GALA: Prawdą jest informacja, że odchodzi pani z serialu „Na Wspólnej”?

BOŻENA DYKIEL: To nieprawda. I cieszę się, że udało mi się namówić moją stację matkę, czyli TVN, abym mogła wystąpić w programie „Jak oni śpiewają”.

GALA : Jakich argumentów pani użyła?

BOŻENA DYKIEL: Powiedziałam: „Od siedmiu lat robię wciąż to samo. Potrzebuję odskoczni. Pozwólcie mi wystąpić w stacji konkurencyjnej. Serial na tym nie ucierpi, a może nawet zyska na popularności”.

GALA : Program „Jak oni śpiewają” jest właśnie tym, czego pani potrzebowała?

BOŻENA DYKIEL: To jest kolejny krok w moim rozwoju, a wychodzę z założenia, że człowiek powinien uczyć się do końca życia. Poza tym wreszcie mogę się pokazać jako ładna kobieta, a nie „babon” do zasuwania. No i przypomnieć ludziom, że Dykiel to Dykiel, a nie tylko Ziębowa z „Na Wspólnej”. Bo widzowie naprawdę bardzo utożsamiają aktorów z odgrywanymi przez nich bohaterami. Gdy Henryk Talar grał Niemców, nienawidzono go. A gdy Maria Zięba miała wylew, a ja zostałam przewodniczącą jury na jednym z festiwali kulinarnych, wszyscy pytali, czy na pewno dam sobie radę. Przecież jestem po wylewie! Wracając jednak do „JOŚ”, nie od razu się zgodziłam – najpierw cztery razy odmawiałam, bo chociaż w swoim życiu śpiewałam i w teatrze, i w Babskim Kabarecie, myślałam, że ten program jest fantastyczną trampoliną dla młodych ludzi. Ja jej nie potrzebuję, bo jestem znaną osobą. Poza tym wystawiać się w moim wieku na ocenę po prostu nie wypada. Producentka jednak nie odpuszczała i mnie cisnęła. No i wreszcie dopięła swego. Postanowiłam spróbować.

GALA: Pierwsze wrażenia?

BOŻENA DYKIEL: Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ogromny jest to stres. Gdy po pierwszym odcinku mój świetny nauczyciel śpiewu Piotr Hajduk powiedział: „Wszystko było dobrze, nie zafałszowałaś, ale nie było luziku”, odparłam: „Piotruś, był taki stres, że zapomnij o luziku” (śmiech). Jestem pod wrażeniem ćwiczeń, które z nim wykonuję. Przypominają mi się warsztaty, które miałam przez dwa tygodnie jako studentka z Jerzym Grotowskim. On wyrabiał z nami niesamowite rzeczy. Żeby głos się nam otworzył, kazał na przykład stawać na... uchu. Pamiętam, że udało się to Jurkowi Bogajewiczowi.

GALA: Jak odnajduje się pani wśród pozostałych, przeważnie dużo młodszych uczestników show?

BOŻENA DYKIEL: Ci młodzi ludzie, z którymi występuję, są bardzo sympatyczni. Pierwszego dnia zażartowałam, że babcia Dykiel prosi wszystkich, żeby mówili do niej po imieniu, bo wtedy będzie nam się lepiej pracowało. Uprzedziłam ich również, że jestem jak Hanuszkiewicz, który jest cwany i całe życie otacza się tylko młodymi ludźmi. Wie pani, dlaczego to robi? Żeby wysysać z nich energię.

