Urodził się Pan w Polsce i mieszkał tutaj do jedenastego roku życia. Czy mówi Pan po polsku?

No pewnie, że mówię! Choć nie mam zbyt wielu okazji. Wolałbym jednak, abyśmy porozmawiali po angielsku, bo czasem brakuje mi słów. 

Czy z dziećmi rozmawia Pan po polsku?

Znają kilka zwrotów, wierszyków, kołysanki z dzieciństwa. „Aaa, kotki dwa, szare, bure obydwa”. (śmiech) 

Pana najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa?

Mama urodziła się w Warszawie, mieszkała przy ulicy Twardej, tuż obok Złotej, gdzie teraz stoi budynek mojego projektu. Wychowywałem się w Łodzi, ale często jeździliśmy do Warszawy, do ciotki. Pamiętam długie spacery nad Wisłą albo uliczkami Starego Miasta. Duże wrażenie robił na mnie Pałac Kultury i Nauki, wtedy imienia Stalina. Pamiętam jego cień. Nawet jako dziecko czułem, jak silne emocje wiążą się z tym budynkiem. Lubiłem szarą Łódź, w której się wychowywałem. Zwłaszcza niesamowite fabryki, pozostałości industrialnej świetności tego miasta. Pamiętam kolegów ze szkoły, nauczycieli, samą szkołę. To radosne wspomnienia, ale mieszają się z ciemnymi. Bo pamiętam też komunizm i antysemityzm. Dziś Polska niesamowicie się zmieniła. Ludzie nie boją się patrzeć sobie w oczy. 

Jako chłopiec występował Pan w telewizji, grając na akordeonie. Był Pan dzieckiem uzdolnionym. 

Uwielbiałem grać! To prawda, występowałem w telewizji, brałem udział w konkursie muzycznym dla dzieci. Byłem tak mały, że ojciec niósł za mną instrument. Kiedy członkowie komisji zobaczyli mnie, małego chłopaczka, i to wielkie pudło, pomyśleli, że to żart. Na ich twarzach pojawiły się uśmieszki. A potem zacząłem grać. Ich miny momentalnie się zmieniły. 

Nawet dziś opowiada Pan o tym z wielkimi emocjami. Dlaczego nie został Pan muzykiem?

Nie zrezygnowałem z muzyki, po prostu zmieniłem instrument. Architektura operuje przestrzenią, czyli także akustyką. Dla mnie ważne jest, jak budynek wygląda, ale też jak brzmi. Każde miasto ma swój dźwięk. Zawód architekta porównałbym do zawodu dyrygenta: projektując, piszę partyturę i muszę sobie wyobrazić, jak te nuty wykonają inni. Poza tym zależy mi na opinii publiczności. Myślałem, że będę muzykiem, uczyłem się grać jeszcze w Tel Awiwie, dokąd wyjechaliśmy z Polski. Ostatecznie w 1959 roku przenieśliśmy się do USA, gdzie zacząłem studiować architekturę. 

 

Dlaczego nie zostaliście w Tel Awiwie? 

Życie tam nie było łatwe. To był wtedy młody kraj. Ojciec chciał zamieszkać w kibucu, ale moja mama, indywidualistka, nie zgodziła się na to. Zdecydowali, że zamieszkamy w Ameryce. Mama była silną osobowością. 

Ojciec pochodził z Łodzi, mama z Warszawy. Jak rodzice się poznali?

Kiedy wybuchła wojna i Niemcy zaczęli zakładać getta, moi rodzice domyślili się, że dzieje się coś złego. Nie znali się wtedy, ale oboje uciekli do Związku Radzieckiego, mama z Warszawy, ojciec z Łodzi. Tam każde z nich odmówiło przyjęcia obywatelstwa, więc zostali aresztowani jako wrogowie ludu: Polacy, Żydzi. Ojciec został deportowany do obozu pracy nad Wołgą, mama zesłana do gułagu na Syberię. Koszmarne przeżycia. Poznali się, wracając na piechotę z obozów, gdzieś w Kirgistanie. Tam wzięli ślub, a potem urodziła się moja siostra. 

