Gala: Umawiamy się tuz przed 15, bo zaraz kończysz pracę. Luksus!

Dorota Gardias: To kwestia dobrej organizacji i planowania. Musiałam wyznaczyć sobie granice między życiem zawodowym i prywatnym. Popołudnia spędzam z córką, 4-letnią Hanią. Wczoraj byłyśmy w Łazienkach, zbierałyśmy kasztany, dokarmiałyśmy wiewiórki i kaczki. To pozwala mi naładować baterie na kolejny dzień. Praca w telewizji jest stresująca. Wymaga życia na baczność: musimy świetnie wyglądać, być w ciągłej gotowości, zachowywać świeżość umysłu.

O której zaczynasz dzień?

Wstaję o 4.30.

Codziennie?!

Bardzo często. Sama maluję się, czeszę  i ubieram. Wszystko przygotowuję dzień wcześniej wieczorem, by rano nie marnować czasu. O 6 wychodzę z domu i pędzę do pracy. Kończę o 12.30, potem mam chwilę dla siebie. Załatwiam różne sprawy. O 15.30  odbieram Hanię z przedszkola. Wracamy  do domu i jemy obiad, który przygotowuję. Od niedawna obowiązuje u nas nowa zasada spędzania wolnego czasu, którą umownie nazwałyśmy „free time”. Samodzielna zabawa jest ważna dla rozwoju dziecka.

Czyli już nie tylko: Hania, Hania, Hania. W końcu zaczęłaś też myśleć  o sobie.Hania wciąż jest priorytetem, ale staram się znaleźć czas na własne pasje. Wróciłam na przykład do śpiewania, popołudniami ćwiczę także gitarowe solówki. Czytam książki, które zawsze mam pod ręką, albo po prostu odpoczywam, patrząc, jak Hania się bawi. Ale często jest też tak,  że po prostu zakopujemy się w poduszkach na kanapie z miską pistacji i kubkami herbaty i oglądamy kolejną część „Harry’ego Pottera”.

Szybko zaczęłaś żyć po swojemu, pracować, zarabiać własne pieniądze. To kwestia wychowania czy silnego poczucia niezależności, które w sobie miałaś?

Od ósmej klasy podstawówki prawie do końca studiów jeździłam  z zespołem taty na wesela, na których śpiewaliśmy. Do dziś pamiętam te przeboje, „Kawiarenki” czy „Pod papugami”. (śmiech) Zarabiałam w ten sposób na swoje wydatki: opłacałam stancję, kupowałam książki. Niestety cierpiała na tym nauka. Zdarzało się, że wracałam do domu w nocy z niedzieli na poniedziałek, a następnego dnia o 8 byłam w szkole.

Rodzice nie protestowali?

Postawili warunek, że mogę pracować, jeśli nie zaniedbam szkoły. Motywowali mnie do nauki i do pracy. Gdybym mogła cofnąć się  do tamtych czasów, niczego bym nie zmieniła, bo wiele się dzięki  temu nauczyłam. Przede wszystkim odpowiedzialności, zaradności  i przedsiębiorczości.

Kiedy Ty ciężko pracowałaś, Twoje rówieśniczki imprezowały i korzystały z uroków młodości.

Ale ja też co weekend byłam na imprezie, i to takiej do białego rana, chociaż pod czujnym okiem taty. (śmiech) Często śpiewałam na weselach koleżanek. Świetnie się bawiłam, przy okazji zarabiając pieniądze.

A nie wstydziłaś się, że pracujesz  z tatusiem?

Mój tata Marian jest zapalonym rockand- rollowcem, wszystkie koleżanki mi go  zazdrościły! Oboje kochaliśmy muzykę,  a wspólna praca sprawiła, że mogliśmy więcej czasu spędzać razem.

Córeczka tatusia?

Aż tak to nie, chociaż tacie podobało się, że mam poczucie rytmu i słuch muzyczny. Lubił się tym chwalić przed znajomymi. Mama nie do końca to rozumiała.

Była zazdrosna o Waszą relację?

Zazdrosna nie, ale ostatnio powiedziała, że do dziś nie ma pojęcia, jak potrafiłam cokolwiek przeczytać z nut. Mamie bra- kuje wyobraźni muzycznej, wymyślenie jakiejś melodii to dla niej abstrakcja, a ja nie mam z tym problemu.

Pamiętasz, na co wydałaś pierwsze zarobione pieniądze?

