Stałam dwie godziny w tłumie fanów przed klubem studenckim, żeby dostać się na jego koncert. Dla mnie był odkryciem, ale publiczność znała jego piosenki na pamięć: „Maszynkę do świerkania” i „Żaba tonie w betonie”. Trzeba przyznać, znała wszystkie słowa, nie tylko refren. Rozmawiamy w małej knajpce w centrum Warszawy. On w kolorowej koszuli, z wielkim plecakiem, w którym z łatwością mógłby się zmieścić jego cenny akordeon. Czesław jest wyraźnie podekscytowany...

GALA: Musiało zdarzyć się coś niezwykłego w twoim życiu?

CZESŁAW MOZIL: Nawet pani nie wie, w jakim szczęśliwym momencie się spotykamy! Trzy lata byłem współwłaścicielem baru Kulkaffee w Kopenhadze. Najpierw bardzo go chciałem mieć, a po dwóch latach byłem śmiertelnie zmęczony staniem za barem. Ostatnie 10 miesięcy próbowaliśmy znaleźć nabywcę. Przecież nie mogliśmy go sprzedać za połowę ceny, bo jak spłacić wtedy kredyt w banku.

GALA: Udało się sprzedać z zyskiem?

CZESŁAW MOZIL: Nie, prawdę mówiąc, to była porażka finansowa. Ale takie jest życie! Cud, że go sprzedaliśmy. Gdyby się nabywca nie znalazł, bank by go zabrał. Inni na naszej ulicy plajtowali porządnie, a my musimy tylko po 10 procent dołożyć.

GALA: Bardzo chciałeś się go pozbyć?

CZESŁAW MOZIL: Nie można żonglować kilkoma piłkami naraz. Koncerty, płyty, w tym ostatnia, polska „Czesław Śpiewa. Debiut”. Krążyłem dwa razy w tygodniu między Danią a Polską. W sobotę w Zielonej Górze, w niedzielę w Szczecinie, w poniedziałek w Warszawie. Z lotniska wprost do baru, aby lać piwo do trzeciej w nocy, a po powrocie do domu zjeść jakiś kebab. Mordęga po prostu. Bardzo niezdrowe życie. I właśnie wczoraj wieczorem podpisaliśmy papiery i oddaliśmy klucze do baru. Co za ulga!

GALA: Zastanawiam się, po co bar wziętemu muzykowi z dyplomem renomowanej Królewskiej Akademii Muzycznej w Kopenhadze?

CZESŁAW MOZIL: Miał być ucieczką od rzeczywistości, realizacją chłopięcego marzenia, o którym z kumplem z podstawówki, stolarzem, gadaliśmy od małego. W młodym wieku człowiekowi się zdaje, że wszystko jest możliwe.

GALA: A nie jest możliwe?

CZESŁAW MOZIL: Pewnie, że jest. Idzie się do banku, bierze się pożyczkę, spisuje kontrakt. Ma się 20 lat i lubi się piwo kolegom lać. Fajne życie, dużo kobiet dookoła. Egoizm w czystej postaci. Kupiliśmy bar dla przygody, tylko po paru miesiącach czuliśmy, że splajtujemy, bo bar nie zarabiał na siebie.

GALA: Może za dużo było darmowego piwa?

CZESŁAW MOZIL: Nie, wcale nie, ale sami rzeczywiście za dużo piliśmy.

GALA: Za skromne 10 procent straty zyskałeś bezcenne doświadczenie.

CZESŁAW MOZIL: Człowiek dorośleje, gdy widzi, ile rachunków ma do zapłacenia w każdym miesiącu. Papiery, finanse, przygody z lokatorami, przepisy. Nie ma wymówki, że jestem chory, źle się czuję, mam ochotę wziąć wolny dzień. Tylko się idzie i haruje. Zagryza wargi i wytrzymuje. Nawet jak się nie ma za to grosza zarobku, jak ja z kolegą. A tu jeszcze przyjeżdża policja, bo interweniują lokatorzy, że w naszym barze jest za głośno.

GALA: Przecież to była Kulturalna Café?

