Budynek Parlamentu Europejskiego nie wygląda przyjaźnie. Oszklony, nowoczesny wieżowiec. Na każdym piętrze sieć identycznych korytarzy, szara wykładzina, obrazki na ścianie. Łatwo się tu zgubić. Gabinet Danuty Hübner mieści się wysoko, na 14. piętrze. Żeby do niego trafić, trzeba z windy kierować się najpierw w prawo, a potem dłuższy odcinek w lewo. Aż do końca korytarza. Po lewej stronie niepozorne drzwi, obok nich na ścianie biała tabliczka: D. Hübner. Nic więcej. Żadnych funkcji, tytułów. Gabinet za to jest przestronny, duży, z łazienką. Z okien widać dachy brukselskich kamienic, park. Pani profesor wprowadziła się tu zaledwie kilka dni temu. Po wygranych wyborach do Parlamentu Europejskiego musiała opuścić pokój, który zajmowała od 2004 roku jako unijny komisarz. W jej nowym gabinecie spotykamy się dzień po tym, jak jednogłośnie została wybrana na przewodniczącą Komisji Rozwoju Regionalnego w Parlamencie Europejskim. Teraz planuje, jak urządzi wnętrze. Najbardziej brakuje jej tu książek. W tamtym gabinecie miała ich mnóstwo. Teraz pochowane w pudłach czekają na przewiezienie. No i jeszcze ważne są pamiątki. Szczególnie te, które dostała, podróżując po regionach europejskich jako komisarz. Które z nich ceni najbardziej? Kapelusze góralskie z Milówki, rzeźby, lalkę z Azorów, elementarz kaszubski. A na ścianach niedługo zawisną fotografie Mazowsza. Wszyscy się nimi zachwycali. Nie każdy ze współpracowników pani profesor mógł na własne oczy zobaczyć mazowieckie równiny w śniegu. Dzięki fotografiom nie musi o nich opowiadać, wystarczy pokazać. Na biurku niedługo pojawi się też fotografia córek: Karoliny i Ewy. Zdjęcie zrobione przed laty drażni już córki pani profesor. Proszą, żeby znalazła jakieś inne, bardziej aktualne. Ale ona nie chce. Ta fotografia jest symbolem ciągłości w jej życiu. Zmienia miejsca zamieszkania, kraje, kontynenty, a zdjęcie pozostaje nietknięte, zawsze to samo.

GALA: Nie jest Pani trochę zmęczona?

DANUTA HÜBNER: A wyglądam?

GALA: Ale przecież po kampanii do europarlamentu nie miała Pani wakacji. Odespała już Pani tamte nerwy?

DANUTA HÜBNER: Rzeczywiście stresów było dużo. Jestem przyzwyczajona do pracy, czasem bywam tak zmęczona, że nie pamiętam drogi do łóżka, bo chyba zasypiam w międzyczasie, ale ostatnie miesiące były nowym, innym wyzwaniem. Dotąd nigdy nie uczestniczyłam w takich wyborach, nie poddawałam się tego rodzaju ocenie. Chociaż referendum w sprawie wejścia Polski do Unii Europejskiej, wygrane ogromną większością, chyba mogę potraktować jako moje pierwsze wybory.

GALA: Bała się Pani wyniku?

DANUTA HÜBNER: Startowałam z listy warszawskiej, a przecież od 2004 roku więcej czasu spędzałam w Brukseli, a nie w Warszawie. Wystarczyło jednak kilka spotkań z wyborcami i zrozumiałam, jak bardzo dla Polaków ważny jest kontakt ze mną, jak bardzo interesują się Europą. Rozmawialiśmy tylko o Europie. Silne poparcie, jakie dostałam od wyborców w Warszawie i okolicach, dało mi niezwykłą satysfakcję.

GALA: Tydzień temu przewodniczącym Parlamentu Europejskiego został Jerzy Buzek. Jak Pani to przyjęła?

DANUTA HÜBNER: Ogromnie się ucieszyłam. To dowód na to, że Unia jest już jedna, zjednoczona, nie ma już nowych i starych państw członkowskich. Okazało się, że nie jesteśmy, jak wielu myślało, jedynie krajem, który od Unii żąda rozmaitych świadczeń. Jako Polacy możemy też być za Unię odpowiedzialni, piastując najwyższe stanowiska. To bardzo budujące. Teraz mam tylko nadzieję, że Jerzy Buzek przez dwa i pół roku swojej kadencji zasłynie jako przewodniczący, który może dokonać wielkich rzeczy, i że nikt go szybko nie zapomni. Bardzo mu tego życzę.

