Cezary, widziałem Cię ostatnio  w sztuce „Casa Valentina” w Och-Teatrze. Rewelacyjnie zagrałeś mężczyznę, który lubi przebierać się za kobietę...

Cezary Żak: Gram tam Bessie/ Alberta. Sierżanta armii amerykańskiej i statecznego ojca, który kilka  razy w roku przyjeżdża do pensjonatu w górach Catskills, by żyć jak kobieta. Spotyka tam swoich przyjaciół transwestytów. Sztuka ma kilka ważnych wątków kryminalnych, obyczajowych i w końcu miłosnych...

Katarzyna Żak: Dla mnie „Casa...” opowiada o potrzebie tolerancji, poszanowaniu inności drugiego człowieka. Uważam, że Cezary świetnie zagrał w tym przedstawieniu, ma lekkość,  finezję, której ja, jako kobieta, bardzo mu zazdroszczę! (uśmiech)

Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, powiedziałaś, że Cezary jest mężczyzną z krwi i kości, który  w domu decyduje o wszystkim.  I nagle na scenie przebiera się  w sukienki, maluje usta...

C.Ż.: Właśnie dlatego, że czuję się prawdziwym facetem, mogę sobie na to  pozwolić. Myślę, że ktoś, kto jest niepewny swojej męskości, miałby trudności z zagraniem roli transwestyty. Przygotowując się do spektaklu, nie oglądałem innych transwestytów,  nie czytałem o nich za dużo. Polegałem raczej na swojej wyobraźni.

„Casa...” opowiada o granicach wolności. Gdzie w Waszym związku, po 33 latach wspólnego życia, ona przebiega?

C.Ż.: Może Kasia zacznie? Ciekawi mnie twoja opinia, kochanie…

K.Ż.: Jeśli o mnie chodzi, wciąż jest  w tym samym miejscu, co kiedyś.

Czyli?

K.Ż.: Wolność – tak, ale nie za wiele.

C.Ż.: Oj, Kasia jest bardzo wyrozumiała, bo ja się przyjaźnię głównie z kobietami, a nie z mężczyznami. Przyjaciela mam może jednego, koleżanek – całe mnóstwo. Która żona by to tak łatwo zaakceptowała?

K.Ż.: Nie mam wyjścia... Cezary umie słuchać kobiet, ma do nich dużo cierpliwości. Czasami potem brakuje mu jej dla mnie i dla naszych córek! (śmiech)

Być w centrum zainteresowania pięknych kobiet... Cezary, to marzenie każdego faceta!

C.Ż.: Nie przesadzałbym z tym centrum zainteresowania, ale rzeczywiście kilka razy usłyszałem, że kobiety lubią ze mną rozmawiać. Tak było  od wczesnego dzieciństwa. Nie nawiązałem w życiu ani jednej prawdziwej męskiej przyjaźni. Oczywiście mam kumpli z pracy, ale po tylu latach w zawodzie wiem, że przyjaźń przez duże P w środowisku aktorskim nie istnieje.

Dlaczego?

C.Ż.: Bo ten zawód wymaga odrobiny egocentryzmu i próżności, a to szkodzi przyjaźni.

Dobra znajomość kobiecej duszy przydaje się w związku z Kasią?

C.Ż.: Mnie tak naprawdę trochę łechce, że moja żona po tylu latach jest o mnie zazdrosna, to oznacza, że gdzieś tam się jeszcze tli jakiś żar...

Że to nie przyzwyczajenie, ale  miłość?

C.Ż.: Kasia pewnie powie, że to miłość,  a ja – że przyzwyczajenie! (śmiech)

K.Ż.: Nie bądź taki pewny siebie! (śmiech) Długi związek to coś wspaniałego... Rozczula mnie widok staruszków, którzy spacerują po ulicy, trzymając się za ręce. Bardzo bym chciała, by udało nam się nadal tak  kochać jak teraz.

C.Ż.: Wydaje mi się, że jeśli przyzwyczajenie poparte jest prawdziwym uczuciem, to nic złego. Znamy się  jak łyse konie, wiemy, jak reagujemy  w określonych sytuacjach. A przy tym ciągle się czymś zaskakujemy, umiemy spędzić kilka godzin razem w samochodzie podczas podróży i non stop  ze sobą rozmawiać. Bo wciąż mamy  sobie mnóstwo do powiedzenia.

Nie czujemy, że coś się między nami wypaliło. Przeciwnie, wspólne przeżycia tylko umocniły nasze uczucie.