Na hamburgery! Przed moją szkołą stała buda, w której sprzedawano najlepsze na świecie hamburgery. Co poniedziałek zapraszałam na nie koleżanki. Potem, kiedy byłyśmy już starsze, spotykałyśmy się wieczorami na piwo! (śmiech)

Czy dzisiaj jesteś idolką dla nastolatek z Tomaszowa Lubelskiego, z którego pochodzisz?

Idolką? Nie, ale myślę, że jestem tam lubiana. Ludzie cieszą się z mojego sukcesu, czego najlepszym dowodem może być impreza zorganizowana w centrum Tomaszowa podczas finału „Tańca  z Gwiazdami”. Zamknięte ulice, telebim, na którym transmitowano ten odcinek… Gdy moje notowania spadały, wszyscy wyciągali telefony i wysyłali SMS-y, żebym tylko wygrała.

Jesteś lubiana, bo nie budujesz dystansu, nie zachowujesz się jak gwiazda.

Czasami, gdy odwiedzam rodziców w Tomaszowie, chodzę po mieś- cie luźno ubrana, zazwyczaj w dżinsach, trampkach i T-shircie.  Mama, zanim wyjdę z domu, mówi: „Poczekaj, ale może jakoś się  lepiej ubierzesz”. A ja odpowiadam, że nie jestem przecież w telewizji i chcę się czuć swobodnie. Chcę, by ludzie widzieli we mnie zwyczajną dziewczynę, choć siła telewizji i tak robi swoje. Czasami tylko słyszę, jak coś szepczą na mój temat, albo wstydzą się podejść pogadać. Wtedy sama przejmuję inicjatywę i zawsze jest bardzo miło.

Jak wyglądają te spotkania?

Na przykład kilka lat temu przyjechałam do rodziców porsche, które wygrałam w „Tańcu z Gwiazdami”. Ich sąsiad, mały chłopczyk, podszedł do mnie i zapytał, czy mógłby zobaczyć, jak samochód wygląda w środku. Otworzyłam dach, a potem przewiozłam go po osiedlu. Siedział spięty, ale na koniec powiedział: „Prosę pani, spełniło się moje mazenie”. Bardzo się wtedy wzruszyłam.

Dzisiaj jesteś kobietą z wielkiego miasta. Pamiętasz ten moment: przyjeżdżasz do Warszawy, wysiadasz na dworcu  z jedną walizką i...

I jestem przerażona! Mam w kieszeni 400 złotych. Taksówkarz,  który wiezie mnie z dworca na zgrupowanie Miss Polonia, każe zapłacić za kurs 300 złotych. Katastrofa, tragedia, trauma. Nie wiem, co ze sobą zrobić, przecież nikogo tu nie znam. To wspomnienie było na tyle traumatyczne, że obiecałam sobie wtedy, że nigdy nie zamieszkam w Warszawie. Potem zaproponowano mi posadę prezenterki pogody w Dwójce. Byłam nawet na dwóch próbach nagraniowych, ale atmosfera panująca w redakcji skutecznie wybiła mi  z głowy pomysł, by przyjąć tę pracę.

Większość dziewczyn w Twoim wieku zacisnęłaby zęby  i za wszelką cenę walczyła o karierę.

Nie umiałabym zrobić czegoś wbrew sobie. W pracy najważniejsza jest atmosfera, a tę tworzą ludzie. W TVN spotkałam wiele młodych, fajnych osób z dobrą energią. Kiedy pojawiłam się tu po raz pierwszy, od razu poczułam, że to miejsce dla mnie.

Rodzicom podoba się, że żyjesz jak nowoczesna, samodzielna kobieta?

Myślę, że o wiele bardziej szokowałam, między innymi swoim strojem, gdy mieszkałam w Tomaszowie. Lubiłam się wyróżniać. Nosiłam na przykład chustkę z frędzlami, które przypominały dredy.  Do tego duże srebrne kolczyki, ostry makijaż i podarte spodnie.  Dzisiaj wolę się bardziej ukryć. Błyszczę na ekranie, podczas wieczornych wyjść i na galach, które zdarza mi się prowadzić. W życiu codziennym nie szukam ekstrawagancji. Po prostu zależy mi na spokoju.

Mówisz, jakby wielkomiejskie życie Cię rozczarowało...

