Moje pierwsze wspomnienie wiąże się z dniem św. Mikołaja. Zgodnie z panującą we Lwowie i w całej Galicji tradycją przychodził on nocą 6 grudnia i zostawiał prezenty obok łóżka. Wcześniej pisało się do niego listy z prośbami i zostawiało je na parapecie. U nas okna były podwójne, między szyby mama wkładała specjalną poduszkę, żeby za bardzo nie wiało chłodem. To był wałek z waty obszyty jedwabiem w złotym kolorze, po kilku dniach osiadała na nim sadza. Właśnie tak to zapamiętałem: złoty wałek ze śladami sadzy, na którym kładłem list do Świętego Mikołaja. Ten obraz tkwi w mojej głowie jak fotografia. Nie umiałem jeszcze wtedy pisać, dyktowałem list niani. Była Ukrainką, więc robiła błędy. Rodzice czasem wykorzystywali tę sytuację: jeśli uznali, że moje zachcianki przekraczają granice rozsądku, tłumaczyli, że niania zrobiła błąd i dlatego Mikołaj pomylił prezenty. Ale najczęściej dostawałem to, co chciałem: kolejkę, organki. Kiedyś obudziłem w nocy cały dom, grając na organkach. Innym razem dostałem latarkę, w jej świetle czytałem nocami książki pod kołdrą. 

Obraz rodziców z tamtych wczesnych lat? Widzę ich z perspektywy dziecięcego łóżeczka, kiedy wracają z balu. Zawsze przynosili mi wtedy słodycze, więc nasłuchiwałem ich kroków. Mama w futerku, sukni balowej, oboje obsypani confetti, pachnący mrozem, bo zimy były ostre. Wyglądali zjawiskowo. Ojciec przystojny, mama bardzo piękna – do dziś mam ich zdjęcia. Oboje kończyli seminarium nauczycielskie i wtedy się poznali. Kiedy byłem jeszcze bardzo mały, mama zachorowała na szkarlatynę i na skutek powikłań ogłuchła. Nie mogła już uczyć. Dzięki temu ja z kolei nauczyłem się mówić głośno i wyraźnie, przydało mi się to potem w moim zawodzie. Ojciec dostał propozycję objęcia posady urzędniczej w dyrekcji Poczt i Telegrafów we Lwowie. Szybko awansował na radcę. Wówczas państwo płaciło urzędnikom lepiej niż kiedykolwiek. Byłem chłopcem grzecznym i potulnym. Moja siostra miała dokładnie odwrotny temperament niż ja. Opowiadano w rodzinie, jak stała w kojcu, pokazywała palcem na moje misie, a kiedy podawałem jej zabawkę, natychmiast ją niszczyła. A ja, pokornie, jak uniżony sługa, godziłem się na wszystkie jej kaprysy. Przez całe dzieciństwo wojowaliśmy, a kiedy dorośliśmy, wszystko się unormowało i mamy dobre relacje. 

 

Kilka razy się przeprowadzaliśmy. Pamiętam mieszkanie w Śródmieściu w trzypiętrowym secesyjnym, eleganckim budynku, który stoi tam do dziś. Jeszcze przed wojną, w 1938 roku, wprowadziliśmy się do mieszkania mieszczącego się w domu, który należał do mojej ciotki. To była nowa dzielnica i nowoczesne jak na owe czasy budownictwo. Z naszej kuchni można było zobaczyć całą panoramę Lwowa, bo dom stał na wzgórzu (jest ich we Lwowie siedem, podobnie jak w Rzymie). Pamiętam, jak potem patrzyłem z tego okna na niemieckie samoloty bombardujące miasto. Miałem osiem lat, kiedy wybuchła wojna. Straciłem poczucie bezpieczeństwa. Okupację przeżyliśmy biednie, pamiętam, że na któreś urodziny mama dała mi kromkę chleba z masłem posypaną cukrem – to było jako tort, o którym nawet nie mogliśmy marzyć. 

Pewnego dnia na wiosnę 1944 roku (miałem wtedy 13 lat) ojciec wrócił z pracy wcześniej i powiedział, że natychmiast musimy się pakować, możemy wziąć cztery walizki, za pół godziny przyjedzie po nas samochód. Okazało się, że wśród ludzi z komórki AK, do której należał, zaczęły się aresztowania, ostrzegł go jego kierownik, Niemiec. Wystawił nawet dokument, że udziela ojcu urlopu z powodów zdrowotnych. Mam to pismo do dziś. Uciekliśmy na wieś. Najbardziej z tej ucieczki martwiło mnie to, że jest 20 kwietnia, urodziny Hitlera, i będzie nowa seria znaczków, a ja ich nie będę miał. Poza tym nie zabrałem ze sobą domowego projektora do wyświetlania bajek na ścianie i urządzania domowych seansów kinowych. To był mój prawdziwy skarb. Ale rodzice tłumaczyli, że na wsi nie ma prądu. Poza tym mieliśmy za kilka tygodni wrócić. Na wsi rzeczywiście nie było prądu, ale my już nigdy nie wróciliśmy do naszego domu we Lwowie.