Kiedy była małą dziewczynką, zamiast lalek wolała piłkę nożną. Dlatego jest w niej coś z chłopczycy. Jednocześnie jest gejzerem ciepła. Od dzieciństwa marzyła, by pracować w radiu – jak jej mama. W końcu jednak trafiła do telewizji i stała się medialną osobowością. Jedyne, co ją przeraża, to nuda. Boi się rutyny. Dlatego jest nieprzewidywalna. Dla siebie samej też. Do restauracji wpada punktualnie i oczywiście zziajana. Pod pachą książki (z czego jedna jej własna – „Arytmia uczuć”, wywiady z Januszem L. Wiśniewskim). Świetny makijaż, czerwone paznokcie, dżinsy i kozaki na bardzo wysokim obcasie. Przyciąga wzrok, wzbudza ciepłe uśmiechy. Oznajmia, że nie znosi owoców morza, gdyż frustruje ją spoglądanie czerwonej krewetce w czarne oczka. Zamawia więc sałatę.

GALA: Co to jest piękno?

DOROTA WELLMAN: Piękno ma na imię Jakub i jest moim synem. A tak na serio nie ma żadnego wzorca piękna. Piękne są chwile. Umiem zachwycać się chwilą. Jest to pewnego rodzaju zboczenie, bo ono powoduje, że się zagapiam. Ostatnio na przykład zachwyciłam się wystawą w budce warzywnej. Wokoło tak brzydko, mokro, a ja kontemplowałam idealnie ułożone mandarynki, pomarańcze, limonki, cytryny i myślałam, ile jest wspaniałych kolorów w naturze! Potrafię zatrzymać się przy psie przywiązanym przed sklepem, bo wydał mi się piękny.

GALA: Pies piękny, ale czy sklep?

DOROTA WELLMAN: Warszawska architektura jest przepiękna. Ponieważ chodzimy z głowami zwieszonymi w dół albo wpatrzeni w superluksusowe butiki, w ogóle nie widzimy tego, co nad nami. Jak się idzie ulicą Mokotowską, można zobaczyć nad głową ogromnego anioła w formie pięknego nagiego mężczyzny. Na barkach dźwiga balkon, a skrzydłami obejmuje tych, którzy są na dole.

GALA: Nie onieśmiela cię przechodzenie pod nim?

DOROTA WELLMAN: Pamiętaj, że to anioł! Poza tym organ nieużywany zanika i on ma TO właśnie w zaniku... Dolinka Szwajcarska jest piękna ze starszymi ludźmi siedzącymi tam na ławkach w południe. Piękne są łąki na Ursynowie, gdzie bażanty wyskakują spod nóg i można dostać zawału na ich widok. Warszawska Praga, wraz z fioletowymi twarzami jej mieszkańców, też jest piękna, tylko trzeba się jej bardzo uważnie przyjrzeć. Jest mnóstwo pięknych miejsc dookoła, a my pędzimy do przodu bez opamiętania i dlatego tego nie widzimy.

GALA: To pięknoduchostwo. Normalny człowiek o 12 w południe pracuje, a nie podziwia starców na ławeczkach.

DOROTA WELLMAN: Nie mam samochodu, więc dużo chodzę i patrzę.

GALA: Na pytanie o piękno bez zastanowienia odpowiedziałaś, że to twój syn. Kolejna mama zakochana w swoim synku?

DOROTA WELLMAN: Uważam, że nie ma nic piękniejszego niż miłość matki do dziecka i nie ma co się z tym ukrywać. Wszystko, co robię w życiu, robię dla niego.

GALA: Oj, chyba skończysz jak toksyczna matka?

DOROTA WELLMAN: Ja toksyczna?! Nie!

GALA: Skoro tak bardzo kochasz syna, możesz być upiorną teściową.

DOROTA WELLMAN: Nie zamierzam wyjątkowo kochać mojej synowej, bo ma ją kochać mój syn.

GALA: Rozpieszczasz Kubę?