Rozczarowało mnie tempo, które czasem przyprawia o zawrót  głowy. W Tomaszowie na pewno żyje się spokojniej. Warszawa  to ciągły ruch, konieczność przemieszczania się, duże odległości, korki. Ale są też plusy. Więcej możliwości spędzania wolnego czasu, rozwoju, pracy.

A show-biznes Cię nie rozczarował?

Zawsze lubiłam pracę przed kamerą, mikrofonem. Od dziecka śpiewałam, tańczyłam w Zespole Pieśni i Tańca „Roztocze”. Scena to moje miejsce, ale przez moment byłam rozczarowana tym,  co się wokół mnie dzieje. Bo popularność to nie tylko przywileje, ale też plotki, hejt, ogromny stres. Albo nauczysz się funkcjonować w tym świecie, albo zwariujesz.

Co najlepiej Cię mobilizuje?

Trema. Sprawia, że zawsze jestem czujna i popełniam mniej błędów. A praca w telewizji bywa nieprzewidywalna. Pamiętam, jak zapowiadałam pogodę po głównym wydaniu „Faktów” i nagle zniknęły wszystkie mapy… Opanowałam stres  i poradziłam sobie bez nich.

Przyjaźnisz się z ludźmi z pracy?

Z kilkoma osobami jestem blisko. Słowo „przyjaźń” wiele dla mnie znaczy i mam oddane grono przyjaciół od lat, większość z nich nie pracuje  w mediach. Mimo że poruszamy się po różnych zawodowych orbitach, potrafimy świetnie się  bawić i dogadywać. Jesteśmy spontaniczni,  zwariowani i zawsze możemy na siebie liczyć!

Kim są Twoje przyjaciółki?

Moją bratnią duszą jest lekarka Monika Dzięgielewska, to wspaniała, bardzo podobna do mnie dziewczyna. Czasami śmiejemy się, że jesteśmy jak siostry. Tak samo myślimy, reagujemy w różnych sytuacjach i mamy podobne podejście do życia. Przy okazji wiem, że moja córka jest w rękach najlepszego okulisty w Polsce. Kasia Domeracka to mój drugi dobry duch. Znamy się od ponad  roku, przeżyłyśmy wspaniały czas w progra- mie „Azja Express”. Ten wyjazd pozwolił nam  poznać się w innych okolicznościach niż zwykła codzienność.

Często się widujecie?

Kiedy tylko to możliwe. Nie mamy problemu,  by w godzinę zaplanować wyjazd do Rzymu i już kilka dni później cieszyć się tym pięknym miastem. Ostatnio wymyśliłyśmy rytuał wspólnego gotowania u mnie w domu w każdą środę. Najpierw przyrządzamy jedzenie, rozmawiamy przy kuchennej wyspie. Potem, o 21.30, zasiadamy przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinek „Azja Express”. Na głos komentujemy to, co dzieje się na ekranie, a ja opowiadam o kulisach.

Podróż do Indii Cię zmieniła?

Na pewno sprawiła, że zmieniłam swoje podejście do gromadzenia przedmiotów. Teraz im mniej ich wokół mnie, tym czuję się szczęśliwsza. Mam więcej przestrzeni, powietrza. Przez ten miesiąc, który spędziłam w Indiach, uświadomiłam sobie, jak niewiele mi potrzeba do życia. Po powrocie zrobiłam selekcję ubrań, kosmetyków i butów, większość rozdałam tym, którym się przydały.

Lubię się z Tobą spotykać, masz w sobie dużo luzu i spontaniczności. Zastanawiam się, jak udało Ci się to zachować, skoro pracujesz w branży, w której trzeba być ciągle na wysokich obrotach, żeby nie wypaść z obiegu.

Wszystko się zmieniło po narodzinach Hani. Wcześniej miałam tylko pracę, nic poza tym. Wstawałam rano, jadłam śniadanie i jechałam do redakcji. Mogłam bez wyrzutów  sumienia podróżować po Polsce, często brałam dodatkowe dyżury. To był fajny moment i wiem, że dobrze go wykorzystałam. Potem wystąpiłam w „Tańcu z Gwiazdami” i doświadczyłam hejtu, na który nie byłam przygotowana. Dostałam po tyłku, ale to też była dobra lekcja dla mnie. Teraz wiem, że w życiu liczy się przede wszystkim rodzina,  harmonia oraz spokój.

Co na to wpłynęło?

