DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Hania... Prawie sto kilo już ważę, kurde. Nie bój się, zgubię to. Jestem na diecie. Jaka to dieta, Basiu?

BARBARA IMOS: Cambridge.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Trochę się rozrosłem, o, tutaj, widzisz? W ramionach i klacie. Koszule mi się nie dopinają. Może to dlatego, że zacząłem chodzić na siłownię i uruchomiłem mięśnie, które wcześniej nie pracowały? A może staję się mężczyzną?

GALA: Basiu, łatwo jest żyć z Darkiem?

BARBARA IMOS: Czasami jest ciężko. Darek ma ADHD. Jest w nieustannym ruchu.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Są gorsze choroby, ale faktycznie jest mi ciężko usiedzieć w jednym miejscu. Ale jak muszę się skupić, to się skupiam.

GALA: Wkrótce odbieracie z Nicei pieska...

BARBARA IMOS: To będzie biszon kędzierzawy. Nazywa się Darina.

GALA: To próba generalna? Przystosowanie do życia w rodzinie?

BARBARA IMOS: Nie. Ja mam malutką siostrzenicę, którą sporo już się zajmowałam. Po prostu, kiedy wracamy do domu, to jest w nim smutno. Stąd pomysł na psa.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Ale pies i tak nie będzie siedział w domu, tylko będzie z nami podróżował. Waży tylko trzy kilo. Jak dzieciaczek. Chciałbym już mieć dzieciaczka.

GALA: Basiu, a ty jesteś gotowa na dziecko?

BARBARA IMOS: Już od dawna. Pracujemy nad tym (śmiech).

GALA: Aha, pracujecie... A co sądzicie o in vitro?

BARBARA IMOS: Ja jestem za.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Wiadomo, że są też dzieci w domach dziecka, które czekają, by ktoś je stamtąd zabrał. Ale niektórzy chcą mieć własne dzieci. I ja to rozumiem. A wracając do twojego pytania – to ważne, czy dziecko powstanie podczas stosunku, czy metodą in vitro? Moim zdaniem to nie ma znaczenia. Liczy się dziecko. Trochę dziwi mnie Kościół, który tego nie rozumie.

GALA: A gdybyś miał stworzyć projekt ustawy o in vitro?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Należy brać pod lupę potencjalnych rodziców i sprawdzać, ile zarabiają. Bo jeśli kogoś nie stać na in vitro, to jakim cudem ma być go stać na dziecko? Bycie rodzicami to wielka odpowiedzialność. Skąd wiemy, czy dziecko z in vitro nie trafi później do domu dziecka? Dlatego najpierw trzeba przyszłych rodziców dokładnie poznać, dowiedzieć się o nich jak najwięcej. Ale my będziemy mieć własnego dzieciaczka, prawda, Basiu? Kochamy się bardzo mocno. Cały czas spędzamy razem. Ludzie mówią, że jesteśmy stuknięci.

BARBARA IMOS: Jeśli Darek jedzie beze mnie, aby coś załatwić, nie mogę się odnaleźć.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: A ja z męskiej wódki wracam najpóźniej o dziesiątej. Teraz nasza największa przyjemność to herbatka, telewizorek, łóżko, przytulanie. To już nawet nie chodzi o seks, bo on zawsze jest fajny. My lubimy bliskość.

GALA: Czy Basia chodzi z tobą również na treningi?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Trenuję teraz dużo mniej. Cały czas jesteśmy na walizkach. Włóczymy się z moją fundacją „Równe szanse”, dla której organizujemy stypendia. Nasi podopieczni otrzymują po 500 zł miesięcznie. Ale jeżeli się nie sprawdzają, wtedy im stypendium zabieramy.

GALA: To fatalnie.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Każdemu może się zdarzyć, że nie jest w stanie przyjść na trening. Zabieramy tylko tym, którzy broją notorycznie, bo tej fundacji mniej nawet chodzi o sport, a bardziej o wychowanie. To ma być bodziec dla tych dzieci. Może 500 zł to nie jest aż tak dużo, ale dla piętnastolatka chyba jest OK? Przeważnie te pieniądze trafiają do matek i idą na jedzenie. Dlatego też rodzice pilnują, żeby ich dzieci trenowały. Ja też byłem tak wychowany. Dostawałem od swojego trenera pieniądze, które zarabiał, biorąc nadgodziny, albo wygrywał w pokera. Dzięki niemu nie musiałem rozrabiać na mieście ani kraść. Mogłem sobie pozwolić na spodnie Montany czy jakiś szetlandzik. To były najważniejsze pieniądze w moim życiu. Nie te miliony, które później zarabiałem, bo one należały mi się jak psu micha. W fundacji oddaję to, co kiedyś dostałem od trenera. To moja misja. Mój dług.

