Kiedy przyjeżdżam do domu aktora w Podkowie Leśnej, gospodarz wita mnie serdecznie. Zaprasza do środka, zaraz jednak prosi, żebym na niego poczekała, bo musi odbyć rytualny poranny jogging. „10 minut biegania codziennie rano i człowiek zupełnie inaczej myśli”. Kmicic rusza szybkim truchtem i znika za drzewami. W domu aktora urządzonym w XIX-wiecznym stylu jest przytulnie i spokojnie. Wygląda na to, że Olbrychski po wszystkich życiowych zawirowaniach przycumował wreszcie do spokojnego portu. Jedno się nie zmieniło – wciąż dużo pracuje. W dniu naszego wywiadu położył się spać bardzo późno i wstał, kiedy jeszcze było ciemno.

GALA: Co pan robił do godziny czwartej nad ranem?

DANIEL OLBRYCHSKI: Uczyłem się tekstu sztuki Teatru Telewizji według książki Władysława Zambrzyckiego „Kwatera bożych pomyleńców”. Spotkamy się w niezłym gronie: Jerzy Trela, Jan Peszek, Jurek Radziwiłowicz i ja. Temat jest niezwykły: czterech panów po sześćdziesiątce w sierpniu i wrześniu ’44 siedzi w mieszkaniu, powstanie odbywa się na zewnątrz, a oni są niepotrzebni.

GALA: Czuje się pan niepotrzebny?

DANIEL OLBRYCHSKI: Czuję się sam sobie bardzo potrzebny! Ciągle jestem potrzebny moim bliskim. I na pewno jestem potrzebny mojej suczce, moim kotom, mojemu koniowi.

GALA: a Polsce?

DANIEL OLBRYCHSKI: O, aż tak bym się nie zamachiwał!

GALA: ale przecież aktorzy mają niesamowity autorytet!

DANIEL OLBRYCHSKI: Tak naprawdę to się zaczęło w latach 80., kiedy aktorzy postanowili zbojkotować telewizję. Wtedy właśnie w Polsce tak niesamowicie wzrósł prestiż aktora. Simone Signoret, która była we Francji autorytetem moralnym i politycznym, wybrała się z wizytą do Polski sprawdzać, czy czegoś nie potrzeba polskim aktorom. Wróciła i powiedziała, że w tym egoistycznym zawodzie, w którym każdy walczy najpierw o siebie, zdarzyło się w historii cywilizacji coś niebywałego. Nagle ludzie wykonujący najbardziej egocentryczny zawód krzyknęli zbiorowo i indywidualnie: „Nie, nie chcemy grać Hamleta, Makbeta, ale chcemy być razem”.

GALA: Dzisiaj wciąż się oczekuje, aby aktor komentował sprawy związane z polityką, z życiem codziennym?

DANIEL OLBRYCHSKI: I tak o wiele mniej, niż było to w latach 80. Wtedy aktor, ponad miarę własnych możliwości, stał w pierwszym szeregu politycznym. To aktorzy recytowali najpiękniejsze wiersze w kościołach: „Ty prawd promienie wziąwszy za sztylety, śmiesz jeszcze sądzić, żeś wódz, żeś generał? O, niewolniku! Stój, wstrzymaj bagnety!”. To ja mówiłem do generała Jaruzelskiego, z którym się w tej chwili znamy, szanujemy, nieomal przyjaźnimy.

GALA: Jak to się dzieje, że można się zaprzyjaźnić z kimś, kto był kiedyś wrogiem numer jeden?

DANIEL OLBRYCHSKI: Dzieje się tak, ponieważ Polska jest bardzo dziwnym krajem. Jej historia też. Tak jak cudownie zmienne są pory roku w naszym klimacie. W przeszłości trzeba było podpisywać gwałtowne listy przeciwko, a w tej chwili można kategorycznie sprzeciwiać się obrzydliwemu procesowi wytoczonemu generałowi Jaruzelskiemu.

GALA: i nie boi się pan zarzutu, że to jest jak bycie chorągiewką na wietrze?

DANIEL OLBRYCHSKI: Chyba nie zalicza mnie pani do chorągiewek łopoczących z wiatrem. Zawsze odruchowo łopotałem pod wiatr. Byłem przeciwko tym, którzy są na górze. A teraz generał jest na dole. Na szczęście w argumentach przeciwko prokuratorom IPN-u nie jestem sam.

GALA: Pan uważa, że ten zawód to powołanie czy może profesja jak każda inna?