DOROTA WELLMAN: Nie uważam, że dzieci trzeba krótko trzymać. Nie biegam za nim, gdacząc, i nie zagarniam skrzydełkami do zagrody. To, co mnie w środku rozpiera i jest miłością do dziecka, to jedno, a zasady, które w naszym domu obowiązują, to inna sprawa. Potrafię się z moim synem pokłócić, powiedzieć mu, co o nim myślę, i żądać od niego rzeczy, które powinien zrobić. On też wymaga ode mnie pewnych zachowań, porozumienia. To już jest właściwie dorosła relacja. Kuba skończył 15 lat i ma swoje zdanie.

GALA: Jesteś przygotowana na bunt nastolatka?

DOROTA WELLMAN: Jeszcze nie dojechaliśmy do tego przystanku, ale już mamy słowne potyczki. My z mężem o coś Kubę prosimy, a on w bardzo inteligentny i interesujący sposób uzasadnia, dlaczego tego nie zrobi. I nie należy się wtedy wkurzać. Uważam, że pępowinę należy powoli odcinać. Może będzie mniej bolało niż raptowne rozerwanie?

GALA: Kuba uprawia japońską sztukę walki kendo. Nie boisz się o niego?

DOROTA WELLMAN: Że mam w domu groźnego samuraja?! Nie. Fajnie, że wybrał sobie własną pasję. Kuba i tak jest już przez nas zakażony. Czyta gazetę codzienną, namiętnie ogląda wiadomości. U nas są zawody, kto pierwszy dopadnie porannej prasy. Komandosi rzucają się na gazety codziennie przed śniadaniem! Mój syn zarażony jest miłością do kina. Myślę, że te pasje, które mieliśmy mu przekazać, już przekazaliśmy. Fajnie, że ma coś swojego. Skupił się na poznawaniu obyczajowości innego narodu. Poznając Japonię, uczy się czegoś ważnego – tolerancji. Kuba już wie, że jeśli czegoś nie rozumie, to nie znaczy, że musi to nienawidzić. Kendo uczy także zasad postępowania z przeciwnikiem i posłuszeństwa wobec przełożonego – sensei. Piękne jest to, że uczy się nie tylko postawy, ale i honorowych zachowań, np. że nie wolno uderzać kogoś w plecy. Prawdziwy samuraj walczy, patrząc przeciwnikowi w oczy.

GALA: Co myślisz, słysząc określenie „piękni inaczej”?

 

DOROTA WELLMAN: Ja jestem piękna inaczej. Gdybyście wymyślili kiedyś plebiscyt „Gala najbrzydsi”, byłoby to cudowne, bo to fascynująca kategoria. Nominowałabym Marcina Prokopa, który jest piękny inaczej, bo tam, gdzie ja się kończę, on się dopiero zaczyna. Piękny jest Borys Szyc, który nie ma włosów, a przecież ma tyle uroku! Mój ukochany Tomek Sapryk, wybitny aktor, nie jest jak Gregory Peck, ale w kategorii inteligencja, dowcip i urok osobisty zgarnąłby wszystkie statuetki. Mierzenie ludzi według piękności jest głupie, bo na to nie mamy wpływu.

GALA: Platon uważał, że piękne równa się dobre.

DOROTA WELLMAN: Za dobro należy nagradzać. I za mądrość. Wszystkie nagrody należą się profesorowi Bartoszewskiemu.

GALA: Znasz ofiary manii bycia pięknym?

DOROTA WELLMAN: Tak. To są ludzie, którzy zamartwiają się swoją twarzą, biodrem, piersią. A ja się martwię, czy swoją pracą zarobię na lekcje angielskiego dla Kuby. Czy Kuba wyrośnie na porządnego człowieka. Czy ja komuś w życiu nie zrobiłam krzywdy. Czy nie palnęłam żartu, który kogoś dotknął. Raczej rozważam ważniejsze rzeczy niż moje biodra. Trzeba sobie to jasno powiedzieć: dookoła są nasze ofiary. To my, dziennikarze, ponosimy odpowiedzialność za to, że ci, którzy nie są najpiękniejsi, czują się gorsi.