Ślub wzięliście jako bardzo młodzi ludzie.

K.Ż.: To był 1985 rok, inna rzeczywistość, szary PRL. Ja miałam 22 lata,  Cezary – 24. Rodzice byli dosyć sceptyczni, mówili, że jesteśmy za młodzi, nieodpowiedzialni. Mama Cezarego zresztą w ogóle nie wyobrażała sobie,  że on się kiedykolwiek ożeni. Chciała, by po ukończeniu szkoły teatralnej wrócił do domu i trochę z nią pomieszkał…

C.Ż.: Byłem zżyty z moją mamą. Ona  zawsze bardzo mi kibicowała w mojej drodze artystycznej. Sama zresztą chciała zostać śpiewaczką operową, jednak życie potoczyło się inaczej.

K.Ż.: Początki rzeczywiście nie należały do najłatwiejszych. Każdy z nas wyniósł z domu jakieś przyzwycza- jenia, wartości. Kiedy dwie młode,  zupełnie nieukształtowane osoby  zaczynają życie pod jednym dachem, wydaje im się, że wiedzą wszystko  na temat związków. Potem następuje cudowne rozczarowanie. Dziś, jako żona i mama dwóch córek, inaczej patrzę na moją mamę, teściową, rodzinę w ogóle. Dochodzę do wniosku, że może czasami niepotrzebnie zrobiłam  jakąś awanturę albo źle się wobec nich zachowałam.

Do tego się dorasta.

C.Ż.: Piękna dojrzałość...

K.Ż.: Ważne, by po tylu latach się nie  pogubić, mieć podobne przemyślenia  i umieć wyciągać wnioski.

W każdym związku, także w naszym, zdarzały się burze, nawet takie z piorunami. Wiedzieliśmy jednak, że nie wolno odpuszczać. Robiliśmy wszystko, by tę miłość utrzymać.

Szczera rozmowa, nawet taka,  która boli, jest podstawą Waszego związku?

K.Ż.: Na początku głównie się obrażałam. Podczas awantury wychodziłam  i trzaskałam drzwiami. Jak mała rozkapryszona dziewczynka. Cezary mówił wtedy: „Teraz się obraź i popłacz”. Po latach zrozumiałam, że to bez sensu. 

C.Ż.: Jak miło, że się do tego przyznajesz. Jesteś cudowna. Zakochałem się w tobie na nowo! (śmiech)

K.Ż.: Przestań sobie żartować, bo rozmawiamy na poważne tematy, dobrze?

C.Ż.: Oczywiście, kochanie...

K.Ż.: Obrażałam się, bo brakowało mi dystansu. Wychowywałam się w domu, w którym to mama trzymała wszystko w ryzach. Była niezależna finansowo, zarabiała więcej niż tata. Mnie się wydawało, że ja też powinnam do tego  dążyć. Aż tu nagle na mojej drodze pojawił się Cezary – 400 procent testosteronu, zodiakalny Lew. Niezależny, władczy, który chodzi własnymi drogami. Dzięki niemu zrozumiałam,  że to nieodzywanie się i obrażanie do niczego nie prowadzi, bo w końcu  i tak wychodzi na jego.

C.Ż.: No, parę razy wyszło na twoje.  Pamiętam, jak kilka lat po szkole  teatralnej chciałem zmienić zawód,  bo wydawało mi się, że to jednak nie dla mnie. Dzięki Kasi zrozumiałem,  że trzeba dalej walczyć i być cierpliwym. Niemalże zmusiła mnie, bym pracował cierpliwie, a wszystko się  odmieni. I proszę...

K.Ż.: Zrozumiałam to, gdy nasze córki zaczęły dorastać. Uświadomiłam sobie, że potrzebują rodzica, który nie kieruje się w życiu emocjami, ale jest stałym punktem na planecie o nazwie RODZINA.

Cezary nim jest?

K.Ż.: W rodzinie, w której są trzy  kobiety i rybki w oczku wodnym, potrzebna jest silna męska osobowość,  by to się wszystko nie rozsypało.

O ważnych rzeczach decydujecie wspólnie?

C.Ż.: Staramy się, chociaż to ja inicjuję te rozmowy i podejmuję większe, strategiczne decyzje życiowe.

K.Ż.: Obgadujemy wtedy wszystkie  za i przeciw. Ale i tak decydujący głos ma Cezary.

To prawda, że nigdy nie byliście  w innym poważnym związku?

