Doda ma odwagę przyznać, że w życiu osiągnęła wszystko: odniosła sukces, spełniła swoje marzenia, zarobiła dostatecznie dużo pieniędzy. Teraz pracuje już tylko dla przyjemności. Swojej i swoich fanów. I jeśli o czymś jeszcze marzy, to o tym, by życie nie przeciekło jej przez palce...

Ostatnio na okładce „Gali” pozowałaś w białej sukni i mówiłaś, że jesteś zakochana.

Życie jest zbyt krótkie, by tracić czas na tematy, które zamknęłam z własnej woli półtora roku temu. Na szczęście zakochana już nie jestem. Życie zweryfikowało moje plany i paradoksalnie brak zakochania daje mi dużo spokoju i szczęścia. Sukienkę przefarbowałam na błękit, nie zmarnowała się…

Zraziłaś się do mężczyzn?

Bardzo.

Kiedyś mówiłaś, że nigdy nie oceniasz nowych partnerów przez pryzmat poprzednich, bo każdemu należy dawać szansę. A gdy rozmawiałyśmy ostatnio, stwierdziłaś, że faceci są jednak beznadziejni….

No to wyobraź sobie, jak musiało mnie życie pokiereszować, jak ja musiałam dostać w tyłek, żeby w wieku 33 lat dojść do takich wniosków! Mężczyźni nie są oczywiście beznadziejni. Nie generalizuję. Znam wielu fajnych facetów, mój zespół składa się z mężczyzn, moi przyjaciele to głównie faceci, mój management też i oni beznadziejni nie są. To wartościowi, fantastyczni ludzie. W relacjach damsko-męskich na pewno nie miałam szczęścia.

Może to Ty masz zbyt wysokie wymagania?

Z pewnością jestem wymagająca. Bardzo dużo wymagam od siebie i ludzi, którzy mnie otaczają. Dotyczy to zarówno partnerów, z którymi byłam, jak również moich współpracowników. Każdy mój związek z mężczyzną opierał się na bezinteresownej miłości z mojej strony. Kochałam i chciałam być kochana. Ważne, by zachować równowagę we wzajemnym okazywaniu sobie uczuć. Starać się, by były one w równym stopniu po każdej ze stron. Moja miłość do mężczyzn zawsze była szlachetna, bo wynika to z mojej natury.

Kiedyś powiedziałaś, że lubisz indywidualistów, facetów z niekonwencjonalnym podejściem do życia. Jaki mężczyzna dzisiaj miałby u Ciebie szanse?

Żaden. Albo taki, który częściej niż w ramiona będzie mnie brał w cudzysłów, bo jestem wielką indywidualistką. (śmiech) Ale w ogóle nie myślę o tym, nie wizualizuję tego nawet. Na razie nie chcę żadnego mężczyzny.

Zostaniesz na stałe singielką?

Tak. Już nią jestem od półtora roku.

I jak się z tym czujesz?

Świetnie. Dzisiaj w nocy obudził mnie odgłos zepsutego wirnika w wentylatorze, ale tak w ogóle, to nareszcie śpię jak dziecko. Nie mam stresów przed snem, nie mam gonitwy myśli, jak rozwiązać jakiś problem w związku. W ciągu tego roku zrealizowałam mnóstwo projektów. Taki spokój dla artysty jest bardzo ważny, bo jak wiadomo, artyści są nadwrażliwi i wszystko dziesięć razy bardziej ich dotyka. Zazdroszczę moim koleżankom, że się pokłócą z facetem, a potem przyciskają w głowie przycisk „wyłącz emocje” i mówią: „E tam, jutro ze starym się pogodzę, zabierze mnie do restauracji, kupi mi torebkę i po sprawie”. Ja bym tak nie umiała. Przez całą noc wszystko analizuję, denerwuję się, nie mogę zasnąć, torebkę sobie przecież mogę sama kupić, więc w ogóle mnie to nie satysfakcjonuje. Poza tym nie mogłabym tak łatwo przejść nad kłótnią do porządku dziennego, bo to by było nieedukacyjne. Przecież facet musi wyciągnąć jakieś wnioski.

