Obok niej od pół roku pojawia się naprawdę potężny mężczyzna – mistrz karate, współtwórca formuły Konfrontacji Sztuk Walki – Maciej Kawulski. Edyta – krucha, drobna i delikatna – niemal cała skrywa się w jego objęciach. Widać, że między nimi rodzi się uczucie. Poznali się w trudnym dla niej momencie, kiedy tancerka dowiedziała się, że jej wygrana w konkursie Tanecznej Eurowizji w Glasgow poszła na marne. Choć zwyciężyła w tych zawodach razem z Marcinem Mroczkiem i w ten sposób dała Polsce możliwość zorganizowania następnego konkursu, TVP zaprzepaściła tę szansę. Dla Edyty to był cios.

GALA: Co czułaś, kiedy się dowiedziałaś, że to nie my, ale Azerbejdżan zorganizuje finał konkursu Tanecznej Eurowizji?

EDYTA HERBUŚ: Bardzo żałuję , że tak się stało. Trzy miesiące trenowaliśmy z Marcinem przed tym konkursem. Długo dopieszczaliśmy każdy szczegół choreografii, muzyki i stroju. Dla nas Eurowizja była wówczas najważniejsza. I udało się, zwyciężyliśmy w Glasgow. Dla mnie to bardzo ważny sukces zarówno osobisty, jak i zawodowy. Przekonałam się zresztą, że nie tylko dla mnie. Euforia ludzi witających nas na lotnisku, gratulacje, wyrazy uznania i te podziękowania… Wyobrażasz sobie, jakie to uczucie, kiedy ktoś ze łzami w oczach mówi, że dzięki tobie jest dumny, że jest Polakiem? Jestem zawiedziona, że konkursu nie będzie u nas. Nie przyszło mi nawet do głowy, że moglibyśmy nie wykorzystać takiej szansy. Tak bardzo byliśmy spragnieni sukcesu na arenie międzynarodowej. Dlaczego, kiedy go osiągamy, nie potrafimy z tego skorzystać?

GALA: Rozmawiałaś z Marcinem po tym, kiedy się okazało, że Taneczna Eurowizja odjechała nam sprzed nosa?

EDYTA HERBUŚ: Już wracając do Polski, pełni entuzjazmu obmyślaliśmy plan tego, jak powinny wyglądać eliminacje do następnej Eurowizji, naszej polskiej Eurowizji. Chcieliśmy, żeby to widzowie wybrali swoją ulubioną parę, którą chcą wysłać na ten konkurs. Mieliśmy w sobie bardzo dużo zapału i energii. Rzeczywistość sprowadziła nas szybko na ziemię. Ale co mogę zrobić? Przecież sama tego konkursu nie zorganizuję.

GALA: Dlaczego marnujemy kolejną szansę i nie wykorzystujemy potencjału tych, którzy zakochali się w tańcu?

EDYTA HERBUŚ: Dla mnie to cudowne, że to, co odkryłam w tańcu 18 lat temu, Polacy odkrywają teraz. Wyzwalają w sobie energię, której na co dzień brakuje. Wydaje mi się, że to z racji położenia geograficznego i naszej historii mamy czasem problemy z otwartością i okazywaniem emocji. Taniec pozwala się przełamać, pozbyć wewnętrznych blokad, otwiera ludzi, uwalnia ich emocje, daje wolność. Przyjaciele z Kielc opowiadali mi, jak bardzo wszyscy przeżywali moment, gdy ogłaszane były wyniki głosowania widzów. Zza niebieskich od telewizorów szyb dobiegały okrzyki radości, które dotychczas towarzyszyły jedynie meczom piłki nożnej. Tym razem to właśnie taniec był powodem tych emocji. Nigdy o tym nie zapomnę. Choć te słowa zazwyczaj słyszę od innych.

GALA: Z ,,Tancerzami” było podobnie jak z Eurowizją. Miałaś zastąpić w tym serialu Kasię Cichopek, która zaszła w ciążę, a ostatecznie w ogóle nie ma cię w obsadzie. Dlaczego?

EDYTA HERBUŚ: Wiele osób zostało przesłuchanych do tej roli. W tym m.in. ja. Ale mnie w tym serialu nie było. Co tu jeszcze wyjaśniać? Wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeśli coś mnie w życiu omija, to tylko po to, by spotkało mnie coś jeszcze ważniejszego.

