GALA: Naprawdę jest pan tyranem, i to jeszcze chorobliwie zazdrosnym?

DARIUSZ KORDEK: Słucham?!

GALA: Zarzuca to panu była żona. Po rozstaniu nazwała wasz związek „toksycznym”...

DARIUSZ KORDEK: Gdy się rozstawaliśmy, umówiliśmy się, że nie będziemy rozmawiać o tym z mediami. Ja słowa dotrzymałem. Agnieszka, niestety, nie. Podejrzewam, że chciała to rozdmuchać, żeby jeszcze złapać trochę publicity.

GALA: To znaczy?

DARIUSZ KORDEK: Mówiąc bez ogródek, Agnieszka pięć lat woziła się na moim nazwisku, bo bez niego kto wiedział, kim ona jest? Stwierdzam to bez negatywnych emocji. To zresztą zdanie nie tylko moje, ale wielu obiektywnych osób, które w końcu mi, głupiemu, to uświadomiły.

GALA: Państwa ubiegłoroczny rozwód był bardzo burzliwy, mimo wcześniejszych zapewnień, że chcecie się rozstać w sposób kulturalny.

DARIUSZ KORDEK: Nie przesadzałbym. Nie byliśmy parą królewską, żeby się tak podniecać tym, co się u nas działo.

GALA: Skoro już jednak o tym rozmawiamy...

DARIUSZ KORDEK: Rozwód to jest zawsze katastrofa w życiu, nawet jeśli przebiega polubownie. W moim wypadku było dramatyczniej o tyle, że była żona i jej rodzina próbowali na mnie wymusić pewne rzeczy. Były różnego rodzaju szantaże, głównie finansowe. Chciała też obarczyć mnie całkowitą winą za rozpad małżeństwa, co jest absurdalne, bo wiadomo, że gdy ludzie się rozchodzą, wina zawsze leży po dwóch stronach. Jednak wycofała się z tego szybko, gdy okazało się, że znam fakty, które to ją bardzo obciążają, a o których – gdy nasze małżeństwo trwało – nie wiedziałem. Ale nie chcę tu uprawiać martyrologii, zresztą nigdy nie rozwodziłem się nad tym, jaki to ja jestem umęczony. Poza tym ta sprawa przestała w mojej świadomości istnieć. Szkoda tylko straconego czasu. A do Agnieszki mam taki apel, żeby jednak, zamiast latać z każdą duperelą do plotkarskich portali i brukowców, zachowała trochę klasy.

GALA: Dzisiaj jest pan w nowym związku, za chwilę urodzi się pana pierworodny syn. Jakie to uczucie?

DARIUSZ KORDEK: Nastaje nowy dzień i kwiaty się otwierają (śmiech). Gdy się dowiedziałem, że będę ojcem, v głównie finansowe. Chciała też obarczyć mnie całkowitą winą za rozpad małżeństwa, co jest absurdalne, bo wiadomo, że gdy ludzie się rozchodzą, wina zawsze leży po dwóch stronach. Jednak wycofała się z tego szybko, gdy okazało się, że znam fakty, które to ją bardzo obciążają, a o których – gdy nasze małżeństwo trwało – nie wiedziałem. Ale nie chcę tu uprawiać martyrologii, zresztą nigdy nie rozwodziłem się nad tym, jaki to ja jestem umęczony. Poza tym ta sprawa przestała w mojej świadomości istnieć. Szkoda tylko straconego czasu. A do Agnieszki mam taki apel, żeby jednak, zamiast latać z każdą duperelą do plotkarskich portali i brukowców, zachowała trochę klasy.

GALA: urodzi się pana pierworodny syn. Jakie to uczucie?

DARIUSZ KORDEK: (śmiech). Gdy się dowiedziałem, że będę ojcem, poczułem, jakbym miał skrzydła, choć dla mnie na razie to jest terra incognita, czyli nieznany ląd. Wkraczam na niego powoli i zaczynam organizować wszystko, co dookoła tego. Robię na przykład generalny remont domu, który planowałem od kilku lat, ale brakowało mi motywacji. Mam nadzieję, że będę ojcem rozsądnym, więc nie nadopiekuńczym, za to skutecznym.

GALA: Chciał pan dziecka?

DARIUSZ KORDEK: Bardzo, i to już od dawna. Tyle tylko, że nie spotkałem nikogo, kto by tego równie mocno pragnął. A z Elizą porozumieliśmy się na ten temat bez słów. Jest to tak naturalne wydarzenie między nami, że aż się boję, co będzie dalej.

