Edyta Górniak dla swojego syna Allana jest gotowa na wszystko. To dla niego przeprowadziła się do Los Angeles. Zamknęła za sobą przeszłość i teraz wspólnie zaczynają nowy etap. Artystka podkreśla, ze jest wdzięczna Bogu zarówno za dobre, jak i trudne doświadczenia, bo dzięki nim stała się silniejsza i w końcu odnalazła wewnętrzny spokój. Nie boi się nowych wyzwań i z optymizmem czeka na to, co przyniesie życie.

Edytko, na początku stycznia ubiegłego roku w mediach pojawiły się informacje, że przeprowadzasz się do Krakowa i zaczynasz nowe życie. A już we wrześniu zamieszkałaś z synem na stałe w Los Angeles.

Edyta Górniak: Pierwsza przeprowadzka do Krakowa była decyzją bardzo spontaniczną, natomiast do Kalifornii – przemyślaną.

Dlaczego zrezygnowałaś z Krakowa?

Nie zrezygnowałam. W Krakowie nadal jestem zameldowana i to miasto zawsze będzie mi bardzo bliskie. Tam zresztą są wszystkie rzeczy, których nie zabraliśmy ze sobą do Kalifornii. Pamiątki, kreacje sceniczne, książki. Tam także mieszkają nasi przyjaciele.

Skąd pomysł przeprowadzki do Los Angeles?

Przez całe życie większość zarobionych pieniędzy przeznaczałam głównie na podróże. Traktowałam je jako inwestycję w samorozwój. Uwielbiam odkrywać i uczyć się. Kiedy zostałam mamą, na chwilę osiadłam na stałe w jednym miejscu. Gdy Allan skończył 5 miesięcy, zaczęłam zabierać go ze sobą. Na początku lataliśmy do Wielkiej Brytanii, Włoch i Portugalii. Potem także do Azji i Stanów Zjednoczonych. Gdy dorastał, zaczęłam uczyć go obserwować ludzi i różnice kulturowe. Zwracałam zawsze jego czujność i uwagę, by przysłuchiwał się, by był komunikatywny, otwarty i odkrywał – w relacji do różnorodności świata – samego siebie. By potrafił dostrzegać i szanować różnice poglądów, w tym także religijnych, historycznych i politycznych W szkole, do której uczęszcza, także uczą dzieci dyskutowania na temat nie tylko przeszłości, ale także przyszłości świata i zapisywania jego historii. Chciałabym, aby mój syn wyznawał filozofię życia podobną do mojej: aby walczył o wartości najwyższe, aby podziwiał świat i postrzegał różnorodność kultur jako piękno. Stąd pomysł, by Allanek chodził do międzynarodowych szkół, kolejno francuskiej, amerykańskiej, a teraz także katolickiej. Stany Zjednoczone, a szczególnie stan Kalifonia to miejsce, które daje możliwość bardzo szerokiego spektrum rozwoju: emocjonalnego, intelektualnego, duchowego i artystycznego zarazem.

Przeprowadziłaś się więc dla niego?

Tak, ale w równym stopniu dla siebie. Gdy poznałam mojego nieżyjącego już, pierwszego menadżera Wiktora Kubiaka, który otworzył moje serce na świat, wiedziałam od wczesnych lat, że zamiast wygody będę szukała w życiu wyzwań. Kiedyś już przez 8 lat mieszkałam poza krajem, wróciłam z Wielkiej Brytanii do Polski, by urodzić synka. Gdyby nie chęć zbudowania rodziny w tamtym czasie, nie planowałam powrotu do Polski, poza sceną.

Jako obywatelka świata nie byłaś już tak związana z Polską, by za nią tęsknić i chcieć do niej wrócić?

Wracałam często, by zobaczyć się z rodziną, przyjaciółmi i z moją publicznością. Zawsze z radością wracałam na scenę, by spotkać się z fanami mojej muzyki.

Jak mieszka się Wam w Los Angeles?

Bardzo dobrze, choć naszym pierwotnym wyborem był Nowy Jork, gdzie mamy bliskich przyjaciół, ale jednak jest to miasto…

Trudne do mieszkania z dzieckiem?