Przez wiele lat żyłam na 200 procent, prawie nie spałam. Paraliżował mnie stres, czułam się odpowiedzialna za wszystko i wszystkich dookoła. Doprowadziłam organizm do takiego stanu, że zaczęłam chorować, byłam na miesięcznym zwolnieniu. Tempo życia, stres, przejmowanie się wszystkim i wszystkimi dookoła sprawiło, że ciało przestało nadążać za duszą. Musiałam się zatrzymać i spojrzeć na życie z innej perspektywy.

Stanęłaś z boku i...

Zaczęłam się zastanawiać: za czym tak gnam? Dlaczego wszystkim się przejmuję i skupiam na rzeczach nieistotnych? Teraz mój świat jest bardziej harmonijny i lepiej poukładany, mimo że w domu częściej panuje bałagan... (śmiech) Ale to też świadczy o tym, że dałam sobie więcej luzu.

Na czym się teraz skupiasz?

Na rodzinie, przyjaciołach. Ludziach, którzy są ze mną niezależnie od wszystkiego. Cieszę się tym, co mam: domem, pięknym ogrodem, w którym sama uprawiam warzywa. Lubię, gdy rano budzi mnie śpiew ptaków. To drobiazgi, ale w końcu dostrzegam, ile one znaczą.

Kiedy Hania się urodziła, mówiłaś mi, że mogłabyś teraz żyć bez pracy, bez pasji. Nie boisz się, że macierzyństwo za bardzo Cię pochłonęło?

Gdybym została zwolniona z pracy, umiałabym jakoś wypełnić tę lukę. Może zaczęłabym śpiewać? Natomiast rzeczywiście nie jestem w stanie wyobrazić sobie świata bez Hani. Nie należę do matek wariatek, które są sfokusowane tylko na dziecko. Życie, tak jak pizza, składa się z różnych kawałków: związek, dziecko, praca, pasje i trzeba to wszystko dobrze połączyć.

A kiedy, jako matka, jesteś na siebie zła?

Na przykład dzisiaj, gdy muszę wyjechać na dwa dni do pracy i nie będę się widziała z Hanią.

Stresują Cię takie rozłąki?

Bardzo, z wielu powodów. Lubię mieć kontrolę, chociaż zrozumiałam już, że ciągłe poczucie obowiązku może doprowadzić człowieka do szaleństwa. Kiedyś nie brałam w ogóle pod uwagę, że mogłabym zostawić Haneczkę na kilka dni. A teraz, oczywiście, tęsknię i martwię się, chociaż wiem, że przecież nic złego jej się nie dzieje.

Jak to w sobie wypracowałaś?

Ten proces trwa. Bycie mamą to ciągłe troski i obowiązki. Każdy dzień przynosi mi kolejne wyzwania, z którymi muszę się zmierzyć. Nie przestanę się martwić, myśleć i planować, ale też nie robię sobie wyrzutów, gdy potrzebuję trochę czasu dla siebie. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Wszędzie musi być równowaga.

Dzięki córce stałaś się mniej rozrzutna?

Rzeczywiście, kiedy zaczęłam więcej zarabiać, chodziłam do drogich butików, musiałam się tym trochę nacieszyć. Ale szybko  mi przeszło. Teraz poluję na okazje – kupuję ładne rzeczy w outletach. Staram się też  odkładać pieniądze na czarną godzinę. Wiem, ile kosztuje edukacja, a zależy mi  na tym, by Hania mogła się rozwijać i chodzić do najlepszych szkół.

Masz dobry kontakt ze swoją mamą?

Świetny, ale ostatnio jesteśmy na etapie uniezależniania się. (śmiech)

To jak Ty i Hania! Ile razy dzwoniłaś  w tym tygodniu do mamy?

Dwa? Kiedyś konsultowałam z nią wszystko, radziłam się w każdej, nawet najbardziej błahej sprawie. Teraz mam większy dystans, chyba odcięłam już pępowinę.

Nie chcesz jej obciążać swoimi problemami?

Uważam, że rodzice są na takim etapie swojego życia, kiedy potrzebują spokoju, czasu dla siebie – na odpoczynek czy pasje. Uwielbiają chodzić na grzyby, potrafią zbierać je całymi dniami. Mieszkają daleko, więc nie odwiedzamy się tak często, jak by tego chcieli, ale że są postępowi, widzimy się codziennie dzięki nowym technologiom.

Jesteś teraz mniej zestresowana, a przez to szczęśliwsza?

Cholernie! Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałabym ci: „No…  jestem”. Dzisiaj wiem, że jestem prawdziwą szczęściarą!