GALA: Dobrze będzie. W końcu pani Eliza nie jest, tak jak poprzednie pana partnerki, ani piosenkarką, ani aktorką, a to już chyba połowa sukcesu, bo nie stanowicie dla siebie konkurencji.

DARIUSZ KORDEK: Rzeczywiście, do tej pory wiązałem się z kobietami, które aspirowały do świata show-biznesu i miały wygórowane ambicje bycia gwiazdą nie tylko w pracy, ale i w związku. Być może właśnie dlatego nasze drogi się rozchodziły. Trudno jest utrzymać związek, gdy nie gra się do tej samej bramki. I gdy między partnerami jest zazdrość. Z Elizą nie musimy rywalizować. Ona, w odróżnieniu od tamtych, choć otarła się o show-biznes, szybko go odrzuciła, bo nie jest układowa i ma inne priorytety w życiu.

GALA: A pan dlaczego zniknął z rynku i wręcz zmienił zawód mimo pozycji gwiazdy w latach 90.?

DARIUSZ KORDEK: Ktoś, kto jest negatywnie nastawiony, powiedziałby w tym momencie: bo to jest taki kraj i tacy ludzie, którzy cię niszczą. Ale ja tak nie myślę.

GALA: A co pan myśli? Może uderzyła panu woda sodowa do głowy i zraził pan do siebie branżę?

DARIUSZ KORDEK: Człowiekowi może odbić, gdy odnosi sukces, i w moim przypadku na pewno tak było. Ale zniknąłem, ponieważ się... wkur(...)łem.

GALA: Słucham?!

DARIUSZ KORDEK: Dobrze pani usłyszała. Najnormalniej w świecie się wkur(...)łem, bo sorry, do dzisiaj ludzie wspominają moją rolę w serialu „W labiryncie”. Potem był „Kroll” Pasikowskiego i „Metro” – pierwszy w Polsce musical z prawdziwego zdarzenia, a potem… cisza. Pomyślałem, że coś tu jest nie tak.

GALA: Szukał pan winy w sobie?

 

DARIUSZ KORDEK: Wtedy jeszcze tak głęboko siebie nie analizowałem. Dzisiaj dopiero mogę to zrobić, bo mam wyższy poziom świadomości. I myślę, że zmianę frontu zawodowego wymogło na mnie to, że wziąłem młodą żonę i szybko zamieniłem się w maszynkę do zarabiania pieniędzy. A poza tym może byłem niecierpliwy i za mało konsekwentny? Może dokonywałem złych wyborów? Może zaszkodziła mi reklama? W tamtych czasach w Polsce to było wielkie halo, że ktoś taki jak ja występuje pod własnym nazwiskiem, np. w reklamie szamponu. A dzisiaj nikt już o to nie kruszy kopii.

GALA: A może po prostu sukces przyszedł za szybko?

DARIUSZ KORDEK: Myślę, że najlepsze, co się może wydarzyć, to odnieść sukces na samym początku. A najtrudniejsze jest utrzymanie się na tym samym poziomie przez cały czas.

GALA: To jest niemożliwe...

DARIUSZ KORDEK: Owszem, możliwe, kiedy po świetnym starcie ma się dużo szczęścia, charakteru i dobrych doradców. Ale u nas chyba rzeczywiście jest to niemożliwe, bo jeśli na przykład zagrało się Marka Winicjusza w „Quo vadis”, to co potem w Polsce można jeszcze zrobić? Trzeba szukać miejsca gdzie indziej, może właśnie tak jak Paweł Deląg, gdzieś we Francji. Ja się na ten krok nie zdecydowałem.

GALA: A myślał pan o tym?

DARIUSZ KORDEK: Owszem, myślałem. Bez jakiegoś zadufania, ale powtórzę słowa Tadeusza Łomnickiego, który kiedyś zaczepił mnie na korytarzu w szkole teatralnej i stwierdził, że mam typowo amerykańską urodę filmową. Wtedy nie wiedziałem, co to znaczy, ale byłem przeszczęśliwy, że on – heros teatru – w ogóle do mnie przemówił. Potem jeszcze wielokrotnie słyszałem od różnych osób, że nie pasuję typem urody do tych, którzy zapełniają masową wyobraźnię w naszym kraju. Gdy w 1991 czy 1992 roku wyjechałem z Teatrem Rampa do Stanów Zjednoczonych, by grać na Broadwayu dla Polonii, przeleciało mi przez głowę, że może powinienem tam zostać. Nie zrobiłem tego. Być może zabrakło mi odwagi, by tak pójść na całość?