CZESŁAW MOZIL: Ale wieczorami bywało za głośno. Przynajmniej dla niektórych lokatorów. Poza tym bar to niejedyne moje źródło wiedzy o świecie. Jeszcze na studiach dorabiałem na placu budowy jako zaopatrzeniowiec i tłumacz robotników z Polski. Niesamowite przeżycie, spotkać ludzi o innej mentalności, jakby byli z innej planety. Młody człowiek błądzi, szuka, a ja byłem głodny świata. Przez rok studiowałem polonistykę na studiach podyplomowych, przez półtora roku jeździłem z teatrem dziecięcym Artibus. Byliśmy w Syrii, Libanie, Jordanii. Mnóstwo muzykowałem jako free lancer. Po tym, co przeszedłem z barem, jestem gotów na wszystko. Sprostam każdej trudności. Dzisiaj jest mój wyjątkowy dzień. Pierwszy dzień wolności od baru. Właśnie przeprowadzam się do Krakowa.

GALA: Czemu akurat tam?

CZESŁAW MOZIL: Bo do Krakowa jeżdżę od 10 lat, mam tam przyjaciół, a rodzice kupili maleńkie, ale przecudne mieszkanko między Kazimierzem a Rynkiem Głównym. Żeby tu kiedyś wrócić.

GALA: Jak twoja rodzina, która przed emigracją mieszkała w Zabrzu, znalazła się w Kopenhadze?

CZESŁAW MOZIL: W Danii mieszkała babcia, mama mojej mamy, która jako wdowa wyszła za Duńczyka. Ale to miał być tylko pierwszy krok. Ojciec marzył o wyjeździe do Vancouveru w Kanadzie, dokąd wyemigrował jego przyjaciel. Dania okazała się przystankiem docelowym, z braku wizy.

GALA: Dobrze, że ta Kanada nie wypaliła. Z Danii masz bliżej do Polski.

CZESŁAW MOZIL: Też tak myślę. Odwiedzałem Polskę bardzo często. Miałem 12, 13 lat, wsiadałem na prom do Świnoujścia, ktoś mnie odbierał, jeździłem do ciotki w Wągrowcu koło Poznania, potem do drugiej cioci. Odkąd istnieją tanie linie lotnicze, nie opłaca się telepać promem ani pociągiem. A potem zacząłem jeździć do kolegów, którzy studiowali w Krakowie.

GALA: Od ośmiu lat koncertujesz po Polsce.

CZESŁAW MOZIL: Od 20. roku życia. Tak dużo jeżdżę, że nawet moi koledzy, rodowici Polacy, nie odwiedzili tylu miast i miasteczek.

GALA: W Danii młodzi ludzie chyba szybko wyfruwają z rodzinnego gniazda?

 

CZESŁAW MOZIL: Oj, szybko. Dostają stypendium, socjal dla każdego studenta. Luksus. Można sobie dorobić i da się utrzymać. Musiałem się wyprowadzić, bo uczelnia była 15 km od domu. Logistycznie nie miało sensu mieszkanie z mamusią.

GALA: Twoi przyjaciele z zespołu mają podobne doświadczenia?

CZESŁAW MOZIL: Karen, Martin i Jakob to moi przyjaciele z tej samej uczelni, z tego samego akademika. Jakob, cztery lata starszy, kończył studia, gdy ja zaczynałem. Martin, ten sam rocznik z klasy akordeonu, mieszkał na górze. Z Karen, klasyczną saksofonistką, mieszkałem dwa lata w dużym mieszkaniu, gdzie każdy miał swój pokój. W trasie po Polsce Karen okazała się niesamowita, nie grymasi, świetna koleżanka. Często jemy przy drodze, bierze, co mają: kotlet, surówkę, żurek, kocha polską kuchnię. Czasami przyjeżdżamy gdzieś do hotelu i są masakryczne warunki, mówię: „Karen, jak tylko chcesz, uciekamy”. Ona: „Nie ma problemu”. Na wszelki wypadek wolę mieć mniejszą stawkę za koncert, ale żeby było czysto. To ważne, gdy się jest tak dużo razem. Ale często czysto nie jest.

GALA: Co zespół robi wieczorem w małej dziurze?

CZESŁAW MOZIL: Spotykamy się z tymi, co mają ochotę spotkać się z nami po koncercie.

GALA: I gadacie do rana?

CZESŁAW MOZIL: Ostatnio, przyznaję, już nie tak bardzo. Trudno wytrzymać. Jak byłem młody, to gadaliśmy do rana.

GALA: Jasne, teraz masz całe 29 lat. Nie ta kondycja, nie to zdrowie, nie te nerki.

CZESŁAW MOZIL: Przyznaję, nie to samo. Czuję się młody, ale nie mogę pić do 6, a potem jechać dziewięć godzin samochodem.

