Znany pisarz Oscar Wilde powiedział, że pierwszą część życia marnują nam rodzice, a drugą dzieci. Prawda?

KATARZYNA GROCHOLA: Judyta też to wymyśliła: kiedy żyć, skoro najpierw trzeba się troszczyć o dzieci, a potem o rodziców?! Kiedy jest czas dla kobiety? Ale w naszym przypadku uważam, że nikt nikomu nic nie marnuje.

DOROTA SZELĄGOWSKA: Gdyby tak było, to mam przechlapane, ponieważ rok po wyprowadzeniu się z domu urodziłam dziecko. Jak mi tylko matka przestała marnować życie, pojawił się następny agresor (śmiech).

KATARZYNA: Miałam podobnie. A Dorota od szesnastego roku życia wkładała sobie poduszkę w brzuch i mówiła, że będzie miała wcześnie dziecko.

DOROTA: Marzyłam o dorosłości! Zupełnie niesłusznie (śmiech). Wyprowadziłam się z domu tuż po maturze. Potem wróciłam na sekundę, bo się okazało, że nie stać mnie na wynajmowanie mieszkania. A potem wyprowadziłam się już na stałe. Z własną rodziną, własnym dzieckiem. Wyszłam za mąż, ale nie na długo…

Kasia też wcześnie wyszła za mąż.

KATARZYNA: Miałam 21 lat. Małżeństwo też nie trwało długo.

DOROTA: Od 18. roku życia zarabiałam pieniądze. W telewizji prowadziłam „Rower Błażeja”, a potem byłam wydawcą tego programu. Wielka szkoła życia i przygoda – w ręce młodych ludzi oddano antenowe 50 minut w czasie najwyższej oglądalności. Dostałam tę pracę po castingu.

Mama o nim wiedziała?

DOROTA: Nie. Rano, po mojej urodzinowej imprezie wykopali mnie na niego przyjaciele. Więc kiedy parę lat temu prowadziłam „Pytanie na śniadanie” i pojawiły się komentarze: „Mamusia jej załatwiła”, śmiałyśmy się z mamą, bo akurat było odwrotnie. To ja załatwiłam mamie pierwsze wejścia na antenę.

KATARZYNA: Kiedy pierwszy raz przyszłam do TVP z książką „Nigdy w życiu”, panie mówiły: „Ach, to pani jest mamą Dorotki!”.

W Waszej książce Dorota pisze: „Życie z Matką było, jest i będzie największą przygodą”. Na czym polega ta przygoda?

DOROTA: Na absolutnej nieobliczalności matki.

KATARZYNA: Nie, Dorotko, przepraszam cię bardzo. W końcu cię wychowałam.

DOROTA: Pozwól, że odpowiem. Na huśtawce nastrojów od absolutnego zachwytu po poczucie absolutnego bezsensu. A za chwilę to, co było bez sensu, staje się fantastyczne. Nigdy nie wiadomo, jak się ta amplituda rozłoży – czy na minutę, godzinę czy na dni. Więc to też jest przygoda, bo nie wiadomo, na jaki stan mamy się trafi. W ciągu kwadransa wszystko się może zdarzyć!

KATARZYNA: I się zdarza.

DOROTA: Kiedy zaczął się remont mamy domu, rano była w świetnym humorze. Przyjaciółka wykupiła jej fantastyczne spa w Bryzie i nazajutrz miały tam jechać. Przyjeżdżam do mamy, a ona blada jak ściana mówi, że chce umrzeć i nigdzie nie pojedzie, bo zginął jej talizman (śmiech).

KATARZYNA: Nie talizman, tylko ukochany naszyjnik. I nienawidzę wyjeżdżać – dopóki rzecz jasna nie wyjadę – więc postanowiłam, że nie jadę.

DOROTA: Szukamy talizmanu, rozwalamy wszystko. A mama: „Mam gdzieś ten wyjazd, pokryję wszystkie koszty…”. Wtedy ja: „Naprawdę mamo, chcesz zapłacić za tygodniowy pobyt w Bryzie, nie jadąc tam?!”. O 23.23 dostaję od mamy SMS-a: „Znalazłam wisior w miednicy”. A ja na to: „Dobrze, że nie w kolanie. To znak, że przeżyjesz”.

KATARZYNA: Nie przywiązuję wagi do talizmanów, odkąd zginęło mi oczko – piękny opal, z pierścionka, który w 1974 roku dostałam od ojca. Byłam wtedy przekonana, że stanie się coś złego. I tak też było. Przyrzekłam sobie, że już nigdy nie pomyślę, iż cokolwiek zależy od rzeczy. Przywiązując wagę do tej rzeczy, projektujemy rzeczywistość.

Nieobliczalność matki może zachwiać poczuciem bezpieczeństwa dziecka... Czy tak czasem było?

DOROTA: To chwieje mną cały czas. Przygoda niesie ze sobą różne emocje. Jest w nią wpisane ryzyko, jakieś zakręty, rzeczy niebezpieczne. I życie z moją mamą jest przygodą, która ma różne odcienie.