Bardzo głośne. Los Angeles jest dużo spokojniejsze, a także bezpieczniejsze.

I klimat ma przyjemniejszy.

To także. Myślę, że był to dobry wybór pomiędzy miastami, ale jak zawsze – czas odpowie na wszystkie pytania.

Jak Allan odnalazł się w nowej rzeczywistości? Nowa szkoła, nowi koledzy, nowe miejsce.…

To szkoła elitarna i bardzo konserwatywna. Uczy szacunku i obrony wartości, a nauczyciele bardzo dużo wymagają od uczniów swojej szkoły. Mimo że prywatna, to nie finanse decydują, czy dziecko zostaje do niej przyjęte, mieliśmy wiele szczęścia. Co prawda Allan nie od początku był otwarty na mundurki szkolne (śmiech…), ale samą szkołę polubił od razu. Jest w niej jedynym Polakiem – to wielki walor, bo wniósł swoją osobą dużo pięknej historii naszego kraju, który jest krajem katolickim. Na początku wszyscy pytali go o papieża Jana Pawła II. Byłam tym bardzo wzruszona. W samym miasteczku odnalazł się szybciej niż ja, prawdę mówiąc. Szybciej zapamiętał nazwy ulic, sklepów i w ogóle mapę miasta.

Allan zna angielski? Język nie jest dla niego przeszkodą?

Tak, zna, ale nadal się uczy. W szkole rozmawia w języku angielskim lub francuskim. W domu często mamy gości, więc rozmawiamy w obu językach, polskim i angielskim.

Mieszkając tak daleko, nie tęsknicie za bliskimi? Bo życie na obczyźnie, nawet dla ludzi, którzy czują się obywatelami świata, bywa bardzo trudne.

Nie ma miejsca na ziemi, w którym każdy z nas nie tęskniłby za kimś lub za czymś. Uczucie tęsknoty wpisane jest w charakterystykę życia. Szczególnie to uczucie właśnie uczy nas doceniać każdą chwilę i uczy żyć teraźniejszością jak najmocniej, bo przeszłości już nie ma, a przyszłości jeszcze nie ma. Zbyt wiele czasu oddajemy na rozważania, zamiast cieszyć się chwilą. Uczucie tęsknoty przypomina o tym, by żyć tu i teraz. I tak oboje z synem staramy się żyć. Chociaż oczywiście często rozmawiamy o jego i moich marzeniach. Jeśli chodzi o codzienność, Allan bardzo szybko nawiązuje relacje z ludźmi, których tu poznajemy i stale podtrzymuje kontakt z kolegami z Krakowa i z naszą rodziną. Ja jestem niezmiennie bardzo ostrożna, bo nie zawsze udaje mi się rozpoznawać ludzi, których dopuszczam do swojego życia. Bywało, że intuicja mnie zawodziła. Nadal przyjmuję zaproszenia na różne wydarzenia artystyczne, modowe czy też od programów telewizyjnych w Polsce, więc przylatuję czasem nawet tylko na dwa dni. Wtedy wracam do LA z niespodziankami dla Allana od Babci Grażynki czy ukochanej cioci Uli.

A jak wyglądają jego kontakty z tatą i dziadkami?

Z moimi rodzicami Allanek ma wspaniałe relacje i rok temu czas świąteczno-noworoczny, kiedy oboje przylecieliśmy do Polski, mogli się wreszcie sobą nacieszyć. To był pierwszy powrót Allana od momentu rozpoczęcia nauki w Stanach. Ze swoim ojcem Allan nie utrzymuje kontaktu. Po tym, jakim ciężarem ojciec obarczył jego życie, wymagałoby to od Allana większej dojrzałości emocjonalnej. Jako matka walczę o jego możliwie największy spokój, aby prawidłowo się rozwijał i nie przeżywał nie swojej traumy. Mimo wszelkich moich starań i prób naprawiania błędów, które zostały popełnione przez rodzinę ojca mojego dziecka, nie udało mi się tych relacji znormalizować. Po 5 latach prób poddałam się i przestałam o to walczyć. Myślę, że każdy żyje najlepiej, jak potrafi, i też nie da się żyć za kogoś.