DANIEL OLBRYCHSKI: Bycie aktorem jest porównywalne do powołania księży. Ksiądz Tischner powiedział, że to zawody bardzo podobne do siebie: „Chorobą zawodową księży i aktorów, drogi Danielu, bywa alkoholizm. Ja to rozumiem, bo to strasznie trudno być w zawieszeniu między niebem a ziemią. To dotyczy i nas, i was”. Bo nie wiadomo, czy my stąpamy po ziemi, czy lecimy gdzieś do Boga, do poezji.

GALA: Picie to ucieczka przed odpowiedzialnością i stresem?

DANIEL OLBRYCHSKI: Ale odpowiedzialnością za co?

GALA: Za to, że pana słowa, gesty mają dla ludzi duże znaczenie.

DANIEL OLBRYCHSKI: Słucham z zainteresowaniem tego, co pani mówi, ale się tym absolutnie nie przejmuję.

GALA: Nie myśli pan o tym?

DANIEL OLBRYCHSKI: Myślę. A równocześnie staram się być odpowiedzialny za to, żeby dobrze powiedzieć tekst Makbeta i precyzyjnie autoryzować np. wywiad, który pani ze mną przeprowadza.

GALA: Są jednak sytuacje, w których pan już nie gra w sztuce, ale w życiu. Na przykład, kiedy pan chwyta za szablę i pędzi ciąć zdjęcia wiszące w galerii Zachęta.

DANIEL OLBRYCHSKI: Wtedy chciałem wywołać skandal i zwrócić uwagę na łamanie prawa.

GALA: Albo kiedy pan pisze list do „Rzeczpospolitej” w sprawie lustracji. To są gesty wykraczające poza zawód. Moim zdaniem nie może pan teraz się wywinąć i powiedzieć, że nie ponosi pan za to odpowiedzialności.

DANIEL OLBRYCHSKI: Ale ja nie mam zamiaru się wywijać. Mam luksus dzięki temu, że jestem popularny, że zdziałam więcej, niż wysyłając SMS-a. Każdy z nas chciałby, oglądając telewizję, tupnąć nogą i krzyknąć: „Ażeż ty idioto!”. A ja wiem, że moje tupnięcie to będzie tupnięcie z echem.

GALA: Mam wrażenie, że pan przenosi etos rycerski w XXI wiek. Pan jest takim Don Kichotem.

DANIEL OLBRYCHSKI: Jeżeli pani tak to nazywa... Ale ja mniej wiem o sobie niż o rolach, które zagrałem.

GALA: Proszę powiedzieć, jak się pan czuł, siedząc obok uhonorowanej Różą Gali pary gejowskiej...

 

DANIEL OLBRYCHSKI: Pomyślałem sobie: „O, to ciekawe, zwłaszcza w tym kraju, który jest uznawany za zaściankowy, mało tolerancyjny”. Chociaż nie wiem, czybym tak głosował, ale to wzbudziło moją sympatię dla głosujących. Wydaje mi się, że czytelnicy „Gali” chcieli coś w ten sposób zamanifestować. To jest obrzydliwe, że politycy natychmiast to wykorzystali do swoich rozgrywek. Pierwszy rąbałbym szablą przeciwko tym, którzy podważają decyzję czytelników. Rąbałbym szablą bardziej energicznie niż w sprawie fotografi hitlerowców w Zachęcie.

GALA: To może powinien pan chwycić

DANIEL OLBRYCHSKI: Ale kogo rąbać?

GALA: Członka zarządu TVP Sławomira Siwka?

DANIEL OLBRYCHSKI: Jeżeli on coś takiego robi, to niech przechodzi na drugą stronę ulicy, gdy będziemy się mijać na Woronicza!

GALA: Parę lat temu zagrał pan geja w sztuce reżyserowanej przez Piotra Łazarkiewicza. Trudno było się panu wcielić w homoseksualistę?

DANIEL OLBRYCHSKI: Nie udała nam się ta sztuka. Nie wiem dlaczego. Staraliśmy się zagrać to jak najlepiej. Widziałem premierę w Grecji, tam była sukcesem. A my mieliśmy złe recenzje i publiczność nie zaakceptowała tej sztuki. Zakładam, że jeżeli mogę mówić o jakiejś porażce zawodowej, to była moja największa porażka. Byłem współproducentem tego spektaklu, więc przegrałem na każdej płaszczyźnie.

GALA: Ciągle się mówi o pana wybitnych rolach. A których ról pan nie znosi?

