Mam wrażenie, że Pani kalendarz nadal zapisany jest od rana do nocy. A kiedy rozmawiałyśmy rok temu, obiecywała sobie Pani tworzyć małe wysepki wolności.

I tak też się działo. A ostatnie lato, po raz pierwszy, odkąd mieszkam w moim domu, prawie całe było wolne! Na chwilę wyjechałam do mamy, na ułamek sekundy nad morze. A poza tym rozkoszowałam się moim ogrodem, robiłam porządki, czytałam książki, przyjeżdżali przyjaciele, wpadali znajomi. Bardzo było mi dobrze. Wreszcie mogłam nasiedzieć się w domu. Nabyć z rodziną. Mieć na wszystko czas. Cudne chwile.

A teraz?

A teraz znowu „na zakładkę”. Zanim skończył się serial, zaczęłam próby do nowego przedstawienia w moim macierzystym teatrze. Do tego spektakle, wyjazdy i inne dodatkowe zajęcia. Czuję chwilami rozdrażnienie spowodowane zmęczeniem, bo znowu zdarzają się tygodnie bez wolnego dnia. Nie jestem w stanie zapanować nad pewnymi sytuacjami. Nie lubię takiego stanu.

Komisarz Anna Oster, którą gra Pani w serialu „Instynkt”, widzi i przeczuwa więcej niż inni, jest obdarzona niebywałą intuicją. Pani też ją ma?

Każdy ją ma. Tylko nie każdemu udaje się usłyszeć jej podpowiedzi. A wielu wręcz nie dopuszcza jej do głosu. Żyjemy w tak strasznym hałasie. Jesteśmy atakowani zewsząd tonami przepisów na fantastyczne życie, mamieni obietnicami szczęścia. Jeśli tylko kupimy, jeśli tylko zainwestujemy, jeśli tylko weźmiemy udział... Wszelkie decyzje oddajemy do rozpatrzenia naszemu rozsądkowi. Nasz rozum pierwszy kładzie na nich łapę. A ta biedna intuicja, która przecież zna nas najlepiej i naprawdę wie, gdzie leży nasze szczęście, jest całkowicie zagłuszona, pozbawiona szans. Bo jej podpowiedzi bywają takie niepopularne, takie nie à propos wyścigu, w którym bierzemy udział.

Poszła Pani kiedyś za głosem intuicji?

Wielokrotnie. Najczęściej zupełnie nieświadomie. Kiedy kończyłam Studium Aktorskie przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, dostałam trzy propozycje angażu. Trzy propozycje! Po naszej „przyzakładówce trzeciego stopnia”! To był jakiś cud! Pierwszą, wymarzoną przeze mnie, złożył mi mój profesor, Ryszard Major, ówczesny dyrektor Teatru Współczesnego w Szczecinie. Przyjęłam ją z wielką radością. Ale niebawem pojawiła się propozycja pozostania w Gdańsku, w „Wybrzeżu”, o czym nawet nie próbowałam marzyć. I wreszcie, zupełnie nieoczekiwanie, Mikołaj Grabowski zaproponował mi angaż w „Słowackim” w Krakowie. I zaczął się problem. Nie wiedziałam, co wybrać. A im więcej miałam doradców, tym większy mętlik w głowie. I wtedy, chyba po raz pierwszy, zdałam sobie sprawę z istnienia mojego wewnętrznego głosu. Pamiętam, jak któregoś dnia Henryk Bista zapytał: „I co tam wybrałaś?”. A ja: „Panie profesorze, niech mi pan pomoże. Jestem załamana. Mam ochotę schować się pod kołdrą i czekać, aż samo się zdecyduje”. Usłyszałam: „Ty dziecko zrób tak, jak ci serce dyktuje”. I w tej sekundzie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, opadł ze mnie kilkutygodniowy stres. Bo wiedziałam, co mi serce dyktuje. Ale w hałasie, który powstał w mojej głowie i wokół mnie, nie byłam w stanie jego głosu usłyszeć. Poszłam do Szczecina. Tak jak się wcześniej umówiłam. Tak miało się stać. I jak widać, rozsądne sugestie doradców: „Nie idź tam! Nigdy się z tego kąta nie wydostaniesz!”, nie musiały się spełnić. A na mojej drodze czas spędzony w Szczecinie i Poznaniu był niezwykle cenny. I niezbędny. Dziś coraz częściej świadomie nadstawiam wewnętrzne ucho na podszepty mojej intuicji.