GALA: Przed laty Jerzy Buzek zwolnił Panią z pracy. Kiedy w 1997 roku został premierem, pani szefowała Komitetowi Integracji Europejskiej. Pierwszego dnia swojej pracy premier po prostu przyszedł do Pani i powiedział, że musicie się rozstać.

DANUTA HÜBNER: To prawda. Premier Buzek zrobił to bez zarzutu. Przyszedł z kwiatami i powiedział, że bardzo ceni moją pracę i wszystko, co zrobiłam dla polskiego członkostwa w Unii, ale po prostu musi mnie zastąpić kimś z nowej koalicji, która powstała po wyborach. Trudno mi było wtedy to zrozumieć. Uważałam, że wejście Polski do Unii Europejskiej jest ponadpartyjnym polskim interesem. Nie miałam jednak wyjścia. Zabrałam z biurka zdjęcie córek i wyszłam. Ale nigdy nie miałam żalu do Jerzego Buzka.

GALA: A nie jest Pani trochę smutno, że teraz już nie Pani będzie najważniejszą Polką w Komisji Europejskiej?

DANUTA HÜBNER: Ale teraz mogę być najważniejszą Polką w Parlamencie Europejskim (śmiech). Podejmuję wyzwania, które los przynosi. Ucieszyłam się ogromnie z wyboru na przewodniczącą Komisji Rozwoju Regionalnego w Parlamencie Europejskim. Będę mogła zajmować się tym, na czym naprawdę się znam, czyli polityką regionalną. Tym razem nie jako członek Komisji Europejskiej, ale jako członek Parlamentu Europejskiego. Dodatkowo wzrusza mnie to, że jestem jedynym parlamentarzystą z nowych państw członkowskich, który został wybrany na szefa komisji, i to tak ważnej.

 

JESTEM CAŁOPALNA

Danuta Hübner mówi o sobie: profesor lub ekspert. Nigdy nie nazywa siebie politykiem. Jest szczęśliwa, że praca i sprawy europejskie okazały się pasją jej życia. Dawniej myślała, że pisana jest jej kariera naukowa. Miała 25 lat, gdy zrobiła doktorat z ekonomii. 44 lata, kiedy została profesorem. Jej życie zmieniło się, kiedy wróciła do Polski po dwuletnim stypendium w USA. Czuła, że potrzebuje zmiany. I wtedy rozpoczęła się jej kariera polityczna. Nigdy jednak nie miała ambicji działania w świetle jupiterów. Nie przeszkadzało jej, że wykonuje tak ważną pracę, pozostając w cieniu. O splendorach nie myślała wcale. To z domu wyniosła przekonanie, że jeśli będzie dobra i tak się o tym dowiedzą, sama krzyczeć nie musi. Pracowała dla różnych ekip rządowych. Sama nie angażowała się w żadne polityczne układy. Uważała, że najlepiej mieć rangę niezależnego eksperta, że to dla niej funkcja idealna. Pracy za granicą także nie planowała. Kiedyś jednak dostała faks z ONZ. Zaproponowano jej, żeby stanęła w konkursie na stanowisko zastępcy Sekretarza Europejskiej Komisji Gospodarczej (EKG) w Genewie. Wygrała ten konkurs. Już miała wyjechać, kiedy Aleksander Kwaśniewski zaoferował jej stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta. Wybrała to drugie. W Genewie czekali na nią rok. W końcu pojechała. To nie była łatwa decyzja. Była tam zupełnie sama. Starsza córka Karolina rozpoczęła pracę na uniwersytecie w Chicago. Młodsza zdawała maturę w Warszawie. Nie chciała się z nimi rozstawać. Trzy lata spędzone w Genewie były dla niej szkołą życia. Potem awansowała na szefa EKG w randze Zastępcy Sekretarza Generalnego ONZ. Tam nauczyła się aklimatyzować w innym kraju, urządzać sobie życie z dala od najbliższych. Kiedy pięć lat temu przyjechała do Brukseli, było jej już łatwiej. Teraz pracę zaczyna zwykle o 8 rano, kończy grubo po północy. Kiedy komuś zależy na spotkaniu z nią, potrafi umówić się nawet na 7 rano. Tak było, kiedy ważny problem chciał z nią omówić premier Finlandii. Spotkali się wtedy o świcie na lotnisku. Innej możliwości nie było.