GALA: Jesteście zaręczeni?

BARBARA IMOS: Nie.

GALA: A czy chociaż, Darku, kupiłeś już pierścionek?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Nie miałem jeszcze czasu pojechać na zakupy. A to musi być coś porządnego...

BARBARA IMOS: Jakiś tradycyjny, zwykły, skromny pierścionek i... na kolana!

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: A może zrobimy tak, że ty mi się oświadczysz?

BARBARA IMOS: O, nie!

GALA: A ile razy w życiu już się oświadczałeś?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Raz. Mojej ostatniej żonie, z którą właśnie teraz się rozwodzę. W dodatku wtedy była już Basia...

BARBARA IMOS: Ja oczywiście o niczym nie wiedziałam.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Jeszcze nie znałem Basi zbyt dobrze. Serce mi już szybciej biło na jej widok, ale nie byłem jeszcze pewien. To było jakieś trzy lata temu, w maju.

BARBARA IMOS: Wcześniej – znamy się cztery i pół roku.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Skąd, Barbaro, dopiero w maju będą cztery.

GALA: Kto kogo uwiódł?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Ja. Czasem widywałem Basię na siłowni. Świrowałem sobie, że w dwa tygodnie ją poderwę. Przeszkadzałem jej, zaczepiałem i wprawiałem w zakłopotanie. Takie prowokacyjne wygłupy macho.

 

BARBARA IMOS: A ja w tym czasie powtarzałam przyjaciółce Ani: „W życiu się z nim nie umówię”. Kiedyś w klubie Darek przycisnął mnie do ściany i spytał: „To co, kiedy się umówimy?”. Przestraszyłam się tych jego dzikich oczu i starałam się go unikać. Wydawał mi się natrętny.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Poza tym nasłuchała się sporo na mój temat od ludzi, którzy mnie w ogóle nie znają. Internet też wie o mnie więcej niż ja sam. W żadnym kraju nie jest tak brutalnie jak tu.

BARBARA IMOS: Nasz wspólny kolega urządził urodziny w Wiśle. Tam poznałam prawdziwego Darka. Spędziliśmy razem parę dni. Widziałam go przy śniadaniu, w dyskotece, na spacerze.

GALA: Jaki jest ten prawdziwy?

BARBARA IMOS: Całkiem normalny.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Co to znaczy?

BARBARA IMOS: Że nie jesteś „krejzi”. Że jesteś zwykłym człowiekiem. Że można na tobie polegać. Że jesteś delikatny.

GALA: Najbardziej wzruszająca chwila?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Chyba gdy Basia była chora, a ja biegałem wokół niej. Usługiwałem jej, choć bardzo tego nie lubię. Ale to nie jest nic wyjątkowego.

GALA: A kiedy ostatnio odkurzałeś mieszkanie, Darku?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Ostatnio miałem odkurzacz w ręku... Nie, to była zmiotka, bo nabrudziłem butami.

GALA: Basiu, gotujesz? Zmywasz?

BARBARA IMOS: Wkładam naczynia do zmywarki, ale na ogół jemy w restauracji.

GALA: A jak twoja rodzina znosi plotki o was?

BARBARA IMOS: W ogóle ich nie czytają. Na początku byłam przerażona, jak odbiorą Darka, bo on krzyczy, jest głośny i przeklina. Jednak moja mama jest nim zachwycona. Babcia go uwielbia.

GALA: A synowie Darka cię lubią?