Za kilka miesięcy kończy Pani 50 lat. Trochę się Pani tego obawia?

Przyjdzie ten dzień i prawdopodobnie nie będzie się niczym różnił od poprzednich i następnych. Prawdę mówiąc mam nadzieję, że nadejdzie, bo nikt mi tego przecież nie obiecał. W tej chwili się nie boję... Ale kto wie, może ta data spadnie na mój grzbiet niespodziewanie jak kocur i poharata mnie. Dziś jestem zadziwiona. Że to już. Już przyszła ta pięćdziesiątka, a ja jakaś taka nieprzygotowana, jakaś wewnętrznie nieadekwatna...

Pół wieku. Brzmi poważnie.

Tak... Ma swoją wagę. Już mi bliżej niż dalej do końca (śmiech). A ja nie mam poczucia, żeby to całe moje pięćdziesięcioletnie życie miało tę wagę, którą „dzwoni” pięćdziesiątka. Myślę, że na tę pięćdziesiątkę powinnam sobie jeszcze zapracować, żeby nie powiedzieć – zasłużyć.

W głębi duszy czuje się Pani młodą kobietą?

Czasem nawet dziewczyną. Patrzę na swoje odbicie w lustrze i widzę, że przybywa mi lat, a ja tego wewnętrznie naprawdę nie czuję. Podejrzewam, że z każdym tak jest. Nie synchronizujemy się z naszą skorupą. I chwała Bogu. Niechże ten wiecznie zadziwiony i ciekawy świata dzieciak żyje we mnie jak najdłużej. Nie chcę go w sobie zabić. Bo co wtedy zostaje? Już tylko powoli toczyć się do mety.

A czasem dochodzi do głosu ta pięćdziesięcioletnia kobieta?

Oczywiście. Pojawia się pani, która ma trochę inny rytm wewnętrzny i która trochę spokojniej patrzy na świat, na ludzi. Różne trudne sytuacje odbiera z większym dystansem niż dziesięć lat temu. Lubię ją.

Niedawno rozmawiałam z piękną kobietą sukcesu, która powiedziała, że nigdy nikomu nie przyznałaby się, ile ma lat. Wiele z nas tak ma.

 

To mnie zadziwia. Rozumiem, że dbamy o siebie, gimnastykujemy ciało, farbujemy siwiznę, chodzimy na masaże, do kosmetyczki, nawet coś tam sobie poprawiamy. Mamy lepszą kondycję – na więcej nas stać. Lepiej siebie widzimy, więc lepiej się ze sobą czujemy. Ale... jeżeli powiem, że mam 45 lat, to coś to poprawi? Przecież tak się nie stanie. Przecież, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie wrócę do stanu sprzed pięciu lat.

Niektóre kobiety trochę lepiej się czują, jeśli sobie te kilka lat odejmą.

Nie potrafię tego zrozumieć. To się wymyka logice. Jeżeli robię to po to, żeby poprawić samopoczucie sobie, to przede wszystkim ja powinnam uwierzyć, że mam o te pięć lat mniej. A jakże ja mam w to uwierzyć? Choćbym zmieniła kraj, znajomych, nazwisko i datę urodzenia we wszystkich dokumentach, to z mojej świadomości może tę prawdę o mnie wymazać tylko amnezja. Przekręcanie licznika...? Taki proceder uprawiali kiedyś nieuczciwi sprzedawcy samochodów. Komuś można taki bubel wcisnąć, choć i tak prędzej czy później się wyda. Ale sobie? Przekręcać licznik w swoim samochodzie i udawać przed sobą, że się jeździ nowszym? To jakieś żałosne. Chyba straciłabym do siebie szacunek. Nieee, to jakaś żenada (śmiech).