KATARZYNA: Ale bezpieczną.

DOROTA: Czasem tak. Czasem irytującą, a czasem tak zabawną, że pokładamy się ze śmiechu. Nudno nie jest. Nie mogę np. powiedzieć,że wiem, co matka by w danej sytuacji powiedziała. Prócz jednej sytuacji – gdy idziemy do restauracji. Zawsze wtedy mówi, że to, co ja zamówię, będzie lepsze niż jej i każe mi to sobie oddać.

KATARZYNA: A to jest nieprawda...

Wzruszająca i zabawna jest Wasza książka, zwłaszcza kiedy córka przejmuje kontrolę nad życiem, a matce już wszystko wolno. Tak właśnie jest?

DOROTA: A co ja teraz robię? Ciągle wyjmuję matce palce z ust.

KATARZYNA: Czekam, aż mi powie: „Widzisz, ile tu jest zarazków?!” (śmiech). Moja córka ma głębokie przekonanie, że się zatrzymałam na siedemnastym roku życia. Otóż nie. Jestem dorosłą, dojrzałą kobietą.

DOROTA: To być może jedno z twoich alter ego. I to jedno jest dorosłe, a obok ma grupkę siedemnastoletnich pensjonariuszek.

KATARZYNA: Nie jest jej łatwo mnie okiełznać. Przez lata chodziłam na terapię, więc się nie obrażam i chętnie oddaję mojej córce myśl przewodnią, że teraz ona rządzi (śmiech).

DOROTA: Są takie momenty, mamuś, kiedy trzeba cię wziąć za frak.

KATARZYNA: Ale to ja sama biorę siebie za frak.

DOROTA: Nie. Pozwalasz mi na to.

 

KATARZYNA: Czasem tak. Córka bardzo mi pomogła dwa lata temu, gdy miałam trudne przeżycia. Mieszkałam u niej przez parę dni, a ona się mną opiekowała. Zajęła się mną jak dorosła osoba drugą dorosłą osobą, a przypadkowo byłyśmy matką i córką.

DOROTA: I o tym mówię, że są takie sytuacje… Masz też taką przypadłość, że czasem nic złego się nie dzieje, a ty się nakręcasz… I wtedy trzeba tobą wstrząsnąć, tak jak kiedyś dawało się policzek, żeby ktoś się uspokoił.

KATARZYNA: No tak. Nie byłabym chyba pisarką, gdybym była spokojna, mało emocjonalna. Jeden telefon, rozstanie, miłość, przykrość potrafi mnie kompletnie załatwić. Ale nie na długo.

„Mamo, dlaczego ty mnie zawsze chcesz skompromitować?” – pyta w książce córka. Kiedy między Wami pojawiło się słowo „kompromitacja”?

DOROTA: Było chyba jednym z pierwszych, jakie zaczęłam wypowiadać: mama, tata i… kompromitacja (śmiech). Ludzie nie powinni robić kompromitujących rzeczy.

KATARZYNA: Ale przeżyłaś mój „Taniec z gwiazdami”.

DOROTA: Ani razu nie widziałam, jak tańczysz…

Wiadomo dlaczego: z powodu nadmiaru alkoholu i papierosów...

KATARZYNA: Dorotka bardzo mnie wspierała. Mówiła, że nie boi się mojej kompromitacji, tylko tego, że umrę (śmiech). A przecież mogę umrzeć w każdej innej sytuacji.

DOROTA: Jednak wolałabym, żebyś tego nie zrobiła na antenie.

Dorota, czekając po „Tańcu z gwiazdami” na mamę, czuwała przy zapalonej lampce...

DOROTA: Tak było. Raz mama wróciła nad ranem i przez dwie godziny opowiadała Adamowi jakieś niewiarygodne historie. Rano schodzę na dół, a ona już ubrana, wychodzi na śniadanko ze znajomymi. I zaczyna mi coś opowiadać, chichocząc co chwila. Tylko że ja nic nie rozumiem. Poczułam się tak, jakby moja siedemnastoletnia córka wróciła z obozu i opowiadała mi o kolegach i zielonej nocy, używając przy tym slangu, którego ja już nie znam, bo jestem za stara (śmiech).

KATARZYNA: Za to moja córka, jeżeli się pojawi w naszym pobliżu jakikolwiek mężczyzna, natychmiast krzyczy: „Antosiu, BABUNIA chciałaby…” (śmiech). Niezależnie od tego, czy to jest Janek Kliment, mój nauczyciel tańca, czy znajomy znajomych, ona musi natychmiast zaznaczyć, zaklepać. Gdyby była wilkiem, znaczyłaby teren…

A za co córka podziwia mamę?

DOROTA: Za to, że w chaosie, w którym żyje, wszystko jej się udaje. Bo jest królową chaosu. A mimo to wydaje książki, utrzymuje przyjaźnie. Podziwiam ją też za przetrwanie. Bo wszystko inne: talent, inteligencja, urok – z tym się człowiek rodzi.