Kto doradza Ci w sprawach damsko-męskich? Dzwonisz do mamy?

Nigdy! Moja mama jeszcze nigdy mi dobrze nie doradziła w tych sprawach.

A mówisz, że mama jest Twoją przyjaciółką.

Bo jest. Mam też inną przyjaciółkę, która jest tak konserwatywna, że chodziłaby nawet w moherowym body i spała w kościele, gdyby to było możliwe, ale i tak świetnie się dogadujemy, mimo moich bardziej liberalnych poglądów. Podobnie z mamą. Jest moją przyjaciółką, ale na związkach to ona w ogóle się nie zna. Mieszka w Ciechanowie

i niezależnie od tego, że uważa, że tam jest centrum dowodzenia światem, to jednak tak nie jest. W Warszawie mężczyźni są inni. Moja mama jest trochę naiwną osobą. Uważa, że „zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Papież kazał przebaczać. Teraz wszyscy faceci są tacy, ideału nie znajdziesz”. I tak dalej. Gdybym miała jej słuchać, nadal byłabym żoną Radka, narzeczoną Nergala i trwała patchworkowo w jeszcze innych związkach. Każdemu bym wybaczała i dawała kolejne szanse. Nie dzwonię do mamy, bo wiem, co usłyszę. Poza tym odseparowuję ją od swoich problemów. To jest czas, abym ja była dla rodziny oparciem, a nie dzwoniła do nich, bo pokłóciłam się z chłopakiem jak nastolatka. A poza tym nikogo się nie radzę, bo nikt nie jest na moim miejscu, nie jest mną i nie wie, co czuję. Nie lgnę do ludzi, nie lubię się przytulać i jeść z kimś śniadania. Jestem raczej typem samotnika.

Zmienił się Twój stosunek do mężczyzn, a co ze stosunkiem do dzieci. Kiedyś deklarowałaś, że nie chcesz ich mieć, że prokreację uważasz za „mało ambitną sztukę pozostawiania po sobie śladu na Ziemi”...

Tylko się w tym utwierdziłam! Obserwując dzieci znajomych, widzę, że jednak bardzo przeżywają perturbacje w relacjach rodziców, i nie chciałabym czegoś podobnego zafundować mojemu dziecku. W głębi duszy wiem, że nie powinnam go mieć, bo nie umiałabym być matką. Tak jak zresztą 50 procent kobiet, które decydują się na dzieci. Dziecko to nie chihuahua, to nie sposób na ratowanie małżeństwa, nie lalka do przebierania i nie polisa ubezpieczeniowa. Bycie matką to najbardziej odpowiedzialna rola w życiu, jakiej możemy się podjąć.

Ale przecież Ty jesteś odpowiedzialna.

Tak, jestem i właśnie takim myśleniem paradoksalnie udowadniam moje odpowiedzialne podejście do tematu posiadania dzieci. Mam świadomość swoich wad, nie porywam się z motyką na słońce. Być może jednak nadejdzie taki dzień, kiedy zmienię zdanie.

Mówisz, że jesteś lojalnym przyjacielem, który daje wiele szans. I że trzeba się bardzo postarać, żeby być Twoją byłą przyjaciółką, byłym mężem, byłym narzeczonym? Co w Twoich oczach dyskwalifikuje bliskiego człowieka?

Dużo daję szans, bo dużo w życiu widziałam. Wiem, że człowiek jest słabą istotą. Kłamstwo wybaczam: ja też kłamię, mówiąc np. krawcowej, że mam 62 cm w pasie, a wiadomo, że to na „wciągnięciu” i po detoksie. (śmiech) Jedynie, czego nie wybaczam, to zdrady, pod żadną postacią. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można kogoś zdradzić. Ja nigdy nikogo nie zdradziłam.