Piękne love story.

Prawda? Niesamowite. Mieszkali w sąsiednich miastach, ale musieli zawędrować na drugi koniec świata, żeby się poznać. Kiedy wojna się skończyła, powrót do Łodzi, pociągami i pieszo, zajął im dziewięć miesięcy. Nie zdawali sobie sprawy z rozmiaru tego, co wydarzyło się w Polsce. Z krewnych ojca nikt nie przeżył. Ale to była przeszłość, zbyt koszmarna, żeby nią żyć. Urodziłem się, kiedy tylko rodzice dotarli do Łodzi. To był dla nich nowy początek. 

Zaprojektował Pan kilka muzeów Żydów na całym świecie i 1 World Trade Center w Nowym Jorku. W ten sposób składa Pan hołd przeszłości? Rozlicza się z nią?

Zaprojektowałem też mnóstwo wieżowców, centrów handlowych, hoteli, osiedla mieszkaniowe
w Berlinie i São Paulo, rezydencje w Mediolanie. Moje muzea i pomniki nie są po to, żeby upamiętniać koszmar przeszłości, ale po to, żeby nieść nadzieję. Gdyby chodziło tylko o hołd dla przeszłości, nie zaprojektowałbym ich. Zrobiłem to, bo wierzę, że przyszłość jest lepsza. Ciągle powtarzam, że architekt musi być optymistą. Człowiek nastawiony do życia pesymistycznie może zostać muzykiem, pisarzem, ekonomistą, generałem lub politykiem. Ale nie architektem, który kładzie fundamenty pod coś, co będzie ludziom służyło także w przyszłości. 

 

Jedyny budynek w Warszawie, który Pan zaprojektował, Złota 44, stoi w miejscu wyjątkowym dla historii miasta. Czy miało to dla Pana znaczenie? 

Dostałem szansę, żeby przełamać przeszłość tego miejsca. Chciałem, żeby ten budynek był czymś więcej, żeby był rzeźbą, płynął jak żagiel albo frunął, jak skrzydło. Nawet jeden wieżowiec może zmienić wizerunek miasta i myślę, że w przypadku Złotej 44 tak właśnie się stało. To w tej chwili najmocniejszy punkt warszawskiego horyzontu, zresztą świetnie korespondujący z Pałacem Kultury i Nauki. Podobało mi się też, że będzie to budynek mieszkalny, najwyższy w Unii Europejskiej. W takich miastach jak Warszawa, ludzi nie powinno się spychać na obrzeża, w centrum mają świetny transport, dostęp do kultury i rozrywki. Mój syn kiedyś przyjechał do Warszawy na konferencję Polskiej Akademii Nauk i oglądał apartamenty w tym budynku. Spytałem, jak mu się podobał widok z okien. „Nie zauważyłem widoku, tak mnie zachwyciły wnętrza”, odparł. 

Czym się zajmują Pana dzieci? 

Najstarszy syn, Lev, prowadzi moją pracownię w Mediolanie. Noam, astrofizyk, mieszka w Berlinie. Ma doktorat, jest ekspertem od czarnych dziur. Rachel to artystka multimedialna, jej prace są bardzo odważne, łączy teatr i performance, właśnie przygotowuje swoją wystawę w Londynie. Jestem dumny z moich dzieci. Ale wszystko, co dobre, to zasługa mojej żony, Niny, która ma genialne wyczucie, szósty zmysł do wszystkiego. Jest absolutnym światłem w naszym domu. 

Bardzo jest Pan w niej zakochany.

I bardzo szczęśliwy. Pracujemy razem i jesteśmy partnerami we wszystkich dziedzinach. Mamy wspólne wartości, wizje, ten sam zachwyt przyszłością. Poznaliśmy się w niezwykłych okolicznościach. To był letni obóz w Nowym Jorku dla dzieci tych, którzy przetrwali Holokaust. Oboje byliśmy takimi dziećmi. Ale najpiękniejsze jest to, że nazwa tego obozu brzmiała „Hemshekh”, co w języku jidysz oznacza ciągłość.