Czyli teraz, kiedy ojciec Allana wyszedł z więzienia, nie wpłynęło to na ich relacje?

No cóż... Dowiedzieliśmy się o tym tak jak cała Polska – z prasy.

Jak Allan to znosi?

Od dnia, kiedy wydarzyła się ta tragedia, było to dla niego potwornie trudne. Noszę ten ciężar mojego dziecka razem z nim i robię wszystko, by chronić choć resztkę jego dzieciństwa, o ile takie jeszcze zostało. Staram się odwracać jego uwagę od bólu, motywując go do różnych pięknych działań i przypominając mu, że to, co się stało, to nie jest jego błąd i nie jest jego odpowiedzialność. Walczę o to całym moim matczynym sercem. Poświęcam temu bardzo dużo energii, bo nie chcę, by moje dziecko dorastało w poczuciu wstydu. Kiedy chce o tym rozmawiać, rozmawiamy. Na szczęście nieczęsto wraca do tego tematu. Ale udało mi się ugasić w nim gniew poprzez podarowanie mu nowego spektrum życia.

Teraz to na Tobie spoczywa ciężar bycia dla Allana matką i ojcem jednocześnie.

Tak, ale tak jest od wielu lat, przyzwyczaiłam się.

Niełatwo jest samej wychowywać dziecko, być tym „dobrym” i „złym” policjantem jednocześnie. Jestem  ciekawa, jak sobie radzisz z nastolatkiem, który wchodzi teraz w trudny wiek? Jaką jesteś matką – tolerancyjną czy wymagającą? Pobłażliwą czy surową?

No cóż… Nie jest łatwo samej wyznaczać nastolatkowi standardy. (śmiech) Mam w domu nie lada osobowość, która czasem jest dla mnie wyzwaniem. Codziennie uczę się być dla niego najlepszą mamą. Jestem bardzo wymagająca, jeśli chodzi o dyscyplinę i higienę życia, ale też nagradzam Allana za mądre decyzje. Oczywiście bywają różne dni, ale staram się utrzymać balans. Myślę jednak, że częściej wygrywa we mnie pobłażliwość niż surowość, a potem ubolewam nad tym – jak każdy, kto nie jest konsekwentny w podtrzymaniu kary. Allan ma wypracowane już sposoby na udobruchanie mamy (śmiech), ale i ja mam sposoby na motywowanie go.

A jeśli dajesz mu karę, to jaką na przykład?

Największą karą dla Allana jest zabranie mu komputera i zakaz wstępu do jego studia, bo wtedy nie może tworzyć muzyki, a to obsesyjnie wręcz uwielbia. To jest jedna bardzo surowa kara. Drugą jest to, że nie mówimy sobie „dobranoc” przed snem. Jesteśmy tak przywiązani do siebie, że jeśli czasem Allan źle się zachowuje i każdy idzie do swojego pokoju bez słowa, to więcej kar nie trzeba. (śmiech…)

Czym można sobie zasłużyć na tak surową karę?

Kłamstwem, lekceważeniem obowiązków szkolnych lub „pyskowaniem”.

Mówisz, że narzucasz dużą dyscyplinę. Czego ona dotyczy?

Odpowiedzialności, słowności, punktualności, pilnowania obowiązków szkolnych, sprzątania po sobie. Oraz komunikowania się we właściwym tonie. Allan wchodzi teraz w trudny wiek i jego nastroje często się zmieniają. Uczę go wyrażania swoich intencji w sposób zrozumiały, bo tylko wtedy możemy siebie wzajemnie rozumieć i sobie pomóc. Uczę go panowania nad emocjami. Tłumaczę, że dorosłość na tym właśnie m.in. polega. Jest bardzo bystry i muszę przyznać, że czasem ma zaskakująco dojrzałe argumenty w naszych dyskusjach.

Powiedziałaś, że dla niego karą jest, gdy nie może tworzyć muzyki – rozumiem, że po Tobie odziedziczył talent?