C.Ż.: Kasia była moją pierwszą poważną dziewczyną.

K.Ż.: A Czarek moim pierwszym  poważnym chłopakiem.

Niezwykłe!

K.Ż.: Wiesz, czasami patrzę na naszych przyjaciół, którzy mają dłuższy staż małżeński niż my. I wciąż są sobą zafascynowani, rozmawiają o wspólnych pomysłach, planach, dzielą te same  pasje. Mam wrażenie, że im dłużej jest się z kimś w związku, tym bardziej się go potrzebuje.

A czego w sobie nie lubicie?

K.Ż.: Mnie zdarza się czasami zadręczać drobiazgami, widzieć świat  w czarnych barwach. Jestem raczej  życiową pesymistką. Dłuższa przerwa w pracy powoduje rodzaj napięcia, że to już koniec, że telefon nie zadzwoni.

C.Ż.: Ja z kolei szybko zapominam  o porażkach, nie analizuję przeszłości, staram się myśleć, co jeszcze dobrego mnie czeka. Może czasami jestem aż za bardzo racjonalny?

Mówiłeś, że większość aktorów  to egocentrycy. Wy jesteście inni  – otwarci, zwyczajni. Nie udajecie wielkich artystów, którzy oddzielają się od świata murem.

K.Ż.: W naszym związku nie ma złych emocji, wybuchów kłótni czy rzucania talerzami.

C.Ż.: Jesteśmy bardziej rzemieślnikami niż uduchowionymi artystami przenoszącymi emocje ze sceny do domu. Wychodzimy rano do pracy, gramy spektakl najlepiej, jak umiemy, a potem wracamy do domu i żyjemy naszym życiem.

Dla nas priorytetem zawsze była rodzina – ta bliższa i ta dalsza. Spotykamy się kilka razy w roku, urządzamy święta. Budowanie więzów rodzinnych to wielka wartość, którą staramy się przekazać  córkom. Zawsze możemy na siebie liczyć – kiedy ktoś z naszych bliskich potrzebuje pomocy, jesteśmy przy nim.

Oboje pochodzicie z konserwatywnych domów. Ten, który stworzyliście dla siebie i córek, jest bardziej liberalny?

C.Ż.: Nasz dom też jest konserwatywny. Oczywiście na początku zachłysnęliśmy się wolnością. Żartowaliśmy nawet, że ślub wzięliśmy po to, by móc oddychać pełną piersią i żyć po swojemu. Buntowałem się przeciwko niedzielnym rosołkom u mamusi. A teraz sam namawiam córki, by wpadły na obiad... I w głębi duszy śmieję się, że  za kilka lat za tymi obiadkami będą  same tęskniły, tak jak ja.

K.Ż.: Gdy Ola mieszkała z nami, ciągle narzekała, że nie ma nic dobrego do  jedzenia. Otwierała lodówkę i mówiła: „Boże, znowu ten serek!”. Teraz, gdy musi sama o to zadbać, za każdym razem zachwyca się zawartością naszej lodówki! (śmiech)

Jak poradziliście sobie z syndromem pustego gniazda?

K.Ż.: Bardzo przeżyłam wyprowadzkę Oli, starszej córki. Co prawda zamieszkała niedaleko, ale bałam się, jak poradzi sobie w codziennym życiu: czy będzie umiała się ciepło ubrać, czy się wyśpi i czy bezpiecznie wróci na noc do swojego mieszkania. Cezary cieszył się, że dziewczyny szybko się usamodzielniają i mogą z pełną odpowiedzialnością popełniać błędy. On zresztą nigdy ich specjalnie nie „niuńkał”.

C.Ż.: Jakie ładne słowo!

K.Ż.: Powtarzałeś mi, że jestem „niuńka”, matka kwoka, która zamiast rzucać dzieci na głęboką wodę, by się czegoś uczyły, podaje im kolejne koła ratunkowe.

C.Ż.: Ty nie rzucałaś im kół, tylko  pontony!

Ola i Zuza to córeczki tatusia?

K.Ż.: Ola – zdecydowanie tak, Zuzia jest bliżej ze mną.

C.Ż.: Do mnie dzwonią w sprawach buchalteryjnych, z mamą omawiają problemy sercowe. Bardzo cieszy nas to, że udało się zbudować między nami takie bliskie relacje. Ufamy sobie.

Macie z córkami świetne relacje. Długo wyjeżdżaliście razem  na wakacje?