GALA: Ma Pani w ciągu dnia czas na obiad?

DANUTA HÜBNER: Przyznam, że rzadko zdarza mi się w tygodniu obiad prywatny. Najczęściej są to robocze obiady połączone z pracą. Mam nadzieję, że w Parlamencie Europejskim będę miała więcej czasu. Gala: Ilu ma Pani asystentów? D.H.: Po przeprowadzce z Komisji do Parlamentu Europejskiego będę miała nowych współpracowników. Jako jedna z nielicznych przeprowadziłam otwartą rekrutację. W ciągu tygodnia zgłosiło się ponad 400 osób ze wspaniałymi życiorysami. Jest tylu młodych ludzi, którzy świetnie znają kilka języków, mają doświadczenie z pracy w strukturach unijnych, a mimo to trudno im znaleźć stałe zatrudnienie. Spotkałam się z dwudziestoma z nich i myślę, że jestem już bliska decyzji.

GALA: Szybko się Pani przyzwyczaja do nowych pracowników?

DANUTA HÜBNER: Tak. Szczególnie jeżeli mamy zbieżne cele i lubimy to, co robimy.

GALA: Ma Pani opinię wyjątkowo wymagającej. Ludzie pewnie się Pani boją.

DANUTA HÜBNER: (śmiech) Mam nadzieję, że chociaż trochę od czasu do czasu ktoś się mnie boi. Raczej – jak mi się wydaje – łączy mnie z ludźmi nie strach, a poczucie odpowiedzialności za to, co robimy razem. Ale najbardziej cieszy mnie, kiedy słyszę, że przy mnie można się wiele nauczyć. A jestem wymagająca. Wymagam zarówno od siebie, jak i od innych.

GALA: Czy Pani pracownicy określają Panią jakimś jednym wyrazem?

DANUTA HÜBNER: Chyba najczęściej mówią do mnie: pani profesor. Wiedzą również, że nie można mi powiedzieć, że coś jest niemożliwe.

GALA: Zawsze Pani taka była? Dawała Pani z siebie wszystko?

DANUTA HÜBNER: Tak. Starałam się. Jeszcze w domu rodzinnym rodzice uczyli nas, że jeśli już czegoś się podejmujemy, to musimy dać z siebie wszystko. A ja uwielbiałam się uczyć. Jeśli czegoś nie rozumiałam, nigdy nie sądziłam, że to może być wina nauczyciela, bo źle wytłumaczył. Podobnie było z językami. Tata uważał, że nigdy nie będziemy mogły czuć się obywatelkami świata, jeśli nie będziemy się ich uczyły. Dlatego i ja, i moje dwie siostry pilnie chodziłyśmy na lekcje. Takie podejście do obowiązków miałam przez całe życie. Taka już chyba jestem. Całopalna. Jeśli się czegoś podejmuję, daję z siebie wszystko.

CHŁODNA Z POZORU
W ciągu tygodnia bardzo ciężko pracuje. Czasem uda jej się wywalczyć wolną niedzielę. Są też dni, kiedy wcześniej wychodzi z pracy. Wtedy wraca do domu piechotą. Lubi te momenty. Przed przeprowadzką do Brukseli postanowiła, że zamieszka w centrum miasta, a nie na obrzeżach. Jej mieszkanie położone jest w pięknym punkcie, blisko brukselskiego rynku, nazywanego Grande Place. Każdego dnia to miejsce zachwyca ją na nowo. I wcale nie dziwi się, że mówi się, iż jest najpiękniejszym rynkiem Europy. Ciągle pamięta swoje pierwsze tygodnie w tym mieszkaniu. Było wtedy jeszcze nieurządzone. Brakowało krzeseł. Dlatego po pracy zachodziła do kina. Tylko tam mogła wygodnie posiedzieć. Wtedy warszawskie mieszkanie nazywała domem, to w Brukseli było tymczasowe. Teraz, kiedy już je urządziła po swojemu, zagraciła, jak sama mówi, drogimi sobie przedmiotami, stało się jej miejscem na Ziemi. Lubi do niego wracać. I sama się z siebie śmieje, że w jej łóżku obok poduszek leżą stosy książek, których nie ma czasu przeczytać. Ostatnio zachwyciła się najnowszym zbiorem esejów Tadeusza Konwickiego „Wiatr i pył”. Książka tak ją poruszyła, że słowa przeczytane rano przy śniadaniu towarzyszyły jej później cały dzień. Niedawno na lotnisku kupiła też szwedzki kryminał i od tej pory przeczytała ich już dziesięć. Obiecała sobie, że wszystkie nieprzeczytane książki zabierze ze sobą na urlop. Wyjeżdża z Brukseli już za kilka dni. Wolne tygodnie spędzi u znajomych w Hiszpanii. Będzie siedziała w ogródku, czytała, marzyła i planowała, co zrobi, kiedy wróci do pracy.

