GALA: Poznałaby pani syna po zapachu?

DARIA WIDAWSKA: (wahanie) Chyba nie. Myślę, że pachnie jak każdy niemowlak, jakiego brałam w życiu na ręce. Na pewno poznałabym go po śmiechu. Kiedy się urodził, słuch mi się wyostrzył. Leżę w nocy, słysząc każdy jego ruch, jakbym słyszała szelest skrzydeł motyla. Wiem, brzmi baśniowo, ale coś w tym jest. Budzę się nagle, bo przewrócił się na drugi bok, poruszył się gwałtownie na pleckach, na pewno coś mu się przyśniło, kaszle... Jezu, dlaczego on kaszle, przecież wieczorem był zdrowy!

GALA: Robiła pani casting na nianię?

DARIA WIDAWSKA: Miałam szczęście. Pani Tamara pojawiła się w moim życiu przez przypadek i ją zaanektowałam. Powiedziałam do niej: „Pani u mnie zostaje i koniec”. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Potrzebowałam osoby, która będzie ze mną i z małym na planie, bo za każdym razem, jak muszę się z nim rozstać i iść do pracy, moje serce rozrywa się na drobne kawałki.

GALA: Zadziałała kobieca solidarność?

DARIA WIDAWSKA: Kiedy się okazało, że jestem w ciąży, byłam dopiero po kilku dniach zdjęciowych pierwszej serii „39 i pół”. Była wielka radość, ale też strach, panika i oczywiście wyrzuty sumienia. „Boże, co ja teraz zrobię, zawalę im całą robotę!” – pomyślałam. Okazało się, że niczego im nie zawaliłam. Justyna Pawlak, producentka, podjęła decyzję w trzy minuty, żeby nagrać mnie wcześniej.

GALA: Rodzi się dziecko, a z nim lęk o nie. Tak twierdzi wiele matek.

DARIA WIDAWSKA: Nie ma tego. Nie mam się czego bać. Nie jestem lękliwą osobą, nie wymyślam negatywnych scenariuszy.

GALA: Czy oszalałą z miłości matkę stać na jakieś egoistyczne gesty w stosunku do samej siebie?

DARIA WIDAWSKA: Za chwilę idę na manikiur, mam połamane paznokcie, ale skrzętnie to przed panią ukrywam. Myślę, że czasy zaniedbanych matek w pogniecionych spódnicach, z odrostami, już minęły. Powtarzam sobie, że jedna godzina w życiu syna nic nie zmieni. Mam jeszcze co najmniej 15 lat, które będzie chciał ze mną spędzić, zanim zacznie się stawiać i mieć własne zdanie na każdy temat.

GALA: Pani życie po urodzeniu dziecka przewróciło się do góry nogami, a podobno my, kobiety, w sytuacjach dla nas wyjątkowych bardzo potrzebujemy autorytetów. Pani słucha bardziej kobiet czy mężczyzn?

DARIA WIDAWSKA: Trudne pytanie, bo przede wszystkim słucham siebie, swojego instynktu, który mnie raczej nie zawodzi. Trochę pysznie to zabrzmiało, ale tak jest i wszyscy śmieją się ze mnie, że ciągle mam rację, a raczej wydaje mi się, że ją mam. W sprawach istotnych radzę się Michała, mojego męża. Te absolutnie najważniejsze decyzje zawsze podejmujemy razem.

GALA: A kiedy jeszcze męża nie było?

