GALA: Obrazy Dwurnika zawsze się podobają?

EDWARD DWURNIK: Ostatnio miałem stresującą sytuację. Klientka nie zaakceptowała portretu, który jej namalowałem. Powiedziała, że jest straszny. Krzyczała: „Jak można przedstawić kobietę w taki sposób?!”. Okropnie się zdenerwowałem. Mam taką markę, że ona powinna zaakceptować mój obraz, nawet gdybym namalował ją z wąsami, fajką i bez oka.

GALA: Najbardziej zdumiewający model?

EDWARD DWURNIK: Artur Sandauer. Kiedy mi pozował, zasłonił twarz książką. Ale ja znałem go z telewizji, więc i tak go namalowałem.

GALA: Kiedy pan ogląda obrazy innych malarzy, to co pan czuje?

EDWARD DWURNIK: Zdarzyło mi się kiedyś podniecić przed obrazem. W Muzeum Narodowym są dwa portrety kobiet, które – chociaż nie są to akty, tylko postaci ubrane – mają w sobie taką magię, że nie mogę się im oprzeć.

GALA: I przychodzi pan do nich jak do realnych kobiet?

EDWARD DWURNIK: Wpadałem do muzeum trochę tak jak do kochanek. Odwiedzałem te niewiasty, kiedy byłem w liceum, ale także później, na studiach. One są w stałej ekspozycji. W ogóle nie byłem zainteresowany, kto to namalował, tak mnie te kobiety przyciągały.

GALA: A płakał pan przed obrazem tylko dlatego, że jest piękny?

EDWARD DWURNIK: Zdarzyło mi się płakać, gdy oglądałem wspaniałe sale w Luwrze, gdzie jest Tintoretto i Tycjan. Nawet nie wiem, o co w tych obrazach chodziło. Magia koloru mnie rozklejała.

GALA: A płacz z zazdrości, że to nie pan namalował?

EDWARD DWURNIK: Kiedy oglądam dobrą wystawę, dobre malarstwo, to nie tyle jestem zazdrosny, co się mobilizuję. Dostaję napęd do pracy. Wtedy rzucam wszystko, idę do domu i maluję.

GALA: Największa cena, jaką zapłacił pan za swoje malarstwo?

EDWARD DWURNIK: Starałem się unikać sytuacji, które by mnie wmanewrowały w zaułek bez wyjścia. Nie popadłem nigdy w krańcowy alkoholizm, w uzależnienia czy nawet pracoholizm. Ratuje mnie to, że bardzo dbam o spłacanie rachunków. W życiu nie wziąłem zaliczki. Mam dwie karty kredytowe, ale są cały czas w szufladzie. Przy moich 65 latach jestem szczęśliwy z moją Elunią i mogę wciąż dużo pracować.

GALA: Ale przecież malarz musi cierpieć i być szalony!

EDWARD DWURNIK: Nie wchodzę w mroczne sytuacje. Dlatego rozstałem się z żoną, z którą byłem 35 lat. Staram się obracać wśród ludzi pozytywnych. Jak wyczuwam, że dzieje się coś niedobrego, to od razu się wycofuję i uciekam.

GALA: A może gdyby pana życie było dramatyczniejsze, malowałby pan jeszcze lepsze obrazy?

EDWARD DWURNIK: Nieee, to są mity. Niektórzy twierdzą, że po narkotykach pisze się lepszy wiersz. Robiłem takie eksperymenty i wiem, że nie jest to prawda.

GALA: Ale eksperymenty z dragami to jest zupełnie coś innego niż przejście przez wewnętrzne piekło.

EDWARD DWURNIK: Wewnętrzne piekło na pewno istnieje, ale ja przed nim uciekam. Każdy chciałby być piękny, zdrowy, bogaty i sławny. Ale niestety, zęby się psują. Jest jaskra czy reumatyzm. I to wystarczy za całe piekło.

GALA: Odszedł pan od swojej żony, żeby uratować swoje malarstwo i siebie?