BARBARA IMOS: Musieliśmy się poznać. Młodszy Nicolas był pierwszy. Polubił mnie i powiedział bratu, że jestem „w porzo”. Starszy zaprosił mnie na sushi i nauczył jeść pałeczkami.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: To kochane chłopaki... Ale... Jak rodzice nie nauczą dzieci pokory, to życie zrobi to za nich. Każdego z nas nauczy. Nie ma mocnych. Zawsze jest ktoś silniejszy, ładniejszy, młodszy. Zawsze można dostać w pysk: od szefa, od przyjaciela, od kobiety. Życie jest sprawiedliwe i każdemu wystawia rachunek. Nie ma cwaniaków w tej branży. W momencie kiedy zaczynasz myśleć, że jesteś najlepszy, to już przegrałeś. Kto jest perfekt, musi odejść, bo ideały nie istnieją. Trzeba szanować życie takim, jakie jest.

GALA: A co najbardziej szanujesz w Basi?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Przede wszystkim Basia bardzo mi się podoba. Jest kochaną kobietą. Jestem w szoku, że ktoś taki mi się w życiu przytrafił. Nie spodziewałem się tego.

GALA: Czym sobie na nią zasłużyłeś?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Jeszcze nie wiem. Może dorosłem do tego, żeby być dla kobiety partnerem? Czuję się za Basię bardzo odpowiedzialny. Jeśli źle się wobec niej zachowam i kłapnę coś w nerwach, to naprawdę tego żałuję. Nie mam złych intencji. Jestem tylko porywczy.

GALA: Rzucacie talerzami?

BARBARA IMOS: Nie.

GALA: Kto pierwszy wyciąga rękę na zgodę?

BARBARA IMOS: Przeważnie kłótnie są z winy Darka i on pierwszy wyciąga rękę.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Szkoda życia na gniew. Tym bardziej że jeszcze nikogo nie kochałem tak bardzo jak Basię. To pierwsza moja świadoma miłość.

GALA: Violetta Villas śpiewała, że nie ma miłości bez zazdrości.

BARBARA IMOS: To prawda. Jesteśmy o siebie zazdrośni. Ja o Darka bardziej, ale on czasem daje mi ku temu powody.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Już teraz nie, kotku. Kiedyś było gorzej. Zdarzało się, że fanki przychodziły i siadały mi na kolana.

BARBARA IMOS: Są bezczelne. W dyskotece przychodziły, całowały go i prosiły do tańca. Kiedyś wreszcie wstałam i zrobiłam z tym porządek.

GALA: Dałaś w szczękę?

BARBARA IMOS: Nie musiałam. Ten szum wokół Darka nie jest dla mnie łatwy. Staram się to sobie tłumaczyć tak: „To mnie Darek kocha, to ze mną zasypia i jeździ na wakacje. A one mogą sobie tylko popatrzeć”.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Kiedyś byłem uzależniony od kobiet. Basia jest pierwszą kobietą, której nie zdradziłem. Wiem, że niewierność jest brzydka, ale kiedyś byłem głupi i prymitywny. Miewałem cztery narzeczone naraz. To było modne i cool. Mieszkałem w Hamburgu, byłem mistrzem świata i myślałem, że wszystko mi wolno. Że nie ma większego dżolero ode mnie. Teraz się tego brzydzę.

GALA: Wstyd ci?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Bardzo. Ale też nie jestem pewien, czy do dziś bym taki nie był, gdyby nie Basia. Nie opuszczała mnie na krok, a ja zacząłem się zastanawiać. O co chodzi? Masz fajną kobietę, kocha cię, kochasz ją, masz, co chcesz. Po co to kaleczyć?

GALA: A gdyby Basia uciekła z młodszym?

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Wtedy mogłoby mi serce pęknąć, ale to nie byłoby dla mnie zaskoczenie. Ja już dojrzałem do związku. A Basia? Tego nie wie nikt.

BARBARA IMOS: Ależ Darku, to nie leży w mojej naturze, żebym będąc z kimś, zrobiła skok w bok.

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Nigdy nie mów nigdy.

BARBARA IMOS: Gdyby coś było między nami kiedyś nie tak, spakowałabym się i odeszła, ale nigdy nie byłaby to zdrada.

GALA: Wyobrażacie sobie siebie za 20 lat?

 

DARIUSZ MICHALCZEWSKI: Życie to proces. Ludzie się zmieniają, ale ten podstawowy sznyt w każdym z nas pozostaje taki sam. Basia może utyć, obciąć się na łyso, a ja i tak będą ją kochał. I ona to doskonale wie. Prawda, Basiu?