Talent muzyczny z pewnością odziedziczył po obojgu rodzicach. Po mnie odziedziczył dodatkowo okropną wadę: bardzo szybko się irytuje, jeżeli czegoś nie potrafi szybko się nauczyć. Jak również, jeśli ma pomysł muzyczny, jednego dnia mu się podoba, a kiedy go stworzy – już mu się nie podoba. Myślę, że w studio nagraniowym nigdy nie będziemy razem pracować… (śmiech)

Syn jest z Ciebie dumny?

Myślę, że tak (śmiech)… Przepraszam, Aniu, że się śmieję, ale przypomniało mi się teraz, jak kilka miesięcy temu, kiedy byłam jurorem w programie muzycznym, zgodziłam się na prośbę produkcji, aby po raz pierwszy Allan udzielił wywiadu do kamery. Kiedy usłyszałam, jak odpowiada na pytania, myślałam, że spadnę z krzesła. Po prostu nigdy nie słyszałam swojego dziecka, jak wypowiada się na mój temat – w jaki sposób dobiera słowa, jak opisuje mnie jako swoją mamę, jak opisuje moją muzykę i pasję. Byłam zszokowana i wzruszona zarazem. Wiedziałam, że trochę rozumie, na czym polega moja praca, bo zawsze życzy mi powodzenia przed wystąpieniami, pyta, jak mi poszło, zawsze cierpliwie czeka, aż skończę spotkanie z fanami i kiedy mówię: „Przepraszam, synku, że tak długo” odpowiada: „Mama, no przecież rozumiem, że fani ciebie kochają”. Bardzo jest wyrozumiały i kochany. A tutaj, w Stanach, odkryłam w nim jeszcze coś innego. Kiedy podczas różnych towarzyskich spotkań ludzie pytają mnie, kim jestem, mówię bardzo mało. Allan wtedy szturcha mnie i mówi po polsku, żeby nikt nie rozumiał: „Mama, no opowiedz im, co robisz”. „Nie, nie. Cicho, synek”. Na co Allan zwraca się do gości i mówi: „Moja mama nie chce wam powiedzieć, to ja wam powiem. Bo moja mama śpiewa. A nawet była w »The Voice«”. Ktoś zapytał kiedyś: „Wow! Ładnie śpiewa? Daleko zaszła w programie ?”. Na co Allan: „Nie! Mama nie była uczestnikiem, tylko trenerem! Moja mama jest gwiazdą!”. Czy Ty sobie to wyobrażasz, Aniu? (śmiech)

Czyli w pewnym sensie masz w nim menadżera?

Chwilowo tak!

To znaczy, że zachowujesz właściwy balans pomiędzy pracą a byciem matką i on nie musi być o tę scenę zazdrosny. Nie czuje, że musi z nią konkurować?

Mam nadzieję, że nigdy nie odczuwał zazdrości, a jedynie radość i wyrozumiałość dla wielu godzin spędzonych z fanami lub na próbach czy w studiach nagraniowych. Od momentu, gdy zaczął wchodzić w świat muzyki, coraz częściej wieczorami muszę siłą odciągać go od komputera, aby wyspał się do szkoły, bo wstajemy o 6.30. Wtedy denerwuje się na mnie: „Mama, ja mam teraz taki dobry pomysł, muszę to zrobić, bo do rana zapomnę. Sama potrafiłaś siedzieć do rana w studio, to musisz mnie teraz zrozumieć!”. To jest tak urocze, że on, wchodząc w ten świat, jeszcze bardziej zrozumiał, ile czasu zajmuje wykreowanie czegoś szczególnego, zanim odda się to publiczności.

Jak wygląda Wasza codzienność w Los Angeles?