EDWARD DWURNIK: Można tak powiedzieć. Musiałem zmienić otoczenie i pokolenie. Ela, moja obecna towarzyszka życia, poznała mnie z zupełnie innymi ludźmi, miejscami.

GALA: Nie ma pan z tego powodu wyrzutów sumienia?

EDWARD DWURNIK: Dlaczego? Nie mam. Ja nie mogłem iść za tą „piękną panią”…

GALA: Za kostuchą?

EDWARD DWURNIK: Za kostuchą, która mnie wołała.

GALA: To zdanie brzmi strasznie cynicznie.

EDWARD DWURNIK: Może jestem cyniczny. Wziąłem przykład z Picassa. Kiedy on już miał pełen dom, wtedy go opuszczał.

GALA: Zostawia pan kogoś, z kim szedł przez całe życie, bo zaczyna panu przeszkadzać? To okrutne!

EDWARD DWURNIK: Przeszkadzać to złe słowo, raczej wstrzymywać, ograniczać. Stanąłem przed ścianą i musiałem coś zmienić. Nie miałem wsparcia, za to dostawałem coraz więcej krytyki.

GALA: Każdy, kto się decyduje na życie z artystą, musi brać pod uwagę, że w jakiś sposób będzie wykorzystywany?

EDWARD DWURNIK: Myślę, że tak. Twórczość jest strasznie zaborcza. Artyści podporządkowują sobie wszystko i są w tym okropni, beznadziejni. Niszczą wszystkich dookoła. Ja jednak aż tak bardzo nie wykorzystuję. Zauważyłem też, że po naszym rozstaniu moja była żona – rzeźbiarka – znalazła siłę, żeby funkcjonować jako artysta. Zajęła się fotografią.

GALA: Czym różnią się facecimalarze od malarek? Jaka powinna być malarka?

EDWARD DWURNIK: Najlepiej jak ma zrośnięte brwi i lekki wąsik. Zaborcza i odważna kobieta jest dobrą malarką. Najlepiej, żeby była z karabinem i fiutem.

GALA: Pana córka, Pola, która również maluje, też ma karabin?

EDWARD DWURNIK: Oczywiście! I to widać w jej twórczości.

GALA: Czuje się pan lepszym facetem, bo jest pan malarzem?

EDWARD DWURNIK: Jak podrywałem dziewczynę, to zawsze miałem więcej szans, gdy wiedziała, że maluję.

GALA: Są obrazy, których pan nie znosi?

EDWARD DWURNIK: Namalowałem bardzo dużo obrazów, które mi nic nie dały, na przykład cały cykl „Robotnicy”. To są okropne obrazy, które powstały w strasznych czasach depresji komunistycznej.

GALA: Ależ one ekscytowały Polaków! Były dla polskiej inteligencji bardzo ważne!

EDWARD DWURNIK: Ludzie to lubili, ale ja nie. To te sentymentalne czasy, kiedy nie było szynki.

GALA: Kocha pan Polskę?

 

EDWARD DWURNIK: Teraz to nie mam wyjścia – muszę ją kochać. Już nie wyjadę na stałe do Nowego Jorku, bo jestem za stary. A tu nic się nie zdarzy. Niedługo powstanie Muzeum Sztuki Współczesnej, w którym będą upychać różne dziwne rzeczy. Może nawet moje obrazy. Moja córeczka Pola, która jest malarką, mówi, że to nie jest czas dla nas, że malarstwo jest zapomniane, że teraz najważniejszy jest pomysł, „drucik wystający ze ściany”. Ela, moja towarzyszka życia, mówi, że teraz panuje styl „KO-KO”: KOncept i KOntekst. Dlatego ja sobie cichutko siedzę i maluję. Staram się sprzedać jak najwięcej obrazów w sklepach – bo nasze galerie funkcjonują jak sklepy. Nie ma polityki artystycznej: ani państwowej, ani prywatnej. Na świecie są targi sztuki, ale Polacy tam nie istnieją. Poza Sasnalem, który miał szczęście.

GALA: Dlaczego pan nie istnieje za granicą?