DARIA WIDAWSKA: To byli moi rodzice. Mam z nimi bardzo silny kontakt. Oboje mają mocne charaktery i dużo zdrowego rozsądku. Ja bardzo emocjonalnie podchodzę do spraw, oni racjonalnie. Starają się odrzucać uczucia przy podejmowaniu ważnych decyzji. Zresztą Michał zachowuje się podobnie. Jakiś czas temu kupowaliśmy mieszkanie, długo to trwało, bo szukaliśmy czegoś wyjątkowego po rozsądnej cenie. Któregoś dnia odezwał się pośrednik, że ma tzw. okazję. Michała akurat nie było w Warszawie, więc zadzwonił do mnie i powiedział: „Idź koniecznie i zobacz, podobno jest bardzo fajne”. Wpadłam, rozejrzałam się, zawołałam: „Oooo, piękne! Duże, jasne, tu mi się balkon podoba, tam cudowny widok, jakie ładne okno”. Nagle patrzę, wyglądam przez to okno, a tam podwórko, na nim szkoła. Dzwonię do Michała: „Co ty! Nieeee, to odpada! Szkoła z tyłu i wrzeszczące dzieciaki?! Daj spokój! To nie dla nas”. W sekundę podjęłam decyzję na „nie”.

GALA: I kto wygrał?

DARIA WIDAWSKA: Zdrowy rozsądek. Wrócił Michał, obejrzał mieszkanie i zaczął spokojnie ze mną rozmawiać: „Posłuchaj, lipiec i sierpień mamy luz, bo dzieciaki są na wakacjach. Zostaje czerwiec i wrzesień, kiedy faktycznie mogą lekko poszaleć na przerwach. Ale już od godziny 15 będzie cisza, dzieciaki w domu. Pomyśl, gdzie znajdziesz takie fajne mieszkanie, zielono z jednej strony, zielono z drugiej, cudny balkon”. Miał rację. Dwa lata mieszkamy i jest fantastycznie.

GALA: Czyli potrafi pani słuchać.

DARIA WIDAWSKA: Myślę, że tak, chociaż Michał twierdzi, że czasami jest ciężko. Musi mnie studzić, wylewać na mnie kubeł zimnej wody, czyli rzeczowych, konkretnych, rozsądnych argumentów. Wtedy zaczynam racjonalnie myśleć, choć to nie zawsze jest proste.

GALA: Dlaczego?

DARIA WIDAWSKA: Chciałabym w każdym momencie być jak najbardziej perfekcyjna i to mnie zabija emocjonalnie. Pragnę za dużo naraz, żeby wszystko było tak, jak chcę. To męczy mnie i moich bliskich. Wróciłam wczoraj do domu, a u mnie mama, która przyjechała z Gdańska nacieszyć się wnukiem. Otworzyłam drzwi i już w przedpokoju zaczęłam się wściekać: „Jezu, jaki bałagan, buty porozwalane, a ja nie mam siły, padam z nóg”. Wariowałam, mama patrzyła na mnie ze spokojem i powiedziała: „Dziecko, a co jest teraz najważniejsze? Te buty, które w przedpokoju krzywo stoją, czy to, że jestem i możesz iść spać?”.

GALA: Wygląda na to, że bywa pani uciążliwa dla otoczenia?

 

DARIA WIDAWSKA: Niestety. Moja serdeczna koleżanka Ania śmieje się ze mnie non stop. Zaczyna się rozmowa, Ania mówi: „Wiesz, za tydzień wymieniają mi kaloryfery, może...”. Nie udaje się jej skończyć zdania, bo już zaczynam: „Posłuchaj, są takie i takie, firmy tej i takiej, te mają taki bajer, a tamte robią tak i siak. Muszą ogrzewać całą powierzchnię, zwróć na to uwagę. Dlatego koniecznie musisz zmierzyć mieszkanie”. Albo Ania mówi: „Wiesz, widziałam piękną kanapę...”. Na to ja: „Ale posłuchaj, jaką ja widziałam kanapę! Kwadratowa, czerwona, dla ciebie idealna...”. Anka słucha ze stoickim spokojem, a potem tylko wzdycha...

GALA: Jest jakaś dziedzina, na której pani się nie zna?