Wstajemy bardzo wcześnie o 6.30, bo o 7.20 Allanek wychodzi już do szkoły. Od rana do 13 pracuję nad projektami, które realizuję w Polsce. I jestem wtedy w kontakcie z agentami, stylistami, producentami, prawnikami. Analizujemy wszystkie projekty, które są dla mnie interesujące, i podczas telekonferencji układamy precyzyjny plan prac i pod ich kontem planujemy moje przyloty do Polski. Kiedy Europa zasypia, przenoszę uwagę na dom. Około 15 Allan kończy szkołę, jemy razem obiad, odpoczywamy chwilę, rozmawiamy. Czasem wychodzę na spotkania zawodowe. Wieczorem, kiedy po lekcjach Allan siada do muzyki, ja idę na zajęcia jogi. W weekendy jedziemy nad morze albo na cały dzień do przyjaciół. Czasami polecimy do Nowego Jorku, a czasem jeździmy ze znajomymi muzykami na jam sessions, które Allan uwielbia. Każdy weekend jest inny. Staramy się, aby był fajnie zaplanowany i aby Allan odpoczął od obowiązków szkolnych.

Media wielokrotnie pisały o Twoim konflikcie z mamą, a Wasze relacje podobno wyglądają dzisiaj zupełnie inaczej. Spędziliście przecież razem święta.

Relacja z moją mamą ma złożoną historię. Nie rozmawiałyśmy ze sobą kilka lat, nawet nie potrafię policzyć, ale chyba około ośmiu. Konflikty pojawiały się zarówno w dzieciństwie, jak i na późniejszym etapie mojego życia. Próbowałam je rozwiązać – najpierw sama, później z mamą, ale ciągle nie udawało nam się znaleźć porozumienia. Wyciszyłam więc tę relację na kilka lat, nie mając żadnych oczekiwań i żadnego planu. Bardzo tęskniłam za mamą. Boleśnie mi jej brakowało w kilku ważnych momentach mojego życia. Chociażby podczas rozwodu. To zawsze bardzo trudne emocjonalnie doświadczenie i trochę łatwiej się je przechodzi, gdy ma się u swojego boku rodziców. Na domiar złego ten etap mojego życia był upubliczniony, przez co stał się jeszcze większym ciężarem do udźwignięcia. Nie tylko zwątpiłam wtedy w świat, który zbudowałam własnymi rękami i sercem, ale odczułam potworną samotność, dlatego że nie było wtedy przy mnie ani mamy, ani taty. Byli fani i kilku przyjaciół.

A Ty tęskniłaś za wsparciem mamy….

Bardzo. Codziennie uczyłam się żyć bez mamy. Bez jej wsparcia, bez wypłakiwania się na jej ramieniu, bez rodzinnych obiadów, bez wspólnych świąt… To wymagało ode mnie ogromnej siły. W tamtym czasie dochodziły jeszcze codwutygodniowe rozstania z dzieckiem, o które sama poprosiłam sąd podczas rozwodu, aby dać Allanowi szanse na relacje z obojgiem rodziców. To był naprawdę trudny i wymagający czas w moim życiu. Dzisiaj jednak głęboko czuję, że potrzebny. I jestem wdzięczna Panu Bogu, że doświadczyłam kiedyś tak ogromnego ciężaru i osamotnienia, ponieważ nic bardziej nie mogło mnie umocnić. To był moment na granicy albo odnalezienia największego ducha walki w sobie i miłości bożej, albo zatracenia siebie. Bez modlitwy poległabym w tej walce.

Czy to właśnie wiara pomogła Ci naprawić Twoją relację z mamą?

Tak. Jestem przekonana, że siła modlitwy sprawiła, że w pełni zaakceptowałam całe swoje dotychczasowe życie – wszystkie swoje wybory, wybory mojej mamy, wybory mojego byłego męża. I przestałam wreszcie ubolewać nad przeszłością.

Ten stosunek do Boga nie był cały czas taki sam?

Przez całe życie poszukiwałam duchowości. Dzisiaj patrzę na swoją przeszłość z wdzięcznością. Każdy z tych etapów tak wiele mnie nauczył, że dopiero dziś czuję się taką osobą, jaką zawsze pragnęłam się czuć. I rozumiem, że całe nasze życie polega na odnalezieniu drogi do takiego poziomu miłości, z którego widać miłość Pana Jezusa.

Jak doszło do pojednania z mamą?