GALA: Co ważnego cię spotkało?

EDYTA HERBUŚ: Gram w teatrze. Zadebiutowałam na scenie warszawskiego Teatru Capitol, gdzie wystawiamy ,,Lady Fosse”. Każdą wolną chwilę między zdjęciami do serialu ,,Samo życie” spędzam na treningach i próbach. Taki spektakl umożliwia mi łączenie dwóch pasji – tańca i aktorstwa. Daje mi to ogromną satysfakcję. Mam potrzebę tworzenia.

GALA: Spektakl, o którym mówisz, powstał z inicjatywy twojej i m.in. Ewy Szabatin oraz Rafała Maseraka. Najpierw stworzyliście przedstawienie, a później Teatr Capitol udostępnił wam scenę?

EDYTA HERBUŚ: Wszystko zaczęło się tak naprawdę za oceanem, w Ameryce Północnej. Wraz z grupą DEP przygotowaliśmy spektakl taneczny, z którym wystąpiliśmy przed chicagowską publicznością. Po premierze w Copernicus Center dostaliśmy owacje na stojąco. Wtedy pomyśleliśmy, że warto przenieść ,,Lady...” do Polski.

GALA: Praca w teatrze jest dużo trudniejsza niż w serialu.

EDYTA HERBUŚ: To mój debiut na takiej scenie. Mam do tego wielki szacunek i bardzo to przeżywam! Teatr jest bliższy tańca, dlatego tak mnie pociąga. Jednocześnie za każdym razem towarzyszy mi ogromna trema, zupełnie inna niż podczas pokazów tańca…

GALA: Zapominasz choreografii?

EDYTA HERBUŚ: Przedstawienie rozpoczyna się moim solowym wyjściem na scenę. Gram na scenie z długą różową fifką. Zdarzyło się, że moja ręka tak drżała, że fifka, zamiast dumnie tkwić w miejscu, dygotała razem z ręką, to do góry, to na dół. Nie mogłam w żaden sposób jej opanować. Dopiero oparcie łokcia o stolik trochę pomogło. W teatrze widzowie mają aktora jak na widelcu. Ciekawe, czy to dostrzegli.

GALA:  Reżyser filmu ,,Zamiana” Konrad Aksinowicz powiedział mi, że tak bardzo spodobała mu się twoja rola dziennikarki, że postanowił ją rozwinąć. Taniec przegrywa z aktorstwem.

 

EDYTA HERBUŚ: Współpraca z Konradem Aksinowiczem i jego pełną zapału ekipą to przyjemność i nowe doświadczenie. Nie przesadzałabym jednak z określaniem tego epizodu mianem roli. Znacznie poważniejszym wyzwaniem aktorskim była dla mnie rola Anny w filmie „Wolf Messing” znanego na całym świecie reżysera Władimira Krasnopolskiego.

GALA:  Zawodowi aktorzy mają żal do amatorów, czyli m.in. do ciebie, że zabieracie im pracę. Oni kończą szkoły teatralne, ciężko pracują, żeby być mistrzami w zawodzie, a wy bez problemu dostajecie role w nowych filmach i serialach.

EDYTA HERBUŚ: Pojawia się tylko pytanie, kogo należy za to winić. Dziś wszystkim rządzi niewidoczna ręka ekonomii. Producenci angażują tych, którzy gwarantują zyski. To właśnie plan zamienia się w szkołę filmową. Pytanie jednak powinno być postawione inaczej: dlaczego w tak licznych szeregach wyedukowanych artystów aktorów nie ma na tyle dużo osobowości medialnych, aby trzeba było posiłkować się specjalistami z innej branży? Z drugiej strony, obserwuję, że coraz częściej głównym źródłem dochodu tych tzw. prawdziwych aktorów jest udział w programach rozrywkowych zdominowanych przez taniec. Może dzisiejszy rynek, wzorując się na rynkach zachodnich, jest już gotowy na migracje różnych grup zawodowych w ramach tzw. show-biznesu. Czy to jest złe? To rynek zadecyduje, z kim nie będzie chciał się rozstać.