Czasem dla jakiegoś mężczyzny odejmujemy sobie lat.

Nie chciałabym się spotykać z mężczyzną, dla którego ważny byłby mój "przebieg".

A nie jest czasem Pani smutno, że pewnych ról już Pani nie zagra?

Na szczęście nigdy nie miałam marzeń o rolach, więc nie mam żalu do losu, że nie było mi dane czegoś zagrać. Ale widzę, że moja skorupa zaczyna mnie dyskwalifikować. To, że przybywa mi lat i zmarszczek, sprawia, że wypadam z gry. I tego mi żal. Bo dziś wiem i umiem znacznie więcej, niż kiedy miałam o 10, 20, 30  lat mniej. W innych zawodach nie zwraca się uwagi na wiek i wygląd. W każdym razie nie do tego stopnia. Kogo obchodzi, czy pani doktor, pani kucharka, pani nauczycielka ma więcej, czy mniej zmarszczek. Ceni się ją za wiedzę i fachowość. Tak, to jest smutne, że skorupa decyduje o istnieniu w zawodzie. Ale taki to fach, zwłaszcza w przypadku kobiet, że często opakowanie bardziej się ceni niż zawartość. Miło jest patrzeć na Meryl Streep, która po sześćdziesiątce gra coraz więcej. Wiek w niczym jej nie przeszkadza. Ale to nie nasza rzeczywistość. U nas jedynie teatr jest łaskawy dla dojrzałych
kobiet. Film niewiele proponuje, prawie nic.

Kiedyś Anna Dymna opowiadała mi, że zdarzyło jej się spotkać ludzi, którzy byli zawiedzeni, że nie jest już tą Anią ze „Znachora” czy „Barbary Radziwiłłówny”. Publiczne starzenie się musi być bardzo trudne. Zwłaszcza jeśli było się piękną kobietą.

O tym nie wiem nic, bo w czasach młodości nie byłam tak piękną kobietą jak pani Anna Dymna. Byłam dość pulchną panną i aktorką charakterystyczną. Mnie się raczej z upływającymi latami i odchodzącymi kilogramami dostawały komplementy, że wyglądam lepiej niż kiedyś. Ale bez względu na wszystko, w którymś momencie mówią ci: „Jesteś za stara”. Słyszałam już komentarze: „To byłaby świetna rola dla niej, ale gdyby miała o te dziesięć lat mniej. Albo gdyby zrobiła sobie operację”.

Ale kiedyś Pani tego nie wykluczała?

Przycinam włosy, mogę też przyciąć kawałek niepotrzebnej skóry (śmiech). Wszystko jest dla ludzi. Byle nie oszaleć na tym punkcie. Byle zachować umiar. Włosów to też dotyczy.

Wkurza Panią czasem taki kult młodości, pięknego ciała?

Myślę, że strzelamy sobie w stopę. To jest droga, która prowadzi prosto do przegranej. I nikt jej nie uniknie. Nikt. Nie wymyślono jeszcze eliksiru młodości. To wielkie szczęście i mądrość umieć się pogodzić z tym, że się wypada z gry, zmienia się półki i nieuchronnie zmierza ku pawlaczowi i strychowi.

Pogodzić się, że mężczyźni już tak na nas nie patrzą?

Też. Ale nie zapominajmy o tym, że w pawlaczu i na strychu kolejne pokolenia poszukują skarbów i czasem, chwała Bogu, mają szansę je tam znaleźć.

A co jest tym naszym największym skarbem?

Nasz własny Człowiek, którego każdy z nas nosi w sobie.

A kiedy patrzy Pani na swoje córki, pojawia się czasem nutka zazdrości o ich młodość?