EDWARD DWURNIK: Jest opinia, że poza Łabą nie ma sztuki. Jesteśmy zaściankiem. Ja jestem superzaściankowy. Maluję cienkim pędzelkiem na dużym płótnie jakieś opowiadanka, że pan prezydent na placu Piłsudskiego przyjmuje defiladę czołgów. Toż to przecież jest zaścianek! Kogo to obchodzi?!

GALA: Ależ autoironia! Tak pana męczę o tę Polskę, bo chcę ustalić, czy pan się czuje patriotą?

EDWARD DWURNIK: To straszne słowo! Skompromitowane przez kretynów z polityki. Ale jeśli mam być szczery, to mój patriotyzm to jest kochanie moich kiboli. I kochanie tych kobiet w kolorowych pismach, które po Photoshopie wyglądają identycznie.

GALA: Można namalować dobry portret lub akt, nie wchodząc w żadną relację z modelem?

EDWARD DWURNIK: Mnie się zdarzało na studiach, kiedy po raz pierwszy widziałem nagie modelki, że nie mogłem pracować. Ale później zobaczyłem, że ta modelka ma podbite oko, bo mąż jej przyłożył, że to jest normalny człowiek. A normalny człowiek ze swoimi problemami to już nie jest obiekt do zachwytu.

GALA: Obiekt mówiący przestaje być podniecający?

EDWARD DWURNIK: Zależy, jak mówi. Gdy relacjonuje swoją przygodę, że policja ją złapała i że musiała siedzieć w izbie wytrzeźwień, i nie zdążyła się umyć, i teraz musi pozować, i jeszcze by się napiła piwka – to wcale nie jest podniecające. Ignoranci pytają, czy jak modelka jest ładna, to później ją „ten tego, no wiesz”... Tu nie będę zaprzeczał.

GALA: Namalował pan ostatnio cykl „Polskie Madonny” przedstawiający nagie dziewczyny w ciąży.

EDWARD DWURNIK: Od dawna chciałem malować akty kobiet. To jest taka delikatna materia, trudne światło i kolor. Akt jest najtrudniejszy. Malując te dziewczyny, odkryłem, że są szczęśliwe i pełne niepokoju zarazem. Ciekawa mieszanka. Bardzo często, gdy taka osoba pozowała trzy godziny, nadchodził moment, że zaczynała myśleć o swoim życiu. Jak się wyłączy komórkę i zaszyje w pracowni malarza, ma się czas na pobycie ze sobą sam na sam. Jedna modelka przespała całe pozowanie, ale za to miała niesamowity sen.

GALA: Czy jest ktoś, kogo – mimo chęci – nigdy nie udało się panu namalować?

EDWARD DWURNIK: Nie odważyłem się namalować papieża. Trzy razy próbowałem, ale musiałem obraz zamalować... Kogoś takiego bardzo trudno oddać w malarstwie. To są takie sprawy metafizyczne.

GALA: To jest dla pana duży problem?

EDWARD DWURNIK: O, właśnie tak. Z metafizyką sobie nie radzę. Jestem realistą.

GALA: Wielkie waginy to też realizm?

EDWARD DWURNIK: Tak, bo seks jest naturalny. Nie widzę problemu w tym, że maluję ludzi z dużymi waginami i fiutami.

GALA: Czym jest dla pana seks?

EDWARD DWURNIK: Nie wiem... Seks jest nagrodą za to, że się spędziło piękny dzień, za to, że się namalowało fajny obraz, że się zjadło dobry obiad. Jest fantastycznym dopełnieniem dnia.

GALA: A czy może być ucieczką od rzeczywistości?

EDWARD DWURNIK: Nie. Wtedy jest nienaturalny, jest jakiś substytutem. Seks u mnie jest dopełnieniem, nagrodą, spełnieniem. Bez żadnych dramatów.

GALA: Mnie się jednak wydaje, że pan nie lubi kobiet. Na przykład Kazimierę Szczukę namalował pan w obrzydliwy sposób.