GALA: Co Pani najbardziej lubi w Brukseli?

DANUTA HÜBNER: To, że jest tu dużo zieleni i można jeździć na rowerze. Czasem umawiam się z przyjaciółmi na dłuższe wycieczki. W Parlamencie Europejskim jestem członkiem grupy wspierającej rozwój turystyki rowerowej i ścieżek w Europie.

GALA: Wielu ma tu Pani znajomych?

DANUTA HÜBNER: Tak. Pierwsze znajomości zawarłam w latach 90., kiedy przyjeżdżałam do Brukseli jako polski minister. Utrzymuję też bliskie kontakty z Polakami pracującymi w instytucjach europejskich.

GALA: Bruksela słynie z najlepszych na świecie czekoladek. Smakują Pani?

DANUTA HÜBNER: Są zbyt maślane. A poza tym wychowałam się przecież na polskich krówkach i sezamkach. Brukselskie czekoladki kupuję jednak często – w prezencie polskim przyjaciołom. Czasem przywożę je też mamie i córkom.

GALA: Córki często Panią odwiedzają?

DANUTA HÜBNER: Karolina jest bardzo zajęta. Właśnie skończyła doktorat z filozofii, została profesorem i zaczęła pracę na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Trochę mi smutno, bo pewnie zobaczymy się dopiero na Boże Narodzenie. Młodszą Ewę zobaczę może jutro. Ona, tak jak ja, skończyła SGH, a teraz pracuje w konsultingu. Działa też w fundacji pomagającej biednym dzieciom w nauce angielskiego.

GALA: Tęskni Pani za nimi?

 

DANUTA HÜBNER: Przyzwyczaiłam się już do tej miłości na odległość. Nauczyłam się rozmawiać przez Skype’a i właściwie codziennie prowadzimy ze sobą rozmowy. Opowiadam im o wszystkich swoich bolączkach, one zwierzają mi się ze swoich radości i smutków. Są dla mnie najważniejsze i doskonale o tym wiedzą. Ale niestety, każdy rodzic wcześniej czy później musi pogodzić się z tym, że jego dzieci mają własny świat. Dla mnie najważniejsza jest świadomość, że moje córki są ze mnie dumne.

GALA: I przyjaciele też. Kazimierz Kutz na przykład w wywiadach ciągle powtarza, że trudno mu uwierzyć, że ma taką przyjaciółkę, która trzęsie Europą.

DANUTA HÜBNER: O tak, Kazio jest wspaniały. Lubię, kiedy odbiera telefon, gdy do niego dzwonię. Słyszę wtedy w słuchawce: „To ty, Deni?” (śmiech). On chyba jednak nie może odżałować, że nie nauczył mnie przeklinać. Tylko że problem polega na tym, że większości słów, których on używa, ja w ogóle nie znam (śmiech).

GALA: Na zdjęciach czy w telewizji wydaje się Pani chłodna i niedostępna. Wystarczy jednak, że się Pani uśmiechnie, a wtedy ten dystans znika.

DANUTA HÜBNER: Bo jestem chłodna tylko z pozoru.

GALA: Wyobraża sobie Pani życie bez pracy w Parlamencie Europejskim?

DANUTA HÜBNER: Potrafię sobie wyobrazić swoje życie bez Parlamentu Europejskiego, ale nie bez pracy. Za pięć lat moja kadencja się skończy, a ja wcale nie chcę iść na emeryturę. Nie martwię się jednak, że kiedyś przyjdzie mi wyjechać z Brukseli. Życie nie znosi próżni. Na pewno wtedy pojawi się coś nowego, innego, a ja nie boję się zmian. I przyznam pani, że już nie mogę się doczekać września. Wtedy zacznę pracować pełną parą. Wstyd się przyznać, ale najszczęśliwsza jestem, kiedy mam dużo do zrobienia.