Przyznacie, że to nietypowe zjawisko muzyczne: plaża, szum Atlantyku, gaj daktylowy, a z okna bungalowu dźwięki skrzypiec i śpiew Sebastiana. Oczywiście na góralską nutę. Lider zespołu Zakopower nie oszczędzał się – całymi dniami ćwiczył materiał na nową koncertową płytę, robiąc przerwy na kąpiele w oceanie. Przed bungalowem zbierały się grupy turystów i obsługa hotelu, żeby posłuchać „egzotycznych” rytmów.

Płaski krajobraz wyspy Sal (Sól), gdzie się zatrzymaliśmy, musiał być dla najbardziej przebojowego górala zbyt melancholijny. Dopiero wyprawa na górzystą i jedyną zieloną wyspę archipelagu – Fogo (Ogień), odmieniła naszą gwiazdę. W miarę zbliżania się do kaldery Pico do Fogo (prawie 3 tys. m n.p.m.) wyraźnie się ożywiał, żeby na koniec drogi zaskoczyć nas erupcją swojej scenicznej energii tuż pod stożkiem wulkanu. W wiosce Cha das Caldeiras, gdzie po raz ostatni 13 lat temu spływała lawa, cała nasza grupa przeżyła cudowną sjestę po tradycyjnej kabowerdiańskiej biesiadzie: katchupa, owoce morza, sery przypominające zakopiański bundz i niezwykłe wina z wulkanicznych plantacji, których – jak mówił nasz góral – nie zapomni do końca życia. Po powrocie na „słoną” wyspę znowu zabrał się do ćwiczeń. Ulice Santa Maria rozbrzmiały „Galopem” i „Tupanym”...