GALA: Mam wrażenie, że prowadzisz swoją własną wojnę. Chcesz pokazać, że grube jest fajne.

DOROTA WELLMAN: Patrzę w lustro i widzę się bardzo dokładnie: jestem okrągła. Mam słowiańskie rysy, czyli okrągłą gębulę, nieco kartoflany nos i pierwsze zmarszczki. Bo jestem po czterdziestce i one muszą się pojawić.

GALA: A może walcząc ze zmarszczkami, walczymy z przemijaniem?

DOROTA WELLMAN: Ale ono jest nieuchronne. Nic na to nie poradzę, że ja maleję, a mój syn robi się coraz większy. Nie przeskoczymy tego żadnym naciągnięciem, żadnym botoksem. Nie przeskoczymy ani śmierci, ani czasu. Uważam, że czas gra na moją korzyść, że z wiekiem jestem fajniejsza. Durną pałą byłam za młodu! Brzydsza byłam i pusta. Teraz się sobie bardziej podobam.

GALA: A kiedy się sobie najbardziej podobałaś?

DOROTA WELLMAN: Gdy byłam zakochana. Oczy błyszczą, inaczej się chodzi, oddycha.

GALA: Urodzenie dziecka zmieniło twój stosunek do ciała?

DOROTA WELLMAN: Źle znosiłam ciążę. Byłam potwornie gruba. Czułam się jak beczka. A jednocześnie czułam się jak świątynia. Cały czas mnie fascynowało, jak to jest możliwe, żeby w człowieku zmieścił się drugi człowiek. Chodziłam z godnością od pierwszego tygodnia ciąży i czułam w sobie pewien rodzaj boskości. Świeciłam w ciemności. Potem nafaszerowano mnie hormonami, żeby tę ciążę utrzymać. Ale to, że byłam monstrualnie gruba, nie miało dla mnie znaczenia wobec faktu, że będę miała dziecko.

GALA: Kiedy czujesz się uduchowiona?

DOROTA WELLMAN: Kiedy jeżdżę do klasztoru w Tyńcu.

GALA: A co ty tam robisz?!

DOROTA WELLMAN: Dla niewtajemniczonych – klasztor w Tyńcu, położony nad Wisłą, tysiącletnie mury, mądrzy zakonnicy. Ostoja. Miejsce, które jak czakram promieniuje duchowością. Przyjeżdżam tam, żeby mi rozum wrócił na miejsce. Rozstrzygam ważne kwestie. Jestem przekonana, że Bóg tam bywa. Mam nadzieję, że wtedy, gdy ja tam bywam.

GALA: Tak lekko opowiadasz o tym, że umiesz siebie zaakceptować, ale nie wierzę, żeby czasami nie było ci ciężko.

DOROTA WELLMAN: Ciężko jest, gdy dostaję telefon i nieznana osoba mówi: „Taka gruba nie powinna występować w telewizji. Jest tyle ładnych kobiet. Czemu ty, grubasie?”. Czuję się wtedy, jakby mnie ktoś wtrącał do gazu.

GALA: Czego u siebie nie lubisz?

DOROTA WELLMAN: Że się szybko wkurzam. Jestem tsunami emocji.

GALA: Praktykujesz sztukę powściągania emocji?

DOROTA WELLMAN: Tak. Kopię w ścianę. To mi zastępuje medytację.

GALA: Kosztowne.

DOROTA WELLMAN: Trzeba czasem przemalować ściany.

GALA: Ostro mówisz, walczysz z uprzedzeniami. Które wydają ci się najbardziej w Polakach zakorzenione?

DOROTA WELLMAN: To, że homoseksualista jest źródłem wszelkiego zła. Często dostaję ochrzan, że w programie goszczą ludzie tej orientacji.

GALA: Gdyby twój syn przyszedł i obwieścił, że woli chłopców?