DANIEL OLBRYCHSKI: Odpowiem, jak powiedziała kiedyś moja amerykańska koleżanka Meryl Streep, z którą poznaliśmy się na urodzinach Eli Czyżewskiej w New Haven, po przedstawieniu Strindberga w reżyserii Andrzeja Wajdy, gdzie Meryl cudownie zagrała córkę Eli: „Nie pytajcie mnie o moje ukochane role i te, których nie lubię, bo wszystkie one to są moje dzieci. Ja je nosiłam w sobie czasami dłużej niż 9 miesięcy. Ja je w bólach rodziłam i ja lepiej niż krytyk wiem, które są bardziej udane, a które mniej. Ale ja je wszystkie kocham”.

GALA: Mamy karnawał i chciałabym zapytać o pana sylwester życia.

DANIEL OLBRYCHSKI: I to jest najtrudniejsze pytanie. Niech mnie pani źle nie zrozumie. To nie tak, że nie pamiętam moich sylwestrów, bo się tak upijałem, chociaż oczywiście sylwester może się i z tym kojarzyć. Bardzo lubię, żeby sylwester trwał długo, żeby dotrwać do świtu.

GALA: Więc ułóżmy wspólnie przepis na udanego sylwestra. Po pierwsze musi trwać do świtu...

DANIEL OLBRYCHSKI: Potem, gdyby był śnieg, to byłoby najpiękniej z szampanem objechać miasteczko i pola kuligiem. Były i takie sylwestry w moim życiu, które spędzałem na hucznych zabawach. Ale hucznych zabaw nie lubię. Ile razy znalazłem się na balu, gdzie były stoliki, numerki, to nie wspominam tego dobrze. Zawsze natomiast było miło w małym gronie. Przed laty zdarzały mi się sylwestry masochistyczne, bardzo piękne, które spędzałem zupełnie sam. Piłem sam, bo akurat osoba, do której tęskniłem, była zupełnie gdzie indziej. Nie potrzebowałem nikogo. Może o jakiejś 3–4 godzinie nad ranem wpadałem do kogoś. O północy pewnie było mi trochę smutno, ale smutek też jest dla ludzi i bywa ładny.

GALA: Czyli dla pana sylwester może być smutny i nostalgiczny?

DANIEL OLBRYCHSKI: Niech pani poczyta Schillera, Goethego i Puszkina, a przede wszystkim Mickiewicza.

GALA: Nie można czytać romantyków, bo później człowiek jest nieszczęśliwy i cierpi. I to przez pana, bo pan ciągle nam tych romantyków recytuje!

DANIEL OLBRYCHSKI: Ale jak już się pani ich naczyta, to można powrócić do Reymonta i zarabiać pieniądze jak w „Ziemi obiecanej”!

GALA: I też się to źle kończy!

DANIEL OLBRYCHSKI: Bo umieramy. Nie cierpię śmierci i za szybko biegnącego czasu.

GALA: Często wraca pan do motywu przemijania i śmierci?

DANIEL OLBRYCHSKI: Starzeję się i bliżej mi do niej niż dalej.

GALA: A który z pisarzy najlepiej może oswajać pana z przemijaniem?

DANIEL OLBRYCHSKI: Nikt mnie z tym nie oswoi. Pisarze też nie oswoili śmierci. Z tym się oswoić nie można. Można sobie zadawać pytanie, czy coś będzie dalej, czy nie, i znajdować w tym siłę. Od tego są religie, żeby pomóc tej siły szukać. A pisarze tylko nas rozdrażniają. Czytamy, żeby potwierdzać, że to, co nas męczy, męczy również tych, którzy umieją za nas ładniej to nazwać. Dlatego czytamy, bo ktoś nazywa nasze niepokoje.

GALA: Jestem zaskoczona, bo to miał być wywiad o karnawale, a my wciąż o sprawach smutnych.

DANIEL OLBRYCHSKI: Bo taki także bywa mój karnawał.

GALA: Dzisiaj zabawę nazywamy imprezą, balangą. Jak się mówiło za pana czasów?

DANIEL OLBRYCHSKI: Za moich czasów były prywatki, ale znowu panią rozczaruję. Uwielbiałem tylko zabawy chmurne. Bo ja na tych prywatkach zawsze kochałem się nieszczęśliwie. Miałem flirty, partnerki, wspaniałe dziewczyny, ale zawsze się kochałem w tej, która mnie nie chciała. Otóż ja na takich prywatkach zawsze byłem smutny i udawałem, że nie lubię tańczyć, co w końcu weszło mi w nawyk.