K.Ż.: Bardzo to lubiliśmy. Wygłupom podczas wizyt w aquaparkach nie było końca. Ale pielęgnowaliśmy też rytuał polegający na podróżach tylko we dwoje. Na studiach, gdy nie mieliśmy pieniędzy, wyjeżdżaliśmy nad polskie morze albo do rodziny. Potem zaczęliśmy podróżować po świecie. Pierwsza była Kreta. Najbardziej jednak zapadła nam w pamięć egzotyczna podróż  do Japonii, która okazała się inna niż wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Kończyliśmy pracę na planie serialu  i znikaliśmy na tydzień lub dwa, by pooddychać innym powietrzem, poznać nowych ludzi, zmienić klimat.

C.Ż.: Myślę, że gdybyśmy dzisiaj zaproponowali naszym dorosłym córkom wspólny wyjazd na wakacje, chętnie wybrałyby się z nami.

Czujecie, że z biegiem lat stajecie się coraz bardziej sentymentalni?

C.Ż.: Nie, w ogóle nie jesteśmy sentymentalni. Żyjemy dniem dzisiejszym, a nie przeszłością. Nawet teraz, gdy wracam do rodzinnego Brzegu Dolnego, bardziej interesuje mnie to, jak miasto się rozwija i pięknieje, jak będzie wyglądało za 50 lat, niż wspomnienie jego szarości z czasów PRL-u.

Ale rodzinne uroczystości lubicie.

K.Ż.: Tak, zapraszamy wtedy do domu całą rodzinę i świętujemy przy stole, który ugina się od naszych ulubionych potraw. To są momenty, kiedy świat dookoła nas przestaje istnieć i koncentrujemy się na rozmowach z bliskimi, jedzeniu i piciu wina. 

C.Ż.: Takie nocne Polaków rozmowy  o życiu... Co roku te same dowcipy,  historie wujków i cioć, zdjęcia. Ale  za każdym razem wciąż jest tak samo zabawnie i miło! Szkoda, że większość zdjęć robimy teraz smartfonami  i zapisujemy je na wirtualnych dyskach. Tęsknię za albumami, które można przeglądać. K.Ż.: Świąteczny czas bardzo dyscyplinuje nasze życie. Pokazuje dzieciom, jak zmienia się świat i jak zapisuje się historia naszej rodziny. Nie ma już  z nami mojej mamy, która zmarła rok temu. To trudne, ale nieuchronne. Niektórzy znikają z naszego życia, ale pojawiają się nowi członkowie familii. Nagle ciocia, która rok temu podczas Wigilii była w ciąży, na Wielkanoc  odwiedza nas ze swoim synem.

Wielkanoc to dla Was ważne  święto?

K.Ż.: W tym roku będzie cudownie. Zjeżdża się rodzina z całego świata. Razem około 70 osób, by uczcić chrzest nowego członka rodu. Już nie możemy się doczekać tych nocnych Polaków rozmów i wspólnego biesiadowania, wspomnień i zdjęć.

Czy po tylu latach macie świadomość swoich wad? Czy coś udało Wam się przepracować?

C.Ż.: Nie znoszę, jak Kasia się spóźnia... Ma próbę na 10.00, wie, że potrzebuje 40 minut na dojazd, a wyjeżdża z domu o 9.45. Nigdy tego nie zrozumiem!

K.Ż.: Cezary ma dużo wad, ale lepiej mówmy o tym, co w sobie lubimy.

No dobrze...

K.Ż.: Uwielbiam go za to, że jest bardzo dobrym człowiekiem. Ma poczucie humoru, świetnie ogarnia naszą codzienność. Pamięta o płaceniu rachunków na czas, oddawaniu PIT-ów. Ja, jeśli  o to chodzi, jestem totalnie oderwana od rzeczywistości.

C.Ż.: Może feministki będą chciały mi ukręcić głowę za to, co mówię, ale byłem wychowany w tradycyjnej rodzinie, w której to żona zajmowała się prowadzeniem domu. Jestem wdzięczny Kasi, że przez tyle lat tak świetnie to robiła. Gotowała, odwoziła córki  na dodatkowe zajęcia. Nie zapominała przy tym o swoich pasjach i rozwijaniu umiejętności aktorskich. Podziwiam  ją za to, że łączyła codzienną pracę w domu z obowiązkami zawodowymi. Aha, zapomniałbym! Jest jeszcze  jedna rzecz, którą uwielbiam u Kasi: poczucie estetyki i dobry gust!