DOROTA WELLMAN: Zmartwiłabym się. Co nie znaczy, że wyrzuciłabym go z domu i nie chciałabym z nim rozmawiać. Nadal bym go kochała i szanowała jego partnerów.

GALA: Kto z twoich rozmówców dał ci najwięcej?

DOROTA WELLMAN: Najbardziej na moim życiu zaważyła rozmowa z profesorem Bardinim. On nie był chętny do komplementów, ale powiedział: „A ty, Wellman, nawet gdybyś spała, to dasz radę”. To był czad. Uwierzyłam w siebie.

GALA: Czego się wstydzisz?

DOROTA WELLMAN: Płaczu. I tego, że parę razy zachowałam się brzydko wobec innych ludzi.

GALA: Nie jesteś purystką językową.

DOROTA WELLMAN: Zdarza mi się na antenie powiedzieć „dupek”.

GALA: Psujesz w ten sposób język.

DOROTA WELLMAN: Nie. To grzeczni politycy zdezawuowali parę ważnych słów.

GALA: Czyli według ciebie język także służy do bicia.

DOROTA WELLMAN: Tak, można w ten sposób niejednemu przyłożyć. Ale trzeba się liczyć z tym, że zapachnie koło nas palonym moherem.

GALA: Szczerość zawsze popłaca?

DOROTA WELLMAN: Nie. Kiedyś się na tym przejechałam, bo szczerze powiedziałam mojej przyjaciółce, że nie powinna wychodzić za tego faceta, za którego wyszła.

GALA: Kiedy czujesz się lekka?

DOROTA WELLMAN: Uwielbiam latanie samolotami. Mam odlot bez środków uzależniających, a mój diler nazywa się pilot. Miałam też poczucie lekkości, kiedy przeszliśmy z telewizji państwowej do TVN.

GALA: Kiedy czułaś się maleńka jak okruszek, ziarenko?

DOROTA WELLMAN: Gdy byłam w obserwatorium astronomicznym w Meksyku. Tam są ogromne teleskopy. Było mi dane zobaczyć wszechświat tysiące lat świetlnych stąd. Pomyślałam sobie, że ja dla nich nawet nie jestem ziarnkiem maku ani drobiną kurzu. Jestem niczym.

GALA: Kiedy masz doła?

DOROTA WELLMAN: Kiedy mam wpadki zawodowe, problemy rodzinne. Siedzę wtedy w pozycji „abonent jest chwilowo niedostępny” i warczę nawet na psa.

 

GALA: Co mogłabyś robić, gdybyś nie pracowała w telewizji?

DOROTA WELLMAN: Świetnie sprzątam. Wyszkoliłam się w Finlandii i Wielkiej Brytanii. Jestem dobra w dużych powierzchniach, znam się na polerowaniu podłóg. A na serio, dobrze się sprawdzam po drugiej stronie kamery.

GALA: Najgorsza wpadka na wizji?

DOROTA WELLMAN: Przeklęłam, bo nie wiedziałam, że jestem na wizji.

GALA: Jak syn na to reaguje?

DOROTA WELLMAN: Cytuje Marcina Prokopa: „Oj, chyba trzeba zmienić proszki”. Ale chyba się cieszy, że ma matkę wariatkę, a nie nudziarę, która stoi nad nim i truje. Kiedyś tak przedstawił naszą rodzinę: „Tata fotograf, matka wariatka i pies”.

GALA: Jesteś sybarytką?

DOROTA WELLMAN: Oj tak! Jestem też surykatką. To takie głupiutkie zwierzę, które wyskakuje z piasku i przygląda się światu. Ma śmieszną mordkę i uwielbia swoją rodzinę. Surykatka to ja. Uważam, że moje życie jest tak krótkie, że muszę z niego korzystać. Za chwilę mnie nie będzie, a raczej będę gwiezdnym pyłem i nawet przez lunetę w Meksyku nikt mnie nie zobaczy. Mnie, gwiezdnej surykatki.