Zdarza się, że przed wyjściem na jakąś imprezę pytam, czy nie znalazłaby się chętna na wymianę pewnych istotnych części ciała, żebym nie musiała tracić godzin przed lustrem na pacykowanie itp. Ale dziwnym trafem jakoś nigdy nie było odzewu (śmiech). Czasem kupuję Paulinie i sobie takie same ciuchy albo niektóre nosimy na spółkę. No i co tu dużo mówić, ona wygląda w nich lepiej. I świetnie. I tak ma być. Ich młodość należy do nich. Ja już swoją miałam. A wewnętrzną pielęgnuję.

Tęskni Pani za sobą w ich wieku?

Nie tęsknię. Ale noszę tamtą Dankę w sobie. Z sentymentem wspominam czasy liceum, tamtą dziewczynę. Moją pierwszą wyprawę w świat z Gowidlina... Internat... Właściwie tęsknię za tamtymi czasami, ale nie chciałabym do nich wrócić, bo jest mi dobrze tu, gdzie jestem. I dobrze mi ze sobą taką, jaka teraz jestem.

Upływ czasu wpędza Panią w melancholię?

Przemijanie. Ale na to cierpię od zawsze. Odkąd sięgam pamięcią, jesień mnie przygnębiała. Kojarzyła mi się z końcem, umieraniem. A przecież to moja pora roku, bo urodziłam się w październiku. Właściwie cokolwiek się kończyło, cierpiałam. Koniec wakacji – płacz, koniec roku szkolnego – też płacz... Przemijanie napełnia mnie smutkiem, czasem nawet lękiem. Uświadamia mi kruchość wszystkiego. Ale z drugiej strony, im więcej mam lat, tym większy mam w sobie spokój.

Jaka jest recepta na pogodzenie się z przemijaniem?

 

Zgoda ze sobą. Ze światem. Należymy do świata, w który wpisane jest przemijanie.

Ma Pani żal do losu, że coś się w Pani życiu nie wydarzyło?

Nie. Staram się nie zaglądać do cudzych ogródków, nie porównywać się z innymi. Kiedy czasem robi mi się zwyczajnie po ludzku przykro, że coś mnie omija, że na przykład nie pracuję z jakimiś ludźmi czy nie gram w jakimś spektaklu, filmie, mówię sobie: „Z jakiegoś powodu miałaś się tam nie znaleźć”. Ktoś dostaje takie zabawki od losu, ja mam inne. Ale to oczywiście nie jest takie proste wyzbyć się odruchu przeglądania się w cudzych życiorysach. Tak, to jest odruch, bo tak jesteśmy tresowani od piaskownicy: „Popatrz, jaką Karolek zrobił ładną babkę! Ty zrobisz jeszcze ładniejszą, prawda?”. A za chwilę: „Patrz, jaki Karol ma samochód...! ...pracę, dom, kobietę, pieniądze...!”. Jakie to wkurzające. Sama wiem, że mój rozwój nie leży w ściganiu się z czyimiś sukcesami, a w prześciganiu samej siebie. Ciężko nad tym pracuję. A tymczasem, odruchowo, moje dzieci traktuję według starego modelu i... przekazuję tę nieszczęsną pałeczkę. Tę pałeczkę nieszczęścia. Chwalić Boga, już się na tym łapię.

DANUTA STENKA - Urodziła się w Gowidlinie na Kaszubach. Skończyła Studium Aktorskie przy Teatrze Wybrzeże. Jedna z najlepszych polskich aktorek. Występuje w teatrach Narodowym, Rozmaitości i Nowym w Warszawie. Masową popularność przyniósł jej serial „Boża podszewka”. Zagrała m.in. w filmach: „Katyń”, „Nigdy w życiu”, „Chopin. Pragnienie miłości”. Laureatka Złotej Kaczki i Orłów oraz Paszportu „Polityki”. Córka Paulina ma 18 lat, Wiktoria 13. Mąż Janusz Grzelak też jest aktorem, ale nie pracuje w zawodzie.