GALA: Robi pani w „Tańcu z gwiazdami” prawdziwą furorę…

DOROTA GARDIAS: Sama nie mogę w to uwierzyć, bo jestem pogodynką z krótkim stażem i wielu ludzi może mnie zwyczajnie nie kojarzyć. A mimo to dostajemy z Andrejem bardzo dużo SMS-ów.

GALA: To jego zasługa czy pani?

DOROTA GARDIAS: Myślę, że wspólna. Ja od dziecka jestem obyta ze sceną. Najpierw brałam udział w konkursach piosenki przedszkolnej. Potem śpiewałam z zespołem mojego taty na weselach, a jeszcze później miałam własną rockową kapelę. Podarte jeansy, skórzana kurtka i długie, czarne włosy – tak kiedyś ze mną było. Kariery jako piosenkarka wprawdzie nie zrobiłam, ale poczucie rytmu mi zostało. A Andrej jest wyjątkowym tancerzem i niesamowitym człowiekiem.

GALA: Rzeczywiście jest charyzmatyczny. Pani męża, wojskowego, to nie niepokoi?

DOROTA GARDIAS: Mój mąż jest mądrym facetem, ma do mnie ogromne zaufanie, a w dodatku jest tolerancyjny. Poza tym zna Andreja.

GALA: A co powiedział, kiedy zaczęto spekulować, że ma pani romans z Andrejem?

DOROTA GARDIAS: Bywa, że do Konrada dzwonią koledzy i pytają, czy nie trzeba przypadkiem Andreja „ustawić”. Zdarza się, że to ja odbieram telefon od naszej wspólnej znajomej, która z troską w głosie pyta, czy u nas na pewno wszystko w porządku... Wtedy zaczynam panikować, denerwuję się. A mój mąż mówi: ,,Uspokój się, wyluzuj, przecież to są jakieś bzdury”. W takich chwilach patrzę mu głęboko w oczy i dziękuję za to, że ma takie podejście, a nie inne, bo wiem, że to się rzadko zdarza.

GALA: Kochacie się, ale podobno nie mieszkacie razem.

DOROTA GARDIAS: To prawda. Mój mąż mieszka w Łodzi, bo jako pilot wojskowy pracuje w tamtejszej jednostce. Gdy kończyłam studia w Lublinie, plan był taki, że przyjadę do niego. Potem jednak dostałam propozycję pracy w telewizji TVN i wylądowałam w Warszawie.

GALA: Trudne małżeństwo na odległość.

DOROTA GARDIAS: Nawet bardzo trudne. Myślę, że gdybyśmy nie mieli do siebie takiego zaufania, jakie mamy, i gdyby między nami nie było szczerości, to małżeństwo rozpadłoby się już dawno. Rozmawiamy codziennie i wspieramy się, ale przez telefon to nie to samo co wtedy, gdy ta ukochana osoba jest przy tobie.

GALA: Co jest najtrudniejsze?

DOROTA GARDIAS: Chyba to, że zazwyczaj ze wszystkim muszę radzić sobie sama. A czasami po prostu chciałabym poczuć się kobietką. Żebym nie musiała zmieniać samodzielnie żarówki w samochodzie gdzieś na stacji benzynowej albo mocować się z otwarciem słoika z ogórkami. To są takie proste rzeczy, ale…

GALA: ...one najbardziej bolą.

DOROTA GARDIAS: No właśnie. Najgorzej jest, gdy mąż wyjeżdża na misję pokojową. Już dwa razy był w Iraku i raz w Afganistanie.

GALA: Musiała pani przeżyć horror…

DOROTA GARDIAS: Łatwo nie było. Gdy wyjechał po raz pierwszy, jego kolega zadzwonił do mnie i powiedział, że spadł jakiś śmigłowiec, ale na razie nie ma żadnych dodatkowych informacji. Ja wtedy umierałam ze strachu. Pamiętam, że usiadłam na ławce i cała zaczęłam się trząść. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Ale trudno jest także wtedy, gdy mąż wraca do domu. Bo po sześciu miesiącach spędzonych tylko w męskim towarzystwie staje się bardzo – jak ja to nazywam – rozhukany, to znaczy bardzo głośno się zachowuje. Śmieję się, że wtedy nawet inaczej pachnie. I musi minąć jakiś czas, żeby się uspokoił, wyciszył i żeby przestał w kółko opowiadać o misji. Bo to jest wprawdzie bardzo ciekawe, ale dla osoby, która przez pół roku czekała i cierpiała, bywa drażniące.