GALA: Nie można tańczyć i cierpieć...

DANIEL OLBRYCHSKI: Jeżeli już tańczyłem, to tango. Bo w tangu można się przytulić bardzo blisko i dać dosłownie do zrozumienia, że się pragnie dziewczyny. A takie tańce solo nie podobały mi się, a moja miłość zawsze tańczyła z kimś innym. Więc zostałem zawodowym zmieniaczem płyt.

GALA: Nie wierzę!

DANIEL OLBRYCHSKI: Siedziałem przy magnetofonie i puszczałem to, co przychodziło mi do głowy. A przychodziły mi do głowy fantastyczne rzeczy. Robiłem zamieszanie ludziom tańczącym. Od czegoś brutalnego przechodziłem do delikatności.

GALA: I żadnych balangowych szaleństw?

 

DANIEL OLBRYCHSKI: Raz wjechałem na koniu na imprezę. I nie było to w Adrii. Wieniawa-Długoszowski nie mógł przed wojną wjechać do Adrii, bo tam były schody w dół, a żaden koń nie umie schodzić po schodach w dół. Natomiast ja wjechałem konno do hotelu Victoria. Wjechałem w smokingu na siwym koniu. Ten koń naprawdę był posłuszny i zrównoważony psychicznie. Jak tylko wjechałem, to natychmiast reflektory skierowały się na nas i ja już nic nie widziałem. I koń też nie. Orkiestra zagrała bardzo głośno. Koń stanął dęba między stoliczkami. Nie wiedziałem, na co on opadnie. Ostatecznie udało się, nikogo nie stratowałem. Ja żyję i koń też.

GALA: A czy można się dobrze bawić na stypie?

DANIEL OLBRYCHSKI: Pamiętam do dziś jedno z najmilszych spotkań towarzyskich. To była stypa po śmierci Włodzimierza Wysockiego w Paryżu. Prawosławni robią pogrzeb dziewiątego dnia po śmierci, a potem jeszcze spotkanie wspominkowe 40 dni po śmierci. Ten dziewiąty dzień Marina Vlady, żona Wysockiego, bardzo celebrowała. To było w mieszkaniu przyjaciela Wysockiego, słynnego malarza, który mieszkał wtedy koło Luwru. Pamiętam stół zastawiony daniami, które bardzo lubił Wysocki. Stała butelka wódki i jego ulubiona karafka. Jedno miejsce było puste, ale z zastawą, i każdy z nas za niego w jego imieniu wypijał. Było bardzo uroczyście. Opowiadaliśmy sobie najśmieszniejsze anegdoty z życia Wołodii. Potem turlaliśmy się ze śmiechu. To była niesamowita stypa.

GALA: A potrafi pan się bawić ze swoimi dziećmi?

DANIEL OLBRYCHSKI: Kilka lat temu świetnie się bawiłem z moją dorosłą już córką Weroniką, w Nowym Jorku w Samowarze Miszy Barysznikowa na Manhattanie. Byłem zdumiony, że córeczka się nie wstydzi i żąda, żebym zaczął śpiewać z kapelą Rosjan. To był fantastyczny wieczór. Ona nalewała mnie i sobie. Do rana śpiewaliśmy. Coraz bardziej odważne piosenki kazała mi śpiewać po rosyjsku. Była strasznie ze mnie dumna. Weronika świetnie się odnalazła w tym mieście. Jej firma zajmuje się modą, a ona nie myśli o powrocie do Polski.

GALA: Co się dzieje u pana starszego syna Rafała?

DANIEL OLBRYCHSKI: To jest raczej pytanie o to, co się dzieje z polską piosenką. Rafał jest kompozytorem. Nagrał demo z zespołem, ale od nagrania do oznajmienia tego światu jest przepaść. Natomiast Wiktor był tego lata u mnie w Kazimierzu Dolnym. Teraz studiuje w Nowym Jorku organizację produkcji. Wspólnie z Rafałem dał fantastyczny koncert w Kazimierzu Dolnym. Tak więc kończąc temat rozrywki, rzeczywiście uświadomiła mi pani, że czasami świetnie się bawię z własnymi dziećmi czy wnukami. Zawsze też wspaniale i zabawowo było mi z kobietami, które kochałem. Sam na sam. I dziś znowu wierzę, jak w młodości, że teraz z Krystyną czeka mnie jeszcze wiele pięknych sylwestrów.