DARIA WIDAWSKA: Mnóstwo rzeczy. Ale faktem jest, że jak się do czegoś zabieram, rozgryzam temat dogłębnie i niestety, wszystko pamiętam. Siedzę w internecie, potem latam po sklepach, zadręczam sprzedawców, aż wiem wszystko. Nie zdarza się tak, że wchodzę do sklepu i mówię: „Grzejnik poproszę”. Muszę mieć taki grzejnik, żeby mi się podobał i spełniał każdą funkcję, a nawet więcej.

GALA: Mnie chyba byłoby szkoda czasu na takie drobiazgowe poszukiwania...

DARIA WIDAWSKA: Ale jak to potem fajnie wygląda! Tak już mam. Ostatnio na planie „39 i pół” mówię do mojego fryzjera, który mnie codziennie czesze: „Posłuchaj, ty nie możesz mi tak kręcić włosów. Powiem ci, jak masz kręcić. Grzałkę przykładasz odwrotnie niż teraz, bo nie możesz kręcić włosa do góry, jeśli włos rośnie na dół”. On na mnie patrzy i mówi: „No, nie, Widawska! Ja zaraz zwariuję!”.

GALA: Fryzjer wyszedł i trzasnął drzwiami?

DARIA WIDAWSKA: Machnął ręką, na drugi dzień zrobił po swojemu i byłam zadowolona. Zazwyczaj wszyscy się ze mnie śmieją, włącznie ze mną, więc wierzę, że robię to z jakimś wdziękiem i dowcipem.

GALA: Kiedy rozmawia pani z mamą, to która ma łatwiejsze życie jako kobieta – pani czy mama?

DARIA WIDAWSKA: Pod względem organizacji dnia codziennego moje pokolenie na pewno ma łatwiej. W sklepach można kupić, co człowiek zapragnie, można pojechać, gdzie się chce i kiedy się chce, przynajmniej teoretycznie. Ale kiedy moja mama patrzy, jak się miotam między domem, synkiem, jedną pracą, drugą pracą, to mówi, że pod takim życiowym względem jej było łatwiej.

GALA: Mama czegoś pani zazdrości?

DARIA WIDAWSKA: Wczoraj powiedziała, że mi zazdrości pieluch (śmiech). A tak na poważnie, to nie sądzę. Mama ma bardzo udane życie zawodowe i bardzo udane życie prywatne. Myślę, że naprawdę jest kobietą spełnioną i szczęśliwą. Dla mnie była zawsze punktem odniesienia.

GALA: Użala się czasami nad swoją jedyną córką?

DARIA WIDAWSKA: Mówi, że mam za mało czasu, ale to nie jest użalanie się. Wkłada mi do głowy, że zawodowo powinnam częściej odmawiać i ja staram się to konsekwentnie realizować. Ale wciąż mam wyrzuty sumienia, że komuś odmówiłam: wywiadu, roli, występu w programie, sesji, spektaklu... Mnie wykańcza świadomość, że komuś, jakiemuś konkretnemu człowiekowi, zrobię przykrość, że z mojego powodu poczuje się rozczarowany. I mama w takich sytuacjach powtarza: „Dziewczyno, po dwóch razach każdy zapomni, bo musi się zająć kolejnym zadaniem, pracować dalej”.

GALA: A co jest ważniejsze od pracy?

DARIA WIDAWSKA: Mój syn. Jest najważniejszy. Jest nadrzędny nad wszystkim. Jego potrzeby są na pierwszym miejscu, on jest na pierwszym miejscu, wszystko inne przestaje być istotne i dobrze mi z tym.

GALA: Może być jeszcze lepiej?

DARIA WIDAWSKA: Wystarczy, żeby było tak, jak jest, a byłabym szczęśliwa do końca życia. Nie muszę mieć więcej. Chociaż... Mój mąż ma kompletnego bzika na punkcie syna, ale ostatnio zauważył, że skoro mówi się „synek mamusi”, to powinna być też „córeczka tatusia”. I może powinniśmy teraz pomyśleć o prezencie dla niego.