GALA: Kiedy wchodzisz na plan filmowy, to czujesz ciężki oddech ekipy, która czeka tylko, aż amatorka położy scenę?

EDYTA HERBUŚ: Coraz rzadziej. Kiedyś widziałam wręcz wypisane na twarzach pytanie: „No, zobaczymy, jak sobie, mała, poradzisz?”. Wiem, że musiałam zapracować na szacunek w ekipie, przekonać do siebie reżysera. Teraz jest już inaczej. Wiele się nauczyłam. Systematyczna praca na planie seriali, film „Zamiana”, rola Anny w kostiumowej produkcji rosyjskiej, teatr, wszystko to dało mi pewność siebie. Przekonałam się, że moje intuicyjne wybory podobają się reżyserowi, dzięki temu mam większą odwagę proponować swoje rozwiązania, czasem zmieniać swoje kwestie. Pojawiające się nowe propozycje są dla mnie najlepszym wyznacznikiem i świetną motywacją. Nadal jednak jestem pełna pokory wobec filmowców zawodowców.

GALA: Coraz lepiej zarabiasz. Podjęłaś już jakieś poważne decyzje finansowe. Kupiłaś np. mieszkanie, dom w okolicach rodzinnych Kielc?

EDYTA HERBUŚ: Mam swoje własne mieszkanie od trzech lat, a niedawno kupiłam drugie. Nie trwonię pieniędzy. Jestem rozsądna w ich wydawaniu. To wynika z mojego charakteru. Poza tym dość wcześnie zaczęłam zarabiać.

GALA: Dlaczego?

EDYTA HERBUŚ: Bo taniec sporo kosztował rodziców. Stroje, szkolenia, wyjazdy na turnieje. W moim rodzinnym domu było dwóch braci i rodzice nie mogli dbać tylko o mnie. Pierwsze pieniądze, za które pojechałam na taneczne zgrupowanie, zarobiłam, zbierając truskawki. Później zaczęłam prowadzić zajęcia taneczne z dziećmi, pokazy i turnieje.

GALA: Stać cię teraz na robienie prezentów. Myślisz wtedy o rodzicach?

EDYTA HERBUŚ: Jasne. To była pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, kiedy zaczęłam zarabiać na tyle dużo, że nie musiałam wszystkiego na bieżąco wydawać. Bardzo chciałam im wynagrodzić te lata, kiedy to oni troszczyli się o mnie. Kiedy przez pierwsze pół roku swojej pracy w Warszawie jedną nogą byłam jeszcze w Kielcach, to niemal zawsze, gdy przyjeżdżałam do rodzinnego domu, przywoziłam prezenty. Miałam swoją listę i pisałam na niej, co kupić mamie, tacie, jednej czy drugiej przyjaciółce.

GALA: Teraz rzadziej bywasz w Kielcach?

EDYTA HERBUŚ: Tak. Zdecydowanie te proporcje się odwróciły. Rodzina i przyjaciele przyjeżdżają teraz do mnie. Niedawno odwiedził mnie mój młodszy brat Michał, który bardzo chciał obejrzeć spektakl ,,Lady Fosse”. Ma dopiero 17 lat, a dbał o mnie tak, jakbym to ja była młodszą siostrą. Kiedyś wróciłam do domu po ciężkim dniu, a na stole czekał na mnie ciepły, pyszny obiad, który specjalnie dla mnie ugotował. Człowiek w takich chwilach przypomina sobie, jak ważna jest rodzina.

GALA: W rodzinie Herbusiów tylko ty tańczysz?

EDYTA HERBUŚ: Tak. Wprawdzie Michał ma poczucie rytmu, zabrałam go nawet kiedyś na obóz taneczny, ale nie pociąga go to, tak jak mnie kiedyś porwało. Z kolei mój starszy brat Rafał jest sportowcem.

GALA: Wychodzi na to, że tylko ty odziedziczyłaś po ojcu, muzyku, poczucie rytmu?

EDYTA HERBUŚ: Poczucie rytmu mamy w domu wszyscy. Ale akurat tylko ja wybrałam swoją drogę doskonalenia artystycznych talentów. Moi bracia uprawiali sport. Kto wie, co robiliby teraz, gdybym przed laty zabrała ich ze sobą na kurs tańca do Step by Stepu?