EDWARD DWURNIK: Naprawdę?! Ja kocham kobiety! One muszą mieć jakiś charakter, dlatego czasami są przerysowane. Kazia bardzo mi się zawsze podobała, więc może jakoś w ten sposób chciałem zwrócić jej uwagę na siebie. A może to wynika z tego, że czasami boję się kobiet? Kobiety dominują nad światem, nade mną.

GALA: Miał pan kryzysy?

EDWARD DWURNIK: Największy kryzys twórczy miałem chyba w latach 80. Ale nawet jak mam kryzys, to maluję. Nie mogę przestać. Również wtedy, gdy pojechałem do Nowego Jorku, na Hawaje czy do San Francisco, to zawsze po jakimś czasie kupowałem sobie akwarelki i malowałem plac Zamkowy.

GALA: Ile najdłużej wytrzymał pan bez pędzla?

EDWARD DWURNIK: Może z tydzień albo dwa.

GALA: Żartuje pan?!

EDWARD DWURNIK: Słyszałem, że Picasso dwa lata nie malował, ale w to nie wierzę. To jest niemożliwe. Gdybym dwa lata nie malował, to chyba już bym umarł.

GALA: O czym marzy Edward Dwurnik?

EDWARD DWURNIK: Chciałbym, żeby moje obrazy były w światowych galeriach, żebym miał wystawy w topowych muzeach. Wyobrażam sobie, jak by było fajnie, gdybym sprzedał obraz za milion dolarów. Wtedy mógłbym sobie kupić piękny samochód, na przykład lamborghini. Albo najlepiej trzy: lamborghini, maserati i ferrari.

GALA: Pan nie ukrywa tego, że chce swoją sztuką zarabiać pieniądze.

EDWARD DWURNIK: Oczywiście.

GALA: Ale ludzi denerwuje ta ostentacja z samochodami.

EDWARD DWURNIK: Ja udaję, że mam kasę, nawet jak jej nie mam. Kiedyś jeździłem porsche, a pożyczałem na benzynę od córki.

GALA: Kto pana nauczył takiego stosunku do pieniędzy?

EDWARD DWURNIK: To jest chyba kwestia radości tworzenia. Bo jak robisz coś fajnego, coś, co jest akceptowane przez ludzi, i jeszcze możesz to sprzedać, to jest superszczęście. Bo oprócz tego, że masz przyjemność w pracy, to jeszcze masz pieniądze. Niektórzy kupują jakieś mieszkania, boją się o przyszłość, kombinują na giełdzie. Ja wszystko beztrosko wydaję! Muszę co jakiś czas wymienić samochody, kupić fajne ubrania, wyjechać gdzieś daleko.

GALA: Czym jest obraz?

 

EDWARD DWURNIK: Obraz jest ozdobą we wnętrzu. I powinien przynosić radość. Jestem bardzo szczęśliwy, kiedy ludzie kupują moje obrazy i są zadowoleni. Oczywiście obraz nie może być za drogi, bo jak ktoś go kupi, a później ma z tego powodu frustracje, to jest bez sensu.

GALA: A pana rodzicom podobały się pana obrazy?

EDWARD DWURNIK: Bardzo. Zawsze mnie wspierali i rodzice, i siostry. Moja matka była ludową hafciarką. Ojciec miał warsztat ślusarski, robił klipsy, spinki i różne drobiazgi. Możliwe, że z domu wyniosłem też stosunek do pieniędzy. Zawsze je mieliśmy. Jeździliśmy po Polsce starą warszawą i sprzedawaliśmy to, co powstało w warsztacie ojca. Tam pracowało 20 osób. W domu ciągle była balanga. Pieniędzy nikt nie oszczędzał. Potem, na studiach, byłem zafascynowany Nikiforem i włóczyłem się za nim. Podobał mi się taki styl życia.

GALA: Malarz widzi rzeczywistość inaczej niż zwykły człowiek?

EDWARD DWURNIK: Zazwyczaj oglądam swoje kompozycje bez okularów. Kiedy je zakładam, z przerażenia krzyczę. Ułomność wzroku poprawia percepcję. Moje obrazy najlepiej oglądać bez okularów – wtedy są piękne i harmonijne.