ASP, czy na prawo. Do dziś nie wiem, czy wybór prawa był słuszny. Dzięki temu jednak poznała Charly’ego.

GALA: Hania i Charly mają w Genewie własną galerię.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Są tam obrazy starych mistrzów i malarzy współczesnych, również rzeźby. Charly oprócz malarstwa pasjonuje się rzeźbą antyczną. Hania zorganizowała wernisaż niesamowicie utalentowanego fotografika Vincenta Boussereza. Bardzo chciałaby mieć u siebie również polskich malarzy. Wiem, że już prowadzi rozmowy.

GALA: Pan z żoną jesteście już 32 lata razem. Chciałby Pan, żeby małżeństwo Hani było podobne?

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: Jestem przekonany, że tak będzie. Rodzice Charly’ego też są ze sobą od ponad 30 lat. Przeszli razem, tak jak my, przez wiele dobrego i złego. Hania i Charly mają solidny wzór domu. Rodzina zawsze była dla nas najważniejsza. Staraliśmy się przekazać dzieciom, jak ważny jest szacunek do ludzi, pracy, posiadanie pasji. Widzieli, że jesteśmy z żoną szczęśliwi, że w trudnych chwilach się wspieramy.