GALA: Niektórzy jednak kręcą nosem, że pani, aktorka Adama Hanuszkiewicza, która ma na swoim koncie ponad siedemdziesiąt wspaniałych ról, występuje w tego typu programie…

BOŻENA DYKIEL: Niech kręcą. Przyznam szczerze, że jednym z powodów, dla których się na to zgodziłam, było także pokazanie ludziom, że kobieta w moim wieku może być w dobrej formie. Nie tylko Tina Turner się trzyma! U nas panuje przekonanie, że kobieta, która skończyła trzydzieści lat, w zasadzie stoi na progu starości. I jest „out” od wielu rzeczy. A jeśli chodzi o pani zarzut, ja do tego programu podchodzę poważnie, zresztą jak do każdej pracy, bo taki mam charakter. I nawet jak coś mi nie wychodzi, próbuję do skutku. Bo to jest tak jak z ćwiczeniami fizycznymi. Nie udaje się coś raz, drugi, trzeci, a za dziesiątym się udaje. Wiem, co mówię, bo odkąd kilka lat temu zaczęłam mieć problemy ze stawami, ćwiczę codziennie po 20–30 minut. To wymaga systematyczności.

GALA: Wiele kobiet idzie po linii najmniejszego oporu i woli sobie odessać tłuszcz tu i ówdzie, zamiast ćwiczyć. Nie korciło pani, żeby pójść na łatwiznę?

BOŻENA DYKIEL: Żadna operacja nie załatwiłaby mi tego, że mogę wysoko podnieść nogę, nosić ciężkie rzeczy, schylać się, nie mam problemów z kręgosłupem itd. Poza tym swego czasu oglądałam dosyć dużo filmów na temat nieudanych operacji plastycznych, także twarzy. Ale najgorsze jest to, że po nich wszystkie twarze stają się jednakowe, bez wyrazu. Trzeba umieć starzeć się z godnością.

GALA: Łatwo powiedzieć...

BOŻENA DYKIEL: Oczywiście, że jest to trudne. Ale można. Trzeba tylko o siebie dbać. Przede wszystkim nie jeść byle czego. Warto też systematycznie chodzić do kosmetyczki, stosować dobre kremy, niekoniecznie te za 500 złotych.

GALA: Ale żadne kremy nie przegonią ponurych myśli związanych z przemijaniem...

 

BOŻENA DYKIEL: Najlepszym antidotum na to jest praca, bo wtedy ponure myśli do głowy nie przychodzą. No i dom, bo wtedy człowiek nie jest skupiony na sobie. Ja bardzo dużo rzeczy w domu wykonuję sama: piorę, krochmalę, robię zakupy, sprzątam, gotuję. Na święta mam już przygotowane filety do zrobienia ryby po grecku, Mam też zagniecione ciasto, upieczone wszystkie pasztety, a są ich cztery rodzaje. Mam też uprażone jabłka na szarlotkę i kupioną białą kiełbasę, bo bez niej nie ma u mnie świąt Wielkiej Nocy. Kupuję ją zawsze wcześniej, bo wtedy nie jest taka tłusta i nie wkładają do niej byle czego.

GALA: Zawsze jest pani tak dobrze zorganizowana i pogodna?

BOŻENA DYKIEL: Staram się, ale potrafię być „narzekalska”, przyczepiam się do różnych rzeczy, czasem się obrażam.

GALA: Podobno potrafi być pani także okropna dla aktorów, którzy przychodzą na plan i nie pamiętają swojego tekstu…

BOŻENA DYKIEL: Sama zawsze jestem przygotowana, dlatego uważam, że gdy ktoś przychodzi na plan bez wyuczonego tekstu, zachowuje się nie fair wobec kolegów. Na szczęście zdarza się to bardzo rzadko. Na ogół jednak jestem pogodna i tak też staram się podchodzić do życia. Bo jak ja jestem uśmiechnięta, to i ludzie wokół są weselsi. Gdy wchodzę na plan „Na Wspólnej” i mówię: „Cześć, świrusy”, od razu im się buzie śmieją. Kiedyś, dawno temu, gdy grałam Goplanę w „Balladynie”, pewna czarownica, która stanęła za mną w sklepie, powiedziała, że mam białą aurę. A to podobno oznacza, że dobrze wpływam na otoczenie. I bardzo mnie to ucieszyło. Ale pozytywne nastawienie do życia odziedziczyłam po swojej mamie. I pracowitość. Bo jestem z pokolenia, kiedy w sklepach nic nie było. Ale moi rodzice mieli działkę pracowniczą i przynosili z niej cuda. Miałam w domu na przykład dżem poziomkowy, którego niezwykły smak pamiętam do dzisiaj.