GALA: No i te gruppies…

CZESŁAW MOZIL: Nie jest trudno znaleźć dziewczynę po koncercie. Jak byłem sam, powiem otwarcie, lubiłem pobalować, ale w tej chwili mam dziewczynę i dobrze mi z tym. Kasię poznałem w listopadzie ubiegłego roku w Kielcach. Graliśmy dla 50 osób, ona przyjechała z koleżanką z Poznania, gdzie tydzień wcześniej też była na moim koncercie. Zaczęliśmy gadać, a po godzinie czy półtorej tarzaliśmy się w śniegu i biliśmy śnieżkami. Ale nadal po koncertach bywa bardzo przyjemnie. Gdy ostatnio występowaliśmy na kabaretonie TOPtrendy, Karen ściągnęła swojego chłopaka ze Szwecji, Martin – swoją dziewczynę z Danii, ja moją Kasię z Poznania i po festiwalu samochodem w szóstkę pojechaliśmy do Wrocławia, gdzie mieliśmy dalsze koncerty.

GALA: Teksty twoich piosenek są oryginalne i dowcipne. Mnie wzrusza „Wesoły kapelusz”, w którym śpiewasz: „(...) Swoje ciało umieszczam w sukience, wkładam nogi, piersi i ręce, ale głowę zostawiam na stole, bo bez głowy na miasto iść wolę...”. Na końcu niskim męskim głosem wyznajesz: „...To dla ciebie straciłam głowę”. Te surrealistyczne wyznania miłosne śpiewasz z taką dozą tęsknoty, namiętności i pasji, z jaką w Polsce zwykło się deklamować „Odę do młodości” albo „Wielką Improwizację”. Przezabawny kontrast.

CZESŁAW MOZIL: To teksty Michała Zabłockiego, syna Aliny Janowskiej i słynnego szermierza Wojciecha Zabłockiego, wielokrotnego olimpijczyka. Michał składa je z tekstów internautów po linijce, ale on jest projektantem całości. Nie wiedziałem, kim jest, jak przyszedł na nasz koncert w Krakowie. Czasami zapominam, że te teksty nie są moje, bo kiedyś sam pisałem słowa, ale mój polski jest ograniczony i lepszy nie będzie: „Proszę wybaczyć/Że brak mi sił o ciebie walczyć/I tak już jest, że drogo płaci ten/Który wybrał nic nie tracić”. To mój polski. Ja się go nie wstydzę i śpiewam tak, że nikt nie zakwestionuje, że to mnie boli. Jak śpiewam o żabie, co tonie w betonie, to ja, człowiek dorosły, wiem, o czym jest ta piosenka. Za to muzyka jest moja.

GALA: Słychać w niej nuty żydowskie, romskie, wschodnie. Pachnie słowiańszczyzną.

CZESŁAW MOZIL: Moje piosenki są bardzo proste, może trzy, cztery chwyty: um pa pa, um pa pa. Gdy miałem 18 lat, przeczytałem wypowiedź wokalisty mocnej grupy Korn: „Jestem dość długo gitarzystą, by wiedzieć, że nie trzeba być wybitnie utalentowanym, by skomponować coś fajnego, co się ludziom spodoba”. I to jest trafne. Zawsze kochałem proste rzeczy. I nie wstydzę się tego. Prościuteńkiego „All You Need Is Love” nikt nie kwestionuje. Można pisać o wszystkim, ale liczy się jakość przekazu i to, czy odbiorca jest dość otwarty.

GALA: W jakich okolicznościach komponujesz?

CZESŁAW MOZIL: Zmęczony i wypoczęty, późno w nocy, często na kacu, wiem, to nieładnie. Tylko że od roku nie napisałem ani nutki, bo harowałem jak idiota.

GALA: Do tego popijasz na scenie z muzykami. Ładnie to tak?

CZESŁAW MOZIL: Nie za dużo, malutko...

GALA: Dobry był ten koniak, który otworzyliście podczas koncertu?

CZESŁAW MOZIL: Bardzo dobry.

GALA: Już wiemy, że na razie masz dość prowadzenia biznesu. Jakie więc są plany na najbliższą przyszłość?

CZESŁAW MOZIL: Kupię pędzel, farbę i pomaluję całe mieszkanko na biało. Będzie fajnie. Wyluzuję się i skupię na tym, co najważniejsze. To wielki moment w moim życiu. Chciałem zaistnieć w Polsce, chciałem wstawać rano i mieć coś do roboty. I mam. Już się cieszę. Siądę w kawiarence na Kazimierzu, otworzę laptopa, poodpisuję na maile. Skomponuję coś tęsknego i prostego. Żyć nie umierać.