KATARZYNA: O tak, za przetrwanie też siebie podziwiam. A Dorotę – za umiejętność bycia w związku, czego ja się dopiero uczę. I za trafność wyborów. Zawsze dokonywała lepszych wyborów życiowych niż ja. I za to, że jest wspaniałą matką. Że umie coś, czego ja nie umiałam. Być może – troszkę się pocieszam – coś jednak umiałam, bo inaczej ona byłaby inna…

DOROTA: Byłaś najlepszą matką, jaką mogłaś być.

KATARZYNA: To jasne, ale my zawsze miałyśmy problem z granicami. A kiedy teraz na nią patrzę, dziwię się, jak wiele można osiągnąć łagodnością.

DOROTA: Miałam przyjemne dzieciństwo. I nie zniszczył tego ani rozwód rodziców, ani rak mamy, ani „piekielny” ojczym, tragiczna postać w naszym życiu. To oznacza, że matka musiała zrobić dla mnie coś fenomenalnego. Ile razy myśmy się przeprowadzały? Ze 20? 21?

KATARZYNA: 24.

DOROTA: To mnie nauczyło, że dom jest tam, gdzie jest mama.

KATARZYNA: Gdzie my jesteśmy. Pamiętam, jak zostałyśmy wyrzucone z naszego domu. Dorotka niosła klatkę ze szczurem, ja prowadziłam ją za rękę i trzymałam psa. Byłyśmy bez pieniędzy, dokumentów, komputera. Nie miałyśmy nawet na bilet na kolejkę, więc szłyśmy pięć kilometrów do najbliższych przyjaciół. Powiedziałam, że świat się zawalił, nie mam już nic. A ona stanęła, powiedziała: „Mamo, przecież masz mnie!”. I uderzyła mnie prawda, której nie widziałam.

DOROTA: Nie byłam znów wtedy taka mała, żebyś mnie trzymała za rękę. Miałam 16 lat.

KATARZYNA: To nie było kurczowe trzymanie dziecka. Pomyślałam: „Boże, przecież mam ją!”. I tylko zapytałam, gdzie chce mieszkać. Powiedziała, że tutaj. Więc wybudowałam mały domek i dalej już było jak w książce.

Rozmawiacie ze sobą o facetach?

DOROTA: Nie. Tylko ja krytykuję partnerów mamy. Ona ma umiejętność przyciągania do siebie i zakochiwania się w facetach, którzy są niegodni tego, żeby nawet na nich patrzyła.

KATARZYNA: Ostro poszłaś (śmiech).

DOROTA: I wpada w to jak siedemnastolatka, a potem nie da się jej z tego wyciągnąć. Dla ciebie najlepszy byłby taki partner, którego ty byś kochała, który by kochał ciebie i nic więcej nie chciał.

A czego matka życzy córce?

DOROTA: Ona mi życzy ślubu, żeby sama go mogła wziąć.

KATARZYNA: Chcę, żeby była szczęśliwa. Ale jeśli będzie szczęśliwa z tym, że będzie nieszczęśliwa, to chcę, żeby wiedziała, czego chce. I żeby to ona decydowała, jakie marzenia mają jej się sprawdzać. Mam nadzieję, że w tym, czego ona chce i co ją spotka, będzie miłość, życzliwość, przyjaźń, sukces, harmonia.

DOROTA: I co ja po takim oświadczeniu mogę powiedzieć?

KATARZYNA: Facet, który by mnie kochał – to świetne życzenie. Przy tym zostań, bo wszystko inne mam.

 

KATARZYNA GROCHOLA - Urodziła się w Krotoszynie, mieszkała w Poznaniu, potem w Warszawie. Zanim została pisarką, była salową, maszynistką, korektorką w wydawnictwie, dyrektorem składu celnego, konsultantką w biurze matrymonialnym i redaktorką w dziale listów. W wieku 30 lat, przeszła chorobę nowotworową. Autorka bestsellerowych powieści, m.in. „Przegryźć dżdżownicę” „Nigdy w życiu”, „Serce na temblaku”, „Ja wam pokażę” i „Zielone drzwi”. Za dramat „Pozwól mi odejść” i monodram „Kot mi schudł” otrzymała nagrody w konkursie dramaturgicznym. Córka Dorota Szelągowska, wnuk Antoś.

DOROTA SZELĄGOWSKA - Dziennikarka, projektantka wnętrz, scenarzystka („Moja krew”, pierwsza edycja „Tańca z gwiazdami”). Prowadziła m.in. „Rower Błażeja”, „Pytanie na śniadanie” oraz „Dietosferę” (Kuchnia.tv.) Zrealizowała kilka teledysków. Narzeczona pianisty i kompozytora Adama Sztaby, mama dziesięcioletniego Antosia. Prowadzi program „Dach nad gwiazdami” w telewizji DOMO.