To było trzy lata temu w czasie świąt Wielkiej Nocy, które spędzaliśmy z Allankiem w Lizbonie – podniosłam telefon i zadzwoniłam. Po raz pierwszy po tylu latach milczenia, ze słowami miłości, wdzięczności, zrozumienia i wybaczenia. Z życzeniami świątecznymi. Mama na końcu ponadgodzinnej rozmowy powiedziała : „To Wielka Sobota, córciu, prawdziwie Wielka Sobota.”. Po moim powrocie do Polski, spotkałyśmy się. Potem znowu. Potem coraz częściej. Dzisiaj jesteśmy sobie tak bliskie, jak chyba nigdy wcześniej nie byłyśmy. Tulę mamę w sercu codziennie, kocham ponad wszystko i próbujemy obie dogonić czas i utracone lata. Jest taka mądra, wrażliwa, silna i śmieszna bardzo. Tęskniłam za jej śmiechem. Zapominam jeszcze czasem, kiedy czymś się martwię, że mogę z nią dzielić swoje troski i dzwonić, kiedy tylko zechcę. Tak więc w święta Wielkiej Nocy odzyskałam moją mamę.

To wspaniale, chyba jesteś szczęśliwa z tego powodu?

Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa. Nie potrafię nawet opisać tego uczucia w sercu! Rozmawiamy z mamą codziennie. Czasem na Skypie, kiedy patrzę, jak żartują sobie z tatem, jestem taka szczęśliwa, że mogę to widzieć. Mama po tylu przejściach, operacjach, tęsknocie za mną, boleściach ukrytych w matczynym sercu, ma dziś w tych swoich pięknych niebieskich oczach światło anioła. Zaprosiłam ostatnio rodziców do Kościeliska, na wspólny pobyt w górach, kiedy występowałam w koncercie sylwestrowym dla Telewizji Polskiej. Byliśmy tam w gronie najbliższych mi osób. Byliśmy wszyscy razem – to był po prostu przepiękny czas.

A z siostrą przyrodnią też jesteście zaprzyjaźnione?

To jest jeszcze temat do przepracowania. To, co mogłam zrobić sama, zrobiłam. Teraz jest czas dla niej, czekam, aż będzie gotowa.

Edytko, wygląda na to, że na scenie królujesz od ponad 25 lat, ale dopiero teraz czujesz się tak naprawdę silna i gotowa spełniać najodważniejsze marzenia. Opowiesz o nich?

Mam wielkie marzenia. Nie jestem jednak zdesperowana. Jeśli cena będzie zbyt wysoka, zawrócę z obranej drogi, jak zrobiłam to już kiedyś. Los Angeles to miasto twórców, wizjonerów i artystów, więc mam nadzieję, że będę miała możliwość dalszego rozwoju na drodze sztuki. Zawsze będę starała się utrzymać jakość, którą dotychczas wypracowałam, niezależnie od zmiany terytorium. Przede mną bardzo dużo pracy, mnóstwo spotkań – zanim zdecyduję, kogo zaproszę do najściślejszego grona współpracowników, z którymi będę mogła tworzyć piękne muzyczne projekty i którzy pomogą mi nadal się rozwijać. Ponieważ to jeden z najważniejszych wyborów w moim życiu zawodowym, musi być bardzo przemyślany. Niezależnie staram się pracować na dwóch kontynentach. W maju będę gościem muzycznym na Festiwalu Filmowym w Krakowie, dokąd zresztą przylatują także goście z Los Angeles, oscarowi kompozytorzy Howard Shore i Jan Kaczmarek. Za chwilę też będę mogła zapowiedzieć otwarcie letniego sezonu premierowym utworem – specjalnie dla fanów, w języku polskim, aby nie przyszło im do głowy…

...że o nich zapomniałaś?

Tak.

Zamierzasz zostać na stałe w USA?

Zamierzam zostać tutaj na razie. Nie wiem, czy coś w życiu jest na stałe. (śmiech)

Czy przewidujesz w swoim życiu miejsce dla jakiegoś mężczyzny? Czy jest w ogóle w Twoim życiu miejsce na miłość?

