Czarnuch”, „żółtek”, „makaroniarz”. To tylko niektóre obraźliwe słowa, którymi Walt Kowalski (grający głównie mimiką Clint Eastwood) raczy swoich bliźnich. Nasz bohater przeżywa trudne chwile. Zmarła mu żona. Mszę pogrzebową odprawia młody ksiądz, którego homilia rozczarowuje Walta. W pierwszej ławce siedzi wnuczka głównego bohatera. Ma na sobie krótką bluzeczkę. Żuje gumę i ostentacyjnie bawi się telefonem. Czy coś może go jeszcze bardziej poirytować? Tak. Do domu obok wprowadza się rodzina Hmongów (w języku Walta: „żółtki”). Kowalski, broniąc się przed miejscową mafią, ratuje przy okazji z opresji sąsiada, nastoletniego Tao (nierówny Bee Vang). Tak zaczyna się ich przyjaźń… Interesująca opowieść o ludzkiej przemianie. Są w niej momenty dowcipne, jak na przykład pełna pomysłowych epitetów rozmowa Walta z fryzjerem. Jest też miejsce na refleksję. Naprawdę niezły film, który niesłusznie pominięto na tegorocznej gali Oscarów. Warto zobaczyć.

„GRAN TORINO”, reż. Clint Eastwood, wyst. Clint Eastwood, Bee Vang, w kinach od 27 marca