Wciąż wpływacie na siebie intelektualnie?

K.Ż.: Naszą wspólną pasją jest film.  Cezary rzadko znajduje czas, by chodzić ze mną do kina czy teatru, umawiam się zazwyczaj z przyjaciółką, ale na szczęście mamy w domu dostęp do świetnych produkcji. Chętnie je razem oglądamy, a potem o nich dyskutujemy.

A o swoich rolach rozmawiacie?

K.Ż.: Kiedyś bardzo przeżywałam krytykę ze strony Cezarego. Dzisiaj mam do tego inny stosunek – staram się wysłuchać jego uwag i te, z którymi się zgadzam, wdrożyć w życie.

C.Ż.: Jeśli uważam, że trzeba coś zmienić, mówię o tym Kasi. Na początku, gdy graliśmy razem, miałem trochę niewyparzoną gębę i rozmowy na temat pracy kończyły się awanturami. Teraz zdarza się, że mówię jej: „Przestań komikować” i ona to przyjmuje  z pokorą. Dwadzieścia lat temu kończyło się to prawie rozwodem!

K.Ż.: A ja lubię sobie czasami „pokomikować”... (śmiech) Ale tak szlachetniej! Podczas pracy nad naszą wspólną sztuką „Serca na odwyku”, którą reżyseruje Cezary, bardzo pilnie mnie obserwował. Cieszę się z tej współpracy, bo odkrył we mnie inne, nowe aktorskie możliwości.

Im jesteście starsi, tym bardziej staracie się przeżywać każdy dzień intensywniej?

K.Ż.: Mam poczucie, że za dużo mi umyka...

C.Ż.: A ja nie rozpaczam. Chciałbym, żeby wszystko w końcu zaczęło  zwalniać.

K.Ż.: Nie chciej. Ja nie chcę.

C.Ż.: Od ponad 30 lat bardzo intensywnie pracuję, więc może czas pomyśleć  o emeryturze i wygodnej starości? Czy to się uda? Nie wiem.

Kiedy obserwuję smutną starość wybitnych polskich aktorów, dostrzegam przewrotność  tego zawodu. Przez lata można być  na szczycie, by końcówkę życia spędzić bardzo skromnie.

Ten zawód wymaga myślenia  o przyszłości, odkładania  na czarną godzinę.

K.Ż.: Zostaliśmy tak wychowani, że nie wydajemy wszystkiego, co zarabiamy.

C.Ż.: Nie interesują nas zbytki. Lubimy sobie sprawiać drobne przyjemności, ale raczej bez szaleństw. Mamy przyjaciół, którzy 15 lat temu zarabiali gigantyczne pieniądze i przehulali wszystko. Dzisiaj nie mają z czego żyć...

K.Ż.: Nie potrzebujemy drogich ubrań, najlepszych samochodów... Nie oszczędzamy tylko na podróżach, bo bardzo je lubimy.

C.Ż.: Ale ostatnio najlepiej czujemy się w domu, to jest nasze miejsce na ziemi. Intensywnie pracujemy, więc coraz bardziej doceniamy to, że mamy dokąd wracać po spektaklu. Wiemy, że tam stoi nasz ulubiony fotel, są nasze książki, pamiątki...

Przywiązujecie się do rzeczy?

C.Ż.: To meble, które sami kupiliśmy kilkanaście lat temu. Głównie antyki, mieliśmy do nich słabość.

K.Ż.: Ale są też pojedyncze pamiątki,  takie jak zegar ścienny po moim pradziadku z 1899 roku, w którym znaleźliśmy po latach pożółkłą karteczkę  z historią tego przedmiotu oraz listą wszystkich właścicieli.

Jak będzie wyglądało Wasze życie za 20 lat?

K.Ż.: Ja będę dalej śpiewała „Bardzo śmieszne piosenki”, bo to recital, w którym gram 13 różnych kobiet, i dzisiaj  on się bardzo podoba, a za 20 lat wzbogacę go o nowe typy matki Polki. Mam też nadzieję, że moje wnuki będą wówczas przychodziły na nasze spektakle  i biły brawo.

C.Ż.: Ja mam nadzieję, że trochę już zwolnię teatralnie. Ten zawód jest jednak bardzo wyczerpujący emocjonalnie i by mieć spokojną starość, wolałbym z wnukami łowić ryby w jeziorze lub jeździć na wycieczki rowerowe.

 

WIĘCEJ WYWIADÓW TUTAJ>>