Miałaś 13 lat, kiedy rozpoczęłaś karierę. Jak udało Ci się to, co nie udało się Britney Spears, Christinie Aguilerze czy Selenie Gomez: wejść do show-biznesu i wytrwać w nim przez tyle lat bez alkoholu, depresji, narkotyków, terapii?

Po pierwsze, pomogła mi szkoła sportowa. Byłam wicemistrzynią Polski w biegu na 100 metrów. Prowadziłam zawsze sportowy, higieniczny tryb życia. Sportem byłam przesiąknięta od dziecka, to nauczyło mnie dyscypliny.

Niektórzy sportowcy też schodzą na złą drogę.

Znam sportowców, którzy co weekend piją i biorą narkotyki, a kiedy przychodzą na badania, koledzy za nich oddają mocz do kubka. Ale są i tacy, którzy całe życie podporządkowują osiąganiu coraz lepszych wyników. Mój ojciec w życiu nie tknął alkoholu. Kiedy ja w trakcie świąt wypiłam kieliszek wina, to trajektorię lotu tego kieliszka zbliżającego się do moich ust śledziła cała rodzina. Przed złym trybem życia ustrzegła mnie też moja antyspołeczna natura, bo ja nie lubię siedzieć w grupie i imprezować co piątek. Nie wysypiam się wtedy. Poza tym nigdy nie chciałam być jak wszyscy. Orzeł szybuje sam, wrony kraczą razem. Koleżankom w szkole, które paliły w toaletach, wyciągałam z ust papierosy. Jak widzę zdjęcia znajomych, którzy w weekend się bawią i zarywają noce, to im współczuję. Sama odczuwam dziką przyjemność, że robię coś innego. Obejrzę na przykład Animal Planet, prześpię 10 godzin, obudzę się wypoczęta. Zamiast imprezować, wolę spełniać marzenia i nagrywać świetne DVD koncertowe. Realizowanie ambicji zawodowych daje mi szczęście, choć też nie jestem święta! Lubię zabawę, ale lubię również o siebie dbać. Najważniejsze to nie popadać w skrajności i zachować równowagę. Mój organizm to mój jedyny dom i nie mogę go zbezcześcić. Ale też umarłabym ze wstydu, gdyby ktoś z moich fanów czy bliskich zobaczył mnie pijaną na jakiejś imprezie. To byłby dla mnie największy wstyd, dlatego przez 18 lat bycia na świeczniku nigdy nie miało to miejsca.

Skąd masz w sobie taką siłę psychiczną?

Nie wiem, zawsze taka byłam. Mama mówi do mnie: „Dorotko, zjedz jagodziankę, zrób sobie raz przyjemność”. A mnie większą przyjemność sprawi to, że sobie odmówię, pójdę poćwiczyć, niż to, że zjem jagodziankę i będę miała pięć minut frajdy. Jestem konsekwentna w swoich wyborach i postanowieniach , nie ulegam presji otoczenia. Zawsze myślę też dalekowzrocznie.

Czy dlatego zdecydowałaś się studiować psychologię kliniczną, mimo że byłaś już znaną piosenkarką?

Pasjonuje mnie ludzki umysł. Dostałam się na studia, moim marzeniem była praca w więzieniu. Najwięksi psychopaci są zazwyczaj bardzo inteligentni i to, co dla nich jest normalne, nam się wydaje kompletnie niedopuszczalne. Mają w sobie pierwiastek geniuszu. A jaką miarą mierzy się różnice pomiędzy geniuszem i wariatem? Miarą sukcesu. Byłam ciekawa takich ludzi.

I co się stało z tymi studiami?

Zakochałam się w moim byłym mężu. Poza tym grałam dużo koncertów, wyjechałam z Radkiem na rok do Izraela. Potem wróciliśmy, zamieszkaliśmy w Krakowie, a studia były w Warszawie. I tak to się skończyło…

Żeby przetrwać w show-biznesie, trzeba mieć skórę nosorożca. Przejmujesz się opiniami na swój temat?

