Od ponad 20 lat kojarzy się Polkom z kosmetykami, pielęgnacją, urodą. I z klasą. Wygląda znakomicie, jak reklama rodzinnej marki. Rozmawiamy na werandzie jej stuletniego domu, który odnawiała ponad trzy lata. Wokół tylko zieleń i biel. Białe są ściany, mury i kwiaty w ogrodzie; we wszystkich możliwych odcieniach bieli. Ale wyłącznie bieli. Bo konsekwencja to główna zasada wszystkich działań Doroty Soszyńskiej.

GALA: Pamiętam, jak kilkanaście lat temu dała mi pani wizytówkę z napisem „mgr sztuki”. Ciekawe, co robi w kosmetycznym świecie artystka – pomyślałam wtedy.

DOROTA SOSZYŃSKA: Byłam pianistką, muzyka była moją pasją. Od podstawówki muzycznej po studia w AM na wydziale wychowania muzycznego i fortepianu. Zwrot nastąpił, gdy poznałam Wojtka, mojego przyszłego męża. Wraz ze swoim ojcem, Ignacym Soszyńskim, prowadził rodzinną firmę. Byli pasjonatami, żyli tylko pracą. Musiałam dokonać wyboru.

GALA To było słynne nazwisko już w PRL-u, w czasach pierwszych firm polonijnych.

DOROTA SOSZYŃSKA: Mój teść – przedwojenny przedsiębiorca z prawdziwego zdarzenia – przez ponad 30 lat miał w Maroku fabrykę kosmetyków i olejków eterycznych. Był inżynierem chemikiem, studiował kompozycje zapachowe w Grasse – prowansalskim zagłębiu zapachów. Do dziś mamy po nim bezcenną bibliotekę kosmetyczno-perfumeryjną, z wieloma białymi krukami. Po wejściu do takiej rodziny można albo pracować razem, albo być outsiderką. Teść był od lat wdowcem. Najpierw zaproponował, żebym towarzyszyła mu w spotkaniach biznesowo-towarzyskich. Potem zlecał mi drobne zadania, prosił, abym zorientowała się, jakie są trendy, pytał: „Co sądzisz o tym zapachu?”. Trwało trochę, zanim połknęłam bakcyla, a muzyka zeszła na drugi plan. W końcu najważniejsza stała się dla mnie firma.

GALA: No i straciliśmy pianistkę.

DOROTA SOSZYŃSKA: Nie wiem, czy byłabym wielką pianistką. Na pewno pozostałabym przy muzyce. Ale znalazłam nową pasję, z której mam tyle satysfakcji, że chyba nie żałuję. Muzykę kocham nadal. Towarzyszy mi na co dzień, uwrażliwia na kolory, formę, piękno. Nauczyła mnie też dyscypliny, bo muzyka to precyzja. Każda nuta ma swoje znaczenie. Moje wykształcenie okazało się ogromnym atutem. Dało mi do myślenia, że największa francuska projektantka wnętrz Andrée Putman jest pianistką po Akademii Muzycznej, jak ja.

GALA: Mąż w rozjazdach, córka w Paryżu, rodzice w Sopocie – tam, gdzie fabryka. Chyba nieczęsto widuje pani całą rodzinę?

DOROTA SOSZYŃSKA: Jesteśmy w rozjazdach, ale staramy się jak najwięcej czasu spędzać razem. Nicole studiuje architekturę na prestiżowej uczelni w Paryżu. Jestem z niej dumna, choć bardzo za nią tęsknię i bardzo się o nią martwię.

GALA: Córka będzie kiedyś pracowała w rodzinnej firmie?

DOROTA SOSZYŃSKA:: Mówi, że nie będzie. Chce najpierw zdobyć doświadczenie, coś sobie udowodnić. Przypomina mi to drogę córki Caroliny Herrery. Nie chciała przez wiele lat słyszeć o pracy z matką. Kręciła filmy, jeździła po świecie. Podczas pobytu w Polsce wyznała mi: „Moim największym błędem było to, że tak późno zaczęłam pracować z matką”. Widać musiała dojrzeć i dorosnąć.

GALA: Gdzie naprawdę jest pani miejsce?

DOROTA SOSZYŃSKA:: Im więcej podróżuję, tym bardziej jestem pewna, że jest nim Warszawa. Mimo że od 20 lat mam dom w Brukseli, a moja córka mieszkanie w Paryżu, gdzie często bywam. Ale to w Polsce są moi rodzice, moje korzenie, mój dom.