GALA: Sama pani tego chciała…

DOROTA GARDIAS: To prawda. Moje koleżanki, gdy widzą, jak przeżywam nieobecność Konrada, pytają: ,,Po co ci to? On tylko wciąż gdzieś lata, a ty siedzisz zamknięta w czterech ścianach i się zamartwiasz. A przecież mogłabyś mieć każdego faceta”. Ale ja nie chcę nikogo innego, bo mój mąż jest absolutnie wyjątkowy. Poza tym ma piękny uśmiech i pasję – latanie. A ja uwielbiam ludzi z pasją.

GALA: Na miejscu pani męża miałabym się na baczności, bo jest pani piękną kobietą, która naprawdę mogłaby mieć każdego mężczyznę...

DOROTA GARDIAS: Może panią zaskoczę, ale to jest nieprawda. Mężczyźni zachowują się wobec mnie z dystansem. Myślę, że się mnie boją, bo nie należę do kobiet, które wdzięczą się i szczebioczą. A co do urody, to kij ma zawsze dwa końce. Uroda bowiem sprawiła, że w przeszłości wielokrotnie zdobywałam tytuły miss. Tylko że potem wszyscy mnie z tym tytułem kojarzyli i wydawało im się, że potrafię tylko ładnie wyglądać i się uśmiechać. Przylepiono mi więc etykietkę „ładna i głupia”. A ja skończyłam pedagogikę przedszkolną. Mam też tytuł animatora i menedżera kultury.

GALA: Była też pani modelką.

 

DOROTA GARDIAS: To prawda, ale zarówno do bycia miss, jak i do modelingu podchodziłam zawsze z przymrużeniem oka. Nie zabiegałam o tytuły ani zlecenia – to zawsze do mnie dzwoniono z propozycjami. A gdy ludzie się emocjonowali, słysząc, czym się zajmuję, spokojnie mówiłam: „Tak, jestem miseczką i modelarką”. Szczerze mówiąc, nie bardzo pasowałam do tego środowiska. Gdy przychodziłam na pokazy mody, to chyba jako jedyna nie byłam ufryzowana, wymalowana i wystrojona.

GALA: Wokół środowiska modelek i wyborów miss narosło wiele legend. Czy pani ktoś składał niemoralne propozycje?

DOROTA GARDIAS: Zazwyczaj trafiałam na fajnych ludzi. Jednak raz pewien pan, z konkurencyjnej firmy organizującej wybory miss, powiedział, że mam zagwarantowaną koronę i kluczyki do samochodu będącego główną nagrodą, pod warunkiem że będę z nim… współpracować. Wyśmiałam go, powiedziałam, że jest idiotą.

GALA: Proszę powiedzieć, ale tak z ręką na sercu – chciałaby pani wygrać „Taniec z gwiazdami”?

DOROTA GARDIAS: Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie. Ale jeśli odpadnę, to nie będzie dramatu. Bo ten program i tak dał mi już bardzo wiele. Wzrosło bowiem moje poczucie wartości, z którym wcześniej różnie u mnie bywało. Mam też więcej pewności siebie. A wszystkie dobre opinie i wsparcie ludzi pozytywnie nastawiają mnie do życia.

GALA: A co potem?

DOROTA GARDIAS: Wrócę do prowadzenia pogody i poczekam na to, co przyniesie los.

GALA: A co mógłby przynieść?

DOROTA GARDIAS: Chciałabym w przyszłości rozwijać się zawodowo. Ale najbardziej marzę o stabilizacji. Bo odkąd pamiętam, żyję na walizkach, pomieszkując najpierw w akademikach, bursach i na stancjach, a teraz w wynajmowanym mieszkaniu. Naprawdę, coraz bardziej brak mi życiowej przystani.