GALA: Żałuje pan?

DARIUSZ KORDEK: Przepraszam, ale to jest naiwne pytanie. Nie żałuję. Życie po prostu potoczyło się inaczej. Zniknąłem z mediów, ale nie zniknąłem z życia. Nie popadłem w paranoję i nie dostałem nagłego migotania przedsionków. Zamiast tego zrobiłem zupełną przewrotkę i zająłem się biznesem. Pracowałem w ubezpieczeniach. Najpierw przeszedłem odpowiednie szkolenie, a potem musiałem się nauczyć wstawać codziennie o 6.30, bo o 8.30 już zaczynałem pracę. Dziś dzięki temu, że znam inny świat niż show-biznes, mam bardziej realny ogląd życia. Myślę więc, że nie skończę jako zakręcony artysta z wielkimi pretensjami do tego, co jest, czego nie ma, co nastąpi albo nie nastąpi, czy zadzwonią albo nie zadzwonią. A gdybym postawił tylko na aktorstwo, to być może bym się stoczył.

GALA: A czy jako człowiek, który przez ostatnie lata bardziej zajmował się biznesem niż sztuką, dostrzega pan miałkość dzisiejszego show-biznesu?

DARIUSZ KORDEK: Widzę tę powierzchowność. Widzę też, że dzisiaj bycie na świeczniku to mordęga, bo, wulgarnie mówiąc, trudno pierdnąć, żeby ktoś o tym nie powiedział. No i sława uzależnia – to z kolei widzę po kolegach z branży.

GALA: Pan już się nie uzależni?

DARIUSZ KORDEK: Nie sądzę, bo moje przejścia sprawiły, że jestem dzisiaj silniejszy. Na co dzień pracuję dla dużej medialnej spółki. Wróciłem też do aktorstwa i mam chęć zrobić coś, co będzie na moim dzisiejszym poziomie świadomości. Stać mnie już na coś więcej niż bycie amantem w kolejnym serialu.

GALA: Uroda panu przeszkadzała?

DARIUSZ KORDEK: Czasami pomagała, nie ma co ukrywać, ale generalnie przystojny facet, choć ja się za takiego nie uważam, bo jestem za niski, nie jest u nas postrzegany poważnie.

GALA: W dzisiejszych czasach, żeby istnieć, niekoniecznie trzeba być przystojnym, ale młodym na pewno. I wszyscy za tą młodością gonią, czasem z marnym skutkiem. Widział pan zdjęcia Ruperta Everetta? Interesująca twarz dojrzałego mężczyzny po operacji plastycznej zaczęła przypominać budyń...

DARIUSZ KORDEK: Wolę się pościerać papierem ściernym, zedrzeć sobie opuszki palców. W komputerze czujnik na linie papilarne już nie działa, bo mam je zdarte, gdyż uczestniczę w remoncie mojego domu. Oczywiście są robotnicy, ale ja nie mogę wytrzymać, żeby czegoś nie dotknąć, nie poprawić.

GALA: Wszystko pan wie najlepiej?

DARIUSZ KORDEK: Skąd! W ogóle się na tym nie znam, ale kręci mnie, że się dowiem, jak np. kładzie się glazurę. Chcę wiedzieć, jak mój dom jest zbudowany. A wracając do poruszonego przez panią tematu, wolę się fajniej zestarzeć, niż robić z siebie budyń czy przeterminowane ciacho. Zresztą myślę, że dobrze się starzeję, jestem jak wino (śmiech).

GALA: Widzę, że odrobina próżności w panu jednak została. A co z egoizmem charakterystycznym dla artystów?

DARIUSZ KORDEK: Poszukałbym innego słowa.

GALA: Może egotyczny będzie bardziej pasowało?

DARIUSZ KORDEK: Myślę, że jestem coraz mniej egotyczny, bo od dłuższego czasu panuję nad własnym ego. Gdy pracowałem w innych zawodach, szczególnie na początku musiałem to ego zakopywać głęboko w ogródku.

GALA: W takim razie jaka cecha dzisiaj u pana dominuje?

DARIUSZ KORDEK: Upór i cierpliwość, których przedtem nie miałem.