GALA: W podwarszawskim Konstancinie.

DOROTA SOSZYŃSKA: To od niedawna. Kocham też Bałtyk i Sopot, gdzie się wychowałam i gdzie moi rodzice mają dom.

GALA: I gdzie poznała pani swojego męża.

DOROTA SOSZYŃSKA:: To historia banalna i niezwykła jednocześnie. Od dzieciństwa, od znajomych rodziców słyszałam o panach Soszyńskich, którzy mają największą fabrykę kosmetyków w Afryce Północnej. Pewnego dnia zaprosili nas na przyjęcie. Miałam 16 lat, mój przyszły mąż kilka lat więcej. Zobaczył mnie grającą na fortepianie, chwilę posłuchał i oznajmił przyjaciołom: „To będzie moja żona”.

GALA: Scena jak z powieści „Duma i uprzedzenie” Jane Austen.

DOROTA SOSZYŃSKA: Kiedy już studiowałam, dowiadywał się, co u mnie słychać. Ja byłam w Sopocie, on mieszkał w Casablance.

GALA: Zaprosił panią do Maroka?

DOROTA SOSZYŃSKA: Próbował, ale wtedy dla nastolatki taki wyjazd był abstrakcją. Konsekwentnie czekał, tak samo postępuje w interesach. Zjawił się, kiedy kończyłam studia. Włosy do ramion, wysokie buty, jak do bryczesów, kurtka typu safari. Opalony, rzemyki wokół nadgarstków. W Polsce nikt się wtedy tak nie ubierał. Miłość do Afryki w nim została, zawsze za nią tęskni. Jak lądujemy gdzieś w Europie, mówi: „Europa nie pachnie. Afryka wibruje i pachnie przyprawami, cytrusami, miętą i kwiatem pomarańczy!”. Mnie też brakuje tego zapachu. Dlatego ciągle wracamy do Azji, Afryki. Ostatnio, gdy szliśmy brzegiem morza, rozpostarł ramiona i powiedział: „Tu jestem ptakiem”.

GALA: W środowisku uchodzą państwo za świetne małżeństwo. Żadnych skandali, plotek, pełna harmonia. Pozazdrościć.

DOROTA SOSZYŃSKA: Może dlatego, że wszystko budowaliśmy razem. Niedawno chcieliśmy obejrzeć wiadomości, ale coś razem szykując, zaczęliśmy rozmawiać. Jak włączyliśmy telewizor, okazało się, że już dawno po głównych serwisach informacyjnych. Nie zauważyliśmy, jak minęły trzy godziny! Nie ma nic gorszego, kiedy małżeństwo z długim stażem nie ma sobie nic do powiedzenia. My wciąż potrafimy się cieszyć swoją obecnością.

GALA: Kiedy gra pani na fortepianie Steinway – prezencie od rodziny?

 

DOROTA SOSZYŃSKA: Wieczorami, bo gra jest dla mnie najlepszym relaksem. Lubię klasyków wiedeńskich, Haydna, Mozarta, impresjonistów, szczególnie Debussy’ego. Często grywam dla bliskich. Dla siebie gram „Sonatę księżycową” Beethovena. Piękną, mroczną i tajemniczą.

GALA: W gabinecie zauważyłam atlasy do ćwiczeń.

DOROTA SOSZYŃSKA: Bardzo rzadko na nich ćwiczę. Wolę jeździć na rowerze po łąkach i lesie, lubię kontakt z naturą. Chodzę też na szybkie spacery z moją labradorką. Dla niej to frajda, dla mnie, po najbardziej stresującym dniu, dogoterapia.

GALA: Jaki smak ma sukces?

DOROTA SOSZYŃSKA: Słodki ze szczyptą goryczy. Jak zapach Black XS Paco Rabanne. Wychodzę z założenia, że sukces nie jest dany raz na zawsze, o czym często zapominamy. Ja pamiętam. Może dlatego, że w ciągu tych 27 lat było kilka zakrętów i trudnych chwil. Dziś do wszystkiego mam większy dystans. Życie nauczyło mnie cierpliwości, najważniejsza jest dla mnie rodzina. Lubię poranki, gdy dom jeszcze śpi. Czasami zdarza mi się pójść do ogrodu i ściąć jedną białą różę. I nic mi więcej do szczęścia nie trzeba. Oprócz kawy, róża w prostym wazonie sprawia mi wielką przyjemność podczas śniadania.