GALA: Wspomina pani dawne lata z sentymentem?

BOŻENA DYKIEL: To były ciężkie czasy z jednej strony. Ale z drugiej były fajne, bo ludzie jednak trochę inaczej się ze sobą komunikowali niż teraz. I byli prawdziwi. A teraz to całe towarzystwo jest nabzdyczone i coś udaje.

GALA: Aktorzy również mają chyba inną pozycję niż kiedyś? W jednym z wywiadów mówiła pani, że z aktorami nikt się dzisiaj nie liczy.

BOŻENA DYKIEL: A co mogę powiedzieć, jeżeli na przykład mam do zagrania bardzo trudne, wyczerpujące emocjonalnie sceny o ósmej rano, a scenariusz dostaję o północy? Cóż, takie czasy. Na brak sympatii ze strony ludzi nie narzekam, ale jeśli chodzi o moją pracę, to obserwuję, że do branży filmowej wkradła się bylejakość. Dlatego, gdy patrzę na te śliczne dziewczyny, z którymi występuję w „JOŚ”, nie zazdroszczę im młodości, bo one nie mają szansy zagrać w tylu fantastycznych filmach, w których ja wystąpiłam. Nie mają też szansy spotkać się z tak wybitnymi reżyserami i aktorami. Tego nikt mi nie zabierze. Zresztą gdy oglądam swoje role, a robię to niezwykle rzadko, nie mogę wyjść ze zdumienia, że tak potrafiłam zagrać, na przykład moją ukochaną Madę Müllerównę z „Ziemi obiecanej”. W jednej ze scen zrzucam Danielowi Olbrychskiemu doniczkę na głowę i do dzisiaj pamiętam jego minę po tym, jak prawie oberwał (śmiech). Miałam wtedy tylko 23 lata i do tej roli wykosiłam na zdjęciach próbnych kilkanaście kandydatek.

GALA: Czy mając w pamięci te wszystkie wspaniałe role, nie męczy pani granie Marii Zięby w serialu „Na Wspólnej”?

BOŻENA DYKIEL: Przez siedem lat trochę udało mi się ją zmienić. Jest bardziej zadbana i mniej szorstka. Aczkolwiek nadal rządzi i dyryguje swoim domem. I gdy mam fajne sceny do zagrania, sprawia mi to przyjemność. Gorzej, gdy muszę przez dwadzieścia odcinków płakać...

GALA: Dlaczego?

BOŻENA DYKIEL: Ponieważ wtedy muszę się odpowiednio nastroić, nie umiem płakać fałszywymi łzami. To musi być we mnie. A po takich scenach dojście do równowagi także jest potwornie trudne. Kiedy Maria Zięba miała wylew, wróciłam myślami do momentu, w którym opiekowałam się chorą mamą w szpitalu, i wypadłam bardzo przekonująco – nawet lekarze tak twierdzili. Ale zauważyłam, że po zejściu z planu mówię jak ona, drży mi też ręka. Są aktorzy, którzy potrafią się zagrać na śmierć, a potem natychmiast o tym zapominają, ale ja na pewno do nich nie należę.

GALA: Dlatego nie chciała się pani zgodzić na zagranie czarnego charakteru u Andrzeja Wajdy w filmie „Wielki Tydzień”?

BOŻENA DYKIEL: Ostatecznie zagrałam kobietę, która wydaje Żydówkę, ale na początku, gdy przeczytałam scenariusz, powiedziałam Andrzejowi: „Wiesz, że cię kocham i przepadam za pracą z tobą, ale ja po prostu nie mogę zagrać takiej podłej baby, bo do tej pory pracowałam na to, żeby ludzie widzieli we mnie dobrą osobę. I chcę, żeby tak zostało”.