W ogóle mnie to nie interesuje. Jednym z największych wyzwań w życiu jest bycie sobą w świecie, który próbuje sprawić, byś była jak reszta. Poza tym ludzie są tacy, że nawet jak będziesz chodziła po wodzie, powiedzą ci, że to dlatego, bo nie umiesz pływać. Moja matka, kiedy wchodziłam do świata muzyki, powiedziała, że im będę lepsza, tym bardziej będą mnie ciągnęli za kieckę do tyłu. Już wtedy wiedziałam, że nie zamierzam być gorsza, najwyżej sukienka będzie razić prądem. Dzisiaj mam już na sobie zbroję. Co mnie obchodzą komentarze osób, które nie są dla mnie żadnym autorytetem? A jeżeli cudem dotrze do mnie jakaś negatywna opinia, to ona wręcz sprawia mi przyjemność. Mam w sobie ducha sportu. Niech tylko ktoś powie: „Jaka ona głupia, słabo jej to śpiewanie wychodzi”, od razu wtedy nabieram wiatru w żagle i motywuje mnie to, by wszystkim udowodnić, na co mnie stać. Dzięki tej polskiej złośliwości jestem tu, gdzie jestem. Czyli w sumie powinnam podziękować każdemu hejterowi! Spełnianie marzeń to najprzyjemniejszy sposób ignorowania ludzkiej zawiści.

A czyja krytyka mogłaby być dla Ciebie dotkliwa?

Krytyka moich fanów. Bo to dla nich pracuję, przecież nie dla siebie, bo swoje pieniądze już w życiu zarobiłam. No i krytyka ludzi, którzy są moimi idolami, np. chłopaków z Guns N' Roses. Oni akurat zaprosili mnie na swój koncert, więc wiem, że podoba im się mój głos, ale gdyby mi powiedzieli, żebym sobie pośpiewała w domu, byłoby mi bardzo przykro.

Rodzice kiedykolwiek Cię krytykowali?

Tata był moim pierwszym trenerem. Nieraz mówił, że mogłam zrobić coś lepiej. Zresztą oboje z mamą często mnie opieprzali, bo byłam bardzo krnąbrnym dzieckiem, o wszystko się wykłócałam. Ale oni na szczęście próbowali do mnie dotrzeć poprzez rozmowę, a nie nakazy i zakazy. Jak chciałam uciec z domu, to musiałam przedstawić dobre argumenty za i powiedzieć, gdzie będę i kiedy wrócę. (śmiech)

Ale dlaczego w ogóle chciałaś uciekać, skoro w domu było fajnie i rodzice byli w porządku?

Każdy musi raz uciec z domu, żeby wiedzieć, dlaczego chce do niego wrócić. To było super, taka miłosna wyprawa z moim ówczesnym narzeczonym. Chodziło o przygodę...

Wróćmy do pieniędzy. Twierdzisz, że swoje już zarobiłaś. Masz głowę do interesów?

Mój dziadek mówił mi: „Jak nie trzeba, to nawet grosza nie dawaj na zapałki, ale jak trzeba, to zapłać za nie miliony”. I tak właśnie zarządzam swoimi pieniędzmi: jak jest potrzeba, to wydaję, a jak nie, trzymam każdy grosz.

Na co wydajesz?

Na zdrowie, na rodzinę, na komfort życia, na podróże, na przygody – to na koniec z nimi zostajemy. Nic innego do grobu nie zabierzemy. Na moich przyjaciół. Uwielbiam robić im prezenty. Mam nadzieję, że doczekam chwili, kiedy będę przyjaciołom stawiać samochody w kokardach pod drzwiami. To by było super! Poza tym ja nie pochodzę z bogatej rodziny i może to powoduje, że nie chcę tych pieniędzy stracić. Nie chcę też zawieść moich rodziców, nie mogę im powiedzieć, że nie zabiorę ich w podróż z okazji 50-lecia małżeństwa, bo wydałam na Gucciego.