Ostatnia moja relacja wyczerpała mój limit zaufania do mężczyzn w partnerstwie. Kiedyś wydawało mi się, że wartość kobiety mierzy się również tym, czy ktoś ją kocha. Przestałam w to wierzyć. Uważam, że należy dzielić swoje życie z kimś absolutnie wyjątkowym albo pozostawić tę przestrzeń na realizowanie swoich marzeń. Dlatego dzisiaj chcę być jak najlepszą matką i kreatywną artystką. Gdybym miała w kalendarzu utworzyć miejsce na coś bardzo prawdziwego, to tym razem mężczyzna musiałby być mnie godny.

Znajdujesz – bardzo słuszne – wytłumaczenie, ale czy to nie jest obawa przed tym, żeby ktoś Cię nie zranił po raz kolejny?

Wydaje mi się, że każdy człowiek ma swój limit, i mój został zdecydowanie wyczerpany. Poza tym znudziło mi się utrzymywanie mężczyzn.

Kiedy rozmawiałyśmy kilka miesięcy temu, wspominałaś o tym, że chciałabyś mieć jeszcze jedno dziecko. W związku z tym, że zmieniłaś stosunek do mężczyzn, te plany są już nieaktualne?

Pozostaje mi tylko rozważanie adopcji. (śmiech)

Czy Allan też chciałby mieć rodzeństwo i przyjąłby taką decyzję z entuzjazmem?

Rozmawialiśmy o tym kilka razy i za każdym razem miał inne zdanie. (śmiech)

Czy jest coś w Twoim życiu, czego żałujesz?

Wszystkie doświadczenia życiowe stanowią dla nas ściągę na przyszłość. Pozwalają nam odkryć własny potencjał i rozwijać wiele umiejętności. Coraz szybciej potrafię wyciągać wnioski, przewidywać sytuacje i być zapobiegliwa. Zresztą większość z nich była przemyślana, ale nie wszystkie sytuacje do końca są przewidywalne, co też jest piękne lub bywa pouczające. Co dzień staram się być najlepszą możliwą wersją siebie samej.

W tym tkwi cały urok życia, prawda?

Tak mi się wydaje właśnie. Myślę, że własne cierpienie, dla którego lubimy mieć uwagę, spala naszą energię tworzenia dobra. Zbyt często pragniemy, by cokolwiek w życiu było na stałe, a to nie jest naturą życia. Jego naturą jest płynność. Są ludzie, którzy czerpią siłę z tego, że biorą kredyt na 30 lat, żeby móc mieszkać w jednym miejscu na stałe. Dla mnie najpiękniejsze jest uczucie wolności i odkrywania tego niezwykłego świata. Staram się cieszyć każdym dniem tak, jakby był moim pierwszym dniem w życiu. Staram się zauważać, doceniać i nie czekam na spektakularne wydarzenia. Cieszę się życzliwością, wschodem słońca, wspólną kawą, ciszą, której coraz mniej na świecie, śmiechem mojego dziecka. Jestem taka szczęśliwa, że mogę wspólnie z nim odkrywać życie.

To, co mówisz i jak postrzegasz rzeczywistość, jest bardzo dojrzałe – umieć docenić drobiazgi wokół siebie.

Wydaje mi się, że aby to wiedzieć, wystarczy się zatrzymać i patrzeć. Nie w telefon – w słońce.

Czy jest coś, czego się w życiu boisz?

Oprócz pająków? (śmiech) Kilku rzeczy przestałam się bać. Nie boję się już rozczarowań, bo poznałam ich szeroką skalę. Jeśli znów ktoś mnie okradnie, odpracuję to. Jeśli mnie okłamie – jego sumienie. Jeśli ktoś będzie chciał zrobić krzywdę ludziom, których kocham: karma zna adres. Więc jedyne, czego zawsze będę się bała, to o bezpieczeństwo mojego dziecka. I o to, czy zdążę zrobić wszystko, co zapragnęłam w życiu zrobić, tak mało mamy czasu. Tylko o te dwie rzeczy się boję.