GALA: Z Kielc wyprowadziłaś się cztery lata temu. Jak teraz wspominasz rodzinne miasto?

EDYTA HERBUŚ: Brakuje mi w Warszawie tej niesamowitej aury Gór Świętokrzyskich. Z uśmiechem na twarzy wspominam czasy beztroskiego kieleckiego dzieciństwa. Czuję wtedy zapach świeżych kwiatów zrywanych na łące, jagód i malin z ulubionego lasku. To są piękne wspomnienia. A Kielce to po prostu moje miasto. Mimo to duży sentyment mam również do Warszawy, w której mieszkam od czterech lat. Przyzwyczaiłam się już do tego specyficznego tempa. Lubię tak żyć. Lubię ten nieograniczony wachlarz możliwości, jakie daje to miasto. Lubię obcować z tymi wszystkimi ambitnymi i kreatywnymi ludźmi. Lubię myśleć, że część z nich to kielczanie.

GALA: Ale lokalnego patriotyzmu się nie wyzbyłaś. Patronujesz kieleckiej Platformie Obywatelskiej. Może zostaniesz posłanką? Taka kobieta jak ty zrobiłaby furorę w Sejmie.

EDYTA HERBUŚ: Moje polityczne zaangażowanie traktuję epizodycznie. To stało się przy okazji wyborów do parlamentu w 2007 roku. Platforma szukała wtedy znanych kielczan, którzy wsparliby wizerunkowo kampanię wyborczą. Przy okazji wyraziłam swoje poglądy polityczne.

GALA: I na tym skończył się twój romans z polityką?

 

EDYTA HERBUŚ: Tak.

GALA: W spektaklu ,,Lady Fosse” grasz femme fatale, którą z różnym skutkiem próbują zdobyć mężczyźni. Jak to wygląda poza sceną? Co musi mieć w sobie facet, żeby zrobił na tobie wrażenie, żeby miał u ciebie jakiekolwiek szanse?

EDYTA HERBUŚ: Męską siłę i poczucie własnej wartości. Musi być czuły, inteligentny i błyskotliwy.

GALA: Powinien być bogaty?

EDYTA HERBUŚ: Tak, ale nie chodzi wyłącznie o finanse. Status materialny może być istotny w kontekście zaradności życiowej kandydata. Dla mnie najważniejsze jest to, co sobą reprezentuje oraz w jaki sposób traktuje kobietę. Aby coś osiągnąć, potrzebna jest pewnego rodzaju energia, ale niekoniecznie mężczyzna musi ją spożytkować na zarabianie pieniędzy. Istotne jest to, aby ją miał.

GALA: Czym najbardziej imponuje ci mężczyzna?

EDYTA HERBUŚ: Życiowymi osiągnięciami, pasją, świadomością siebie i kobiecej natury. Mężczyźni muszą znać nasze potrzeby, szanować je i uwzględniać. Muszą umieć przezwyciężać swój egoizm. Bardzo lubię niespodzianki. Kiedyś w ramach przeprosin dostałam od jednego z nich około dwóch tysięcy tulipanów. Moja wanna nie mogła pomieścić wszystkich kwiatów i dzięki temu znacząco zwiększyła się też kolekcja wazonów w moim mieszkaniu.

GALA: Czy mężczyzna poprosił cię kiedyś o indywidualne lekcje tańca, bo tak chciał zdobyć twoje serce?

EDYTA HERBUŚ: Tak.

GALA: I udało mu się je zdobyć?

EDYTA HERBUŚ: Nie. Inny mężczyzna je teraz zdobywa.

GALA: Masz szczęście i nie zaprzeczaj temu. Zastanawiałaś się, dlaczego? Co tak brawurowo niesie cię przez życie?

EDYTA HERBUŚ: Mam taką zasadę, że bez względu na to, co robię, nie krzywdzę innych. Nie da się żyć tak, aby każdy cię akceptował, ale nie chcę też, aby miarą mojego sukcesu była liczba moich wrogów. Ze szczęściem jest trochę jak z Bogiem – trzeba w nie wierzyć, ale i umieć z nim obcować. Jestem więc wierzącą i praktykującą szczęściarą.

GALA: Prawdziwe i nieskomplikowane...

EDYTA HERBUŚ: Tak jak ja.