Dużo pieniędzy przeznaczasz na działalność charytatywną?

Od dziecka staję po stronie słabszych. Zawsze, kiedy ktoś był piętnowany, krzywdzony albo niemodnie było się z nim kolegować, stawałam po jego stronie. To dawało mi dużo siły, że mogę kogoś obronić. I chyba mi tak zostało do tej pory. Mogę pomagać, stać mnie na to, więc robię to, tylko kiedy mam czas i możliwość. Czuję się wtedy lepszym człowiekiem. Jeżeli mój jeden koncert, który zagram charytatywnie, uratuje dziecku życie albo kupimy jakiś sprzęt, dzięki któremu będzie mógł oddychać, mogę zagrać dziesięć takich koncertów. Zresztą połowę koncertów gram, żeby moi muzycy mieli z czego żyć, a ja robię to dla zabawy. Koncertowanie to najprzyjemniejszy sposób ignorowania dorosłego życia.

A jak traktujesz swoją przygodę z teatrem? Twój występ w Imce to był epizod czy zamierzasz to kontynuować?

To jest świetna zabawa, bardzo rozwijająca dla muzyków, którzy chcieliby czegoś się nauczyć, bo wymaga koncentracji. To zupełnie coś innego niż gra na scenie, gdzie jest rozgardiasz i często pełna improwizacja, gdzie spontaniczność i błędy są atutem, przynajmniej dla mnie. W teatrze nie ma marginesu na pomyłki, więc jest odmiana.

Gdyby pojawiły się kolejne propozycje, to byś z nich skorzystała?

Gdybym miała czas, na pewno. Myślę, że spektakl, w którym gramy w Teatrze IMKA, „Słownik Ptaszków Polskich” to była najgłębsza woda, na jaką zostałam rzucona. Cały tekst i ogrom tych słów, których musiałam się nauczyć… Każdy, kto przychodzi na sztukę, jest pod wrażeniem. Nie tylko widzowie, ale też profesjonalni aktorzy czy reżyserzy filmowi. Przychodzą, widzą, jak gram, i proponują mi rolę w filmie.

Masz na myśli Patryka Vegę?

Dokładnie. Ostatni raz powtarzam i mam nadzieję, że więcej już nie będę musiała tego robić: Patryk przyszedł na moją sztukę rok temu, zaproponował mi rolę, podpisałam kontrakt, wysłał scenariusz, a potem poróżnił się z produkcją, sprzedał udziały w filmie „Pitbull” i poszedł swoją drogą. Teraz jest nowy scenariusz napisany przez Władysława Pasikowskiego, a produkcja tworzy najlepszą w historii ostatnią część filmu. Zmiany są potrzebne. Nowy reżyser na pewno to udowodni, a z Patrykiem może spotkam się na planie mojej produkcji, zaproponuję mu pracę? Życzę mu jak najlepiej. Mam do niego ogromny sentyment. Pierwszy scenariusz filmowy z moją rolą dostałam właśnie od niego. Do dziś trzymam go w szufladzie. (śmiech)

A co z aktorami, którzy ponoć rezygnują z udziału w filmie „Pitbull”, bo nie będzie reżyserował go Patryk?

Niektórzy mogliby się zabić, spadając z wysokości swojego ego. Nie można zrezygnować z czegoś, czego się nie miało. (śmiech) Ja też zrezygnuję z koncertu z Madonną w przyszłym roku – szkoda tylko, że ona o tym nie wie. Z całym szacunkiem, ale jeżeli chcą grać u jednego reżysera, to trochę tak, jakbym ja śpiewała piosenki tylko jednego kompozytora. To mało rozwijające i niedojrzałe.

I sama zajęłaś się też produkcją filmową.

Bo zobaczyłam, że granie sprawia mi przyjemność I pomyślałam: „No dobra, zagram w tych paru filmach, w których już dostałam propozycje, ale później sama będę robić własne”. Sama. Pokażę nową jakość, nowe twarze, nowych aktorów. Bo u nas jest tak, że ciągle grają ci sami aktorzy. Jestem prawdziwą kinomanką. Chodzę dwa razy w tygodniu do kina. Ale jak oglądam polskie filmy, mam wrażenie, że leci ciągle ten sam serial. Ci sami aktorzy, żadnej świeżości. Gdzie jest takie „Miasto 44”, gdzie są nowe twarze, fantastyczni młodzi aktorzy? Trzeba ich znajdować, trzeba ich pokazywać światu, Polsce. Wiesz, o co chodzi? I ja chcę to robić! Jako producent.

Mówiłaś kiedyś: „Mam talent, wielkie możliwości i zrobię wszystko, żeby zobaczył mnie świat”. A teraz, zamiast robić karierę za granicą, chcesz rozwijać polski film? Zmieniłaś plany?

Kiedyś też mówiłam, że chcę mieć męża i być szczęśliwa. Już nie chcę. Życie zmienia wszystko.

Czyli nie chcesz już robić kariery międzynarodowej?

Od dawna już nie chcę. Obserwuję historie moich zagranicznych koleżanek. Kiedy pomyślę, że gdybym była znana na całym świecie tak jak w Polsce, tobym zwariowała. Nie miałabym dokąd uciec. No chyba że w wannę z heroiną. Nie miałabym żadnego wentyla. A dla mnie teraz najważniejsze w życiu są spokój i harmonia. Żadna pogoń za pieniędzmi, za ambicją, za ego. Jestem już dowartościowana. Zrobiłam w życiu mnóstwo wielkich rzeczy. Jak możesz sobie kupić wszystko, nagle wszystko przestaje cię cieszyć. Jak już zna cię cały świat, to w pewnym momencie marzysz o tym, żeby nie znał cię nikt. Teraz potrzebuję jedynie, by móc wejść w głąb siebie, zasnąć spokojnie, przeanalizować pewne rzeczy, by nie pędzić za jakimiś sztucznymi bodźcami. Nie chcę, żeby życie uciekało mi przez palce albo żeby „poniosły panienkę konie”, wiesz, o co chodzi? Więc po tylu latach doszłam do wniosku, że po co mi to.

A co ze stwierdzeniem: „Marzenia są po to, żeby je spełniać”. To jakie teraz masz marzenia, biorąc pod uwagę, że życie się zmienia i Twój stosunek do wielu rzeczy też się zmienił?

Spełniło się moje największe marzenie, czyli to, że zagram z Guns N' Roses. Dla mnie to rzecz niewyobrażalna! To moi najwięksi idole. Wzdychałam do nich, miałam cały pokój w ich zdjęciach. A oni teraz mnie zapraszają do siebie i będę grała z nimi. To jest dla mnie szczyt marzeń. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie miała też innych. (śmiech) Chciałabym produkować bardzo dobre filmy. Nagrać kolejną dobrą płytę, bo teraz wyprodukowałam całą „Virgin”, wszystkie teledyski i tak dalej, i tak dalej. W tym miesiącu mamy premierę teledysku do piosenki z najnowszej płyty „Sens”. Bardzo smutny i intymny tekst napisałam, ale dzięki temu teledysk jest jednym z najbardziej unikatowych. Koniecznie zobacz moją płytę DVD „Riotka Tour”. Takiego koncertu w Polsce nie widziałaś! Aha, i otwieram klinikę.

Jaką klinikę?

Wszyscy ciągle mnie pytają, co robię, że jestem w takiej dobrej formie. Jeżdżę trochę po świecie, wiem, jak wyglądają różne nowinki, więc postanowiłam otworzyć w Warszawie klinikę witaminową. Nie mogę jednak jeszcze wiele zdradzić, wszystko wyjaśni się w czerwcu. Ale możesz mieć pewność, że to będzie coś fantastycznego! Nie inni, ale ty sam jesteś granicą